Gen nienawiści, czyli trochę straszne, a trochę śmieszne oblicza sąsiedzkiej wojny podjazdowej

Sąsiad twój wróg? 123rf zdjęcie seryjne / Yong Hian Lim
„Gdy spotkasz wrogów na drodze swej tłum, do drzwi sąsiada zapukaj bum, bum” – śpiewała Halina Kunicka, a potem także Alibabki w PRL-owskim szlagierze „Jak dobrze mieć sąsiada”. Gorzej gdy ów wrogów tłum mamy tuż za ścianą. Ze znienawidzonymi sąsiadami radzimy sobie na rozmaite sposoby – dzwonimy po policję, usiłujemy rozmawiać, a niekiedy doprowadzeni do ostateczności wyprowadzamy się licząc na łut szczęścia za kolejnym podejściem.

Ten tekst miał być próbą opartej na gdybaniu analizy sąsiedzkiej niechęci, ale wystarczyło rzucić kilku osobom hasło „źli sąsiedzi”, żeby usłyszeć mrożące krew w żyłach historie pogromów i prześladowań. Choć niektóre brzmią nieprawdopodobnie, wszystkie zdarzyły się naprawdę, a ich bohaterom swego czasu wcale nie było do śmiechu. Wychodzę jednak z założenia, że nie ma tego złego z czego będzie historyjka godna opowiedzenia. A kto pierwszy chce rzucić kamieniem w sąsiadów znajomych, niech zacznie od siebie.



Przedzieleni dyktą
Zimą dwa lata temu klamka drzwi od sypialni zaczęła się stopniowo obluzowywać, aż w końcu trwale opuściła zamek. Ponieważ na uczelni sesja trwała w najlepsze, postanowiłam tymczasowo machnąć na ten uszczerbek ręką i wzruszyć ramionami. Funkcjonowałam tak beztrosko ponad tydzień, aż pewnego feralnego wieczoru weszłam do pokoju trzaskając drzwiami. Kiedy chciałam go opuścić kwadrans później, okazało się, że nie ma w nim akurat klamki (która nadal otwierała drzwi, tyle, że jako element ruchomy). Usiłowałam otworzyć zamek wszystkim, co tylko wpadło mi w ręce. Bezskutecznie. Telefon też leżał gdzieś po drugiej stronie. Kiedy już zaczęłam wyobrażać sobie jak umieram z odwodnienia, kot zjada mi policzki, a moi rodzice zostają milionerami pozywając firmę produkującą klamki, w głowie zapaliła mi się lampka „sąsiad z którym dzielę balkon”.

