O tym, dlaczego kobiety nie spotykają tych jedynych, a mężczyźni zamiast na księżniczki trafiają na zołzy z piekła rodem

Królewna wypatrująca księcia. Prawo autorskie: yuriyzhuravov / 123RF Zdjęcie Seryjne
Przeczytałam ostatnio wpis jednej z moich ulubionych blogerek o tym, jak beznadziejni są faceci z Tindera. W ciągu trzech miesięcy umówiła się na plus minus 15 randek i niestety wszyscy jak jeden mąż, okazali się ‘jacyś nie tacy’. Kilka dni później trafiłam na inny wpis dziewczyny, która nie przebierając w słowach napisała to samo. Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy, mmm, orły, sokoły, herosy?

Okazuje się, że równie często to samo pytanie zadają mężczyźni, którzy są załamani poziomem kobiet (wrednych zdzir, pazernych na ich majątki lub słodkich cnotek aspirujących do wymagających kur domowych). O tym, dlaczego kobiety nie spotykają tych jedynych, a mężczyźni, zamiast na księżniczki, trafiają na zołzy z piekła rodem, rozmawiam z Mieczysławem Jaskólskim, psychoterapeutą Laboratorium Psychoedukacji.


Ostatnio, znajoma opowiadała mi o parze, która rozstała się w przekonaniu, że to ta druga strona jest jedynym winnym całego zła między nimi. Dlaczego tak jest, że ludzie rozstając się, najczęściej odpowiedzialnością obarczają partnera, rzadko kiedy mając refleksję, że przecież też brali w tym udział?


Doświadczenie i praktyka wskazują, że nie ma sytuacji jednoznacznych. Każdy związek to połączenie dwóch osób. Innymi słowy mówiąc, nigdy nie jest tak, że odpowiedzialność leży po jednej ze strony. W języku terapeutycznym powiedziałbym, że jeden plus jeden nie równa się dwa, ale jeden plus jeden równa się całkowicie nowa jakość, którą tworzą dwie osoby. Zawsze.

Ludzie często stosują taki mechanizm po to, by ‘zło’ widzieć w otaczającym świecie, ale nigdy w sobie. To pozwala im wychodzić z relacji z wysokim poczuciem własnej wartości i wyjątkowości, ale niestety powoduje, że co krok powtarzają te same wzorce, raniąc się w tych samych schematach relacji. To może generować w nich myśl: „co prawda jestem w porządku, ale nie nadaję się do tego świata”.

Po co to robią?

To nie są procesy świadome. Szczególne predyspozycje mają do tego osoby z tendencją do widzenia świata dwuwymiarowego, czyli idealizowania (je jestem świetny, świat jest świetny), albo dewaluowania (jeśli wydarza się coś złego, to zawsze musi być winny, a winny najczęściej jest świat). Jeśli za wszelką cenę pragniemy uniknąć poczucia winy, wtedy odpowiedzialność umieszczamy w świecie zewnętrznym, mężczyznach, kobietach czy kolegach z pracy, ludziach z którymi wchodzimy w relacje. Całkiem jak u dzieci, które często obronę własną zaczynają od słów: to on zaczął, to on to zrobił, to nie ja! Podobnie, kiedy przewrócą się i uderzą, często winnymi okazują się stół lub krzesło, które stały na drodze. Dorośli powtarzają te dziecięce schematy.

No tak, ale Pan mówi o sytuacjach, które zdarzają się incydentalnie, a przecież my powtarzamy w życiu różne schematy i najczęściej nie lubimy tego dostrzegać.

Tak, ta sytuacja może się rozciągać na różne sfery życia, zwłaszcza, kiedy mamy małą świadomość siebie. Mało wewnętrznego oka, które mogłoby stanąć obok i spojrzeć na wydarzenia chłodno, bez emocