Rowery marki premium. Piękny design, który przykuwa uwagę. Wygląda jak BMW i... podobnie kosztuje

BMW Cruise to rower, który pozwoli wyróżnić się w tłumie. Sporo jednak kosztuje. Fot. naTemat
To był jeden z najdziwniejszych testów „motoryzacyjnych”, jakie miałem okazję robić. Nie dość, że tym razem chodziło nie o samochód, a o rower. To do tego był to rower od... BMW. Brzmi bardzo nietypowo i zapewniam Was, że na początku też byłem tym rozbawiony. Potem jednak się przyjrzałem i okazało się, że wyglądem roweru można się "jarać".

– Co masz na testach? – spytał kolega.
– BMW – odpowiedziałem
– Jakie? – dopytywał zaciekawiony.
– No to… – odpowiedziałem rozbawiony, wiedząc już do czego to zmierza.
– Jakie to?
– TO, wskazałem na rower, który prowadziłem.
Tym krótkim dialogiem można streścić mniej więcej reakcję każdego na fakt, że BMW produkuje rowery. Ba, nie tylko je produkuje, ale także sprzedaje. Zanim dostałem propozycję przyjrzenia się jednemu z nich (są także rowery elektryczne!) nie zdawałem sobie sprawy, że w swojej gamie bawarski producent ma także dwa kółka. Okej, widziałem ubrania, portfele, zestawy walizek itd., ale rowerów jeszcze nie.
Skoro producent samochodów klasy premium decyduje się na produkcję rowerów, oczywiste jest, że nie mogą być to zwykłe jednoślady. Musi iść za tym pewna filozofia, która pasuje do marki. W tym przypadku starano się stworzyć rower z niespotykanym na co dzień designem. Przy okazji niedawnej premiery BMW M2 wypuszczono nawet specjalną, limitowaną edycję rowerów korespondujących wizualnie (jakość i kolor materiałów, a także ogólne wrażenie) właśnie z samochodami.
Rower BMW Cruise – bo tak się oficjalnie nazywa – ma coś wspólnego z samochodami. Niby dwa kółka, amortyzator, hamulce i przerzutki, a mimo to, jest w nich coś, co przykuwa uwagę. Prawdą mówiąc, nie sądziłem, że rower może to robić – a jednak. Stojąc przy przejściu lub jadąc ścieżką rowerową, spojrzenia pieszych i innych rowerzystów na moment zatrzymywały się na tym rowerze.
To w dużej mierze sprawka perłowo niebieskiego lakieru, który „świeci” i w oczy rzuca się już z daleka. Niebieskiego jest generalnie sporo, bo w tym samym kolorze jest także amortyzator i koła.



Nieoczywisty jest także sam kształt ramy, która w założeniach ma przypominać „grzbiet byka”. Całość sygnują dwa-trzy dyskretne loga BMW, które zobaczy wprawne oko. Wizualnie fajnie zgrano kolor siodełka z resztą roweru. Jestem jednak ciekaw, czy zgadniecie, jak się owy kolor nazywa? Powiedziałbym, że brązowy, ale to podobno… Koniakowy. No cóż, jak zwał, tak zwał – ważne, że całość wygląda wyjątkowo ładnie.
Dopiero patrząc na rower z boku zorientowałem się, że on wcale nie jest duży. Dlatego warto dobrze dobrać ramę do wzrostu. Są trzy opcje: S (160-175 cm), M (175-185 cm) i L (od 185 cm w górę). Ja przy moich 183 cm nie odczułem dyskomfortu, ale faktycznie patrząc na mnie i rower z boku, proporcje były delikatnie niezgrane, więc możliwe, że był to rozmiar M.
Zabrałem go na kilka przejażdżek po mieście, momentami wskakując w „teren”. Jak jeździ? Nie będzie zaskoczeniem, jeśli odpowiem, że jak… rower. Mógłbym wymienić serię technicznych nazw i producentów hamulców, amortyzatorów, obręczy, przerzutek czy opon, ale jestem pewien, że dla zwykłego rowerzysty nie ma to znaczenia i niewiele mu to powie. Poza tym, producent marki premium, sygnując produkt swoim logiem, nie może pozwolić sobie na bubla. Minusem była jedynie chyba trochę źle doczepiona "nóżka", którą co jakiś czas musiałem lekko odginać - zahaczała o szprychy, co tworzyło irytujący dźwięk.
No dobra, a ile to kosztuje – zapytacie. Tu zaczynają się schody, bo niezależnie od tego, jak bardzo może podobać się komuś ten rower, 4,7 tys. zł to cena, która może być zaporowa. No ale w końcu cena premium za markę premium. Kogo widzę, jako klienta na taki rower? Fanatyka marki, który lubi rzeczy ładnie zaprojektowane i chce się wyróżniać. No i ma na tyle zasobny portfel, żeby móc wydać „piątkę” na rower do pary dla samochodu.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...