Wiedziałam, że istnieje i łysieje, ale ponieważ byliśmy przyporządkowani do innych klatek nie mówiliśmy sobie nawet „Dzień dobry”, a wetknięcie głowy za ściankę działową balkonu i przełamanie lodów jakoś żadnemu z nas nie przyszło do głowy. Kiedy zobaczyłam, że jest w domu poczułam ogromną ulgę (ale też smutek, że rodzice jednak nie dorobią się basenu). Po parapecie przelazłam na jego stronę balkonu i nie zważając na mój kiepsko dobrany do okazji strój (czarne rajstopy i czarny golf upodobniły mnie odrobinę do Hamleta) zastukałam w okno. Nieco zdziwiłam się, kiedy okazało się, że mój wybawca nie ma wcale ochoty mi otwierać. Po kwadransie ostukiwania szyby w lutowym minus 15 uchylił lufcik, żeby warknąć „Czego chcesz?”. Wytłumaczyłam sytuację, prosząc o pomoc najładniej jak umiałam, ale usłyszałam tylko wściekłe „To nie moja sprawa”, więc rozpłakałam się z nerwów i dodałam, że w takim razie zamarznę na jego balkonie. Po tej śmiałej deklaracji sąsiad postanowił jednak wmieszać się w nie swoje sprawy i rzucając k***ami wziął śrubokręt w dłoń. Otworzył drzwi w minutę, a ja odprowadziłam go do ścianki działowej dziękując za wszystko i kłaniając się w pas. W międzyczasie dowiedziałam się, że mój wybawca ma na imię Mariusz.
Nazajutrz upiekłam mu tartę wdzięczności, którą postawiłam po jego stronie balkonu. Kiedy znalazłam ją wieczorem wymownie przesuniętą, naiwnie pomyślałam, że może jest po prostu diabetykiem. Jednak tamtego wieczoru coś pękło w Mariuszu. Do dziś nie wiem czy chodziło o wybujałe zapędy terytorialne, naruszenie jego strefy komfortu (w końcu nie po to mieszka się na 10. piętrze, żeby oglądać za oknem ludzi) czy o to, że nie znosi mascarpone. W każdym razie od tamtej pory, jeśli ktoś był u mnie po 22 i nie daj boże się głośno się zaśmiał, albo postanowił puścić muzykę (z głośników wbudowanych w laptop nieporażających emitowanymi decybelami) u progu stawali panowie w mundurach. Na szczęśliwie, w większości przypadków udawało się wyłożyć im, że impreza to tu raczej kiepska. Po okresie policyjnym sąsiedzka znajomość została wystawiona na ciężką próbę, bowiem Mariusz postanowił nie oglądać mnie już nigdy więcej...Kiedy byłam na wakacjach na balkonie pojawiła się ściana z dykty wątpliwej urody. Szczeliny pod i nad dawną ścianką zostały zakryte, a szerokość drewnopodobnego ohydztwa dobrane tak, żeby po wspólnym parapecie nie była się w stanie przedrzeć nawet kobieta guma.

Zabrzmi to dziwnie, ale sporo myślałam nad przyczynami jego jawnej (i coraz jawniejszej) niechęci. Jakoś nie pasowała mi wersja, że facetowi, który nie przekroczył jeszcze 35. roku życia i nie chodzi spać z kurami tak strasznie przeszkadza, że za ścianą rozmawiają od czasu do czasu ludzie. Może uważał, że za przybycie mi na ratunek z narażeniem życia (piętro wiadome) należy mu się poważniejsza nagroda. Dopuszczam też możliwość, która wydaje się leżeć u podstaw wielu sąsiedzkich zawiści. Mieszkanie obok ludzi, których się nie zna, irytuje. Jeden nie będzie mógł znieść głośnym uniesień miłosnych pary spod 11, inny, że staruszek z góry punkt druga dwadzieścia oddaje mocz, po czym gotuję wodę w czajniku z gwizdkiem. Jednak dopóki to irytujące towarzystwo nie konkretyzuje się w formie twarzy, nasłuchujemy go beznamiętnie tak, jak szumu ulicy za oknem, albo pisków z placu zabaw. Kiedy zobaczymy już „wroga” oko w oko, niechęć znajduje swój cel i zaczyna rozmnażać się przez pączkowanie.
Dym urojeń
Anka mieszka z narzeczonym na nowym, strzeżonym osiedlu. Sąsiedzi nie śmiecą, witają się ze sobą i nawet dzieci jakby grzeczniejsze. Mimo że oboje popalają od czasu do czasu papierosy, postanowili nie dopuszczać się tego świętokradztwa w obrębie nowego lokum. To szlachetne postanowienie szanowania płuc i świeżo malowanego sufitu objęło również balkon. Byli więc ździebko zdziwieni, kiedy miły starszy pan zapukał do ich drzwi prosząc, żeby nie palili tyle, bo dym leci mu na balkon i zabija pelargonie. Założyli naiwnie, że to po prostu pomyłka i zamiast się od razu się wytłumaczyć układnie pokiwali głowami i pożegnali sąsiada. Następnego dnia ich balkon ociekał wodą, jak gdyby był miejscem strażackiej interwencji, a sąsiad zamiast delikatnie zapukać załomotał złowrogo z wyzwiskami. W Ani obudziła się lwica obywatelskich swobód, więc wyłożyła natrętowi, że pomijając fakt, że nie palą, to gdyby mieli na to ochotę, mieliby do tego na swoim balkonie prawo. Niestety, sąsiad najwyraźniej nie podzielał jej wolnościowego podejścia.

Następnego dnia zamiast pofatygować się do drzwi, sąsiad poprzestał na wrzuceniu kilkunastu palących się zapałek do ich skrzynki na listy. Kiedy wyjechali na weekend „ktoś” zadał sobie trud zebrania całej siatki zawilgotniałych filtrów papierosów i obrzucenia nimi stojących na parterowym balkonie mebli. Sprawa była zgłaszana ochronie, a także poruszana na lokatorskim forum internetowym. Ochroniarze nie mieli zamiaru interweniować, utrzymując, że z takimi problemami należy iść na policję. Z kolei z lektury forum wynikało, że niepozorny sąsiad jest świetnie znany części mieszkańców, do których ma zastrzeżenia różnego typu. O dzieci biegające po schodach, wózek stojący w hallu, późne powroty do domu, a nawet o długo nietrzepaną wycieraczkę. Sąsiedzi planowali online zemstę, kpiąc, że „dziad nie ma przecież internetu”. Anka i Bartek postanowili nie brać w tej wojence udziału i tymczasowo nie sprzątać balkonu, ani nie zaglądać na forum, gdzie młode matki poprzysięgały zakleić dziurki od kluczy w drzwiach emeryta czy wlać denaturat do jego pelargonii. Zemsta najprawdopodobniej doszła do skutku, bo kilka miesięcy (i niedopałków na balkonie) później Anka odbierając od ochrony paczkę usłyszała, że sąsiad się wyprowadził.
Światłem i jajem
Magda jest moją koleżanką z roku, kilka lat temu mieszkała na Żoliborzu z dwiema współlokatorkami. W któryś piątek biegały gorączkowo po mieszkaniu szykując się na imprezę, kiedy u drzwi pojawił się mężczyzna w szeleszczących spodniach. Przedstawił się jako „sąsiad” (ja nabrałabym już podejrzeń) i poprosił dziewczyny o zgaszenie światła. Patrzył spode łba i mówił coś o dziecku, które nie może zasnąć. Martyna, która otworzyła mu drzwi, powiedziała, że nie ma problemu, za kwadrans wychodzą. Dziewczyny dalej biegały między pokojami, a łazienką rozmawiając o najściu i coś zaczynało im się nie trzymać kupy. W ich najbliższym otoczeniu mieszkali albo staruszkowie, albo studenci, nie było tu par z dziećmi. Równo w piętnaście minut po wizycie (szykowanie nieco rozciągnęło się w czasie) rozdzwonił się dzwonek domofonu. Człowiek znany lepiej jako „sąsiad” zapytał napastliwie dlaczego światło jeszcze nie zgaszone. Magda przytomnie zapytała mężczyznę gdzie mieszka i zasugerowała, że może myli mieszkania, bo żaden z bliskich sąsiadów nie ma dzieci, a poza tym światło z ich okien raczej nie wpada w cudze, bo to najwyższe piętro w okolicy. Jakież było jej zdziwienie, kiedy okazało się, że sąsiad przybywa z bloku naprzeciwko, nie tylko oddalonego o ponad 50 metrów, ale też oddzielonego drzewami.

Dziewczyny zdążyły pójść na imprezę, wrócić z niej i zapomnieć o całej sprawie, ale w niedzielny wieczór troskliwy tatuś znów był u ich drzwi, dla odmiany z groźbami karalnymi. Mówił, że pożałują i że mają „siedzieć przy lampce, albo kupić se je**ne rolety”. Magda zachowała zimną krew i powiedziała, że naprawdę nie rozumie w jaki sposób ich światło może razić kogokolwiek z sąsiedniego bloku, ale jeśli drogi sąsiad jest przekonany, że to światło nie daje spać jego dziecku, może powinien po prostu osłonić okna. Sąsiad stwierdził najwyraźniej, że żarty się skończyły i postanowił wytoczyć ciężkie działa. Przez następny miesiąc kilka razy walił pięściami w drzwi zakrywając wizjer i krzycząc „zginiecie szm**y”, a któregoś dnia szukając źródła nieprzyjemnego zapachu dziewczyny odkryły, że od dłuższego czasu ktoś rozgniata im pod wycieraczką jaja (było ich tam 6 w różnym stopniu rozkładu). Usiłowały ustalić gdzie mieszka natręt, żeby móc zadzwonić po policję, ale było bez chodzenia od drzwi do drzwi okazało się to niemożliwe.

– Dziś ta historia brzmi zabawnie, ale wtedy naprawdę się go bałyśmy, pamiętam, że jeśli wracałam do domu po zmroku zawsze do kogoś dzwoniłam, bo wydawało mi się, że to chroni mnie przed ewentualną konfrontacją. Zaczęłyśmy też częściej zapraszać znajomych wieczorami, żeby nie siedzieć same – wspomina Magda. Kiedy była u nich akurat zaprzyjaźniona para i kolega, kiedy obrońca dziecięcego snu zaatakował ponownie. Emil, jeden ze znajomych, zaproponował, żeby zrobić sąsiadowi świetlną demonstrację sił. Pomysł spodobał się, chyba częściowo dlatego, że wszyscy byli już po kilku piwach. Dziewczyny wzięły lampki z biurek, wyjęły też światełka choinkowe i zapaliły na parapetach w otwartych na oścież oknach. Ten osobliwej instalacji nie gasiły do 2, kiedy żegnały się z gośćmi. O dziwo sąsiad z naprzeciwka nie nękał ich już nigdy więcej. Jakiś czas potem dziewczyny zorientowały się, które mieszkanie należy do niego – w oknach pojawiły się czarne rolety, a za nimi zasłony w słonie. Ciężko powiedzieć jaki morał płynie z tej historii. Że wariaci rozumieją tylko lekko zwariowane gesty? Że rodzice, to najgorsi sąsiedzi?
Cóżem ci zawinił?
Walka o terytorium zdaje się być do jakiegoś stopnia wpisana w naturę ludzką. Wojujemy z młodszym rodzeństwem o najlepsze miejsce przy stole, z rodzicami o klucz do pokoju i możliwość oklejenia ścian, ze współlokatorami na studiach o stosunek do sprzątania, a potem z partnerem o to, czy w nowym mieszkaniu lepiej mieć garderobę czy zestaw nagłaśniający do kina domowego na pół salonu. Jakkolwiek w relacjach rodzinno-towarzyskich jesteśmy w stanie powściągnąć swoje zapędy, widząc we współpracy korzyści, jeśli nie materialne, to przynajmniej emocjonalne, ciężko jest nam zobaczyć analogię w relacjach z ludźmi zza ściany. Tymczasem bezczelna małolata, która nie wita się z nami w windzie, być może nie nie robi tego, bo po prostu nie wie, że powinna. Uwielbia za to pieski i chętnie wyprowadzi nam Fafika, kiedy wyjedziemy na weekend. A my przecież nie mielibyśmy problemu ze zdradzeniem hasła do wi-fi, do momentu przywrócenia transferu czy z poratowaniem szklanką cukru i dwoma jajkami.

Ludzie są przeważnie znacznie uczynniejsi, niż podejrzewamy, tyle że boją się obcych, więc często reagują nieprzyjemnym grymasem twarzy, czy tonem głosu. Wielu z nas zdarzyło się tak zachować, a potem wstydzić tej na poły odruchowej reakcji. Wszyscy gramy od czasu do czasu w świetnie znanym w świecie zwierząt przedstawieniu pt. „Kto tu kogo przestraszy bardziej, lepiej ukrywając, że sam się boi”. Nie namawiam do pukania do ludzi z klatki z zaproszeniami na podwieczorek, sama czułam spory opór przed wyjaśnieniem sprawy ze ścianką z dykty (szpeci mój balkon do dziś). Po prostu zamiast szukać sobie wrogów i przypisywać im cały wachlarz złych intencji, możemy polubownie przytrzymywać im drzwi i szczerzyć kły w przelocie (tylko pamiętajcie, żeby unieść przy tym kąciki ust).


Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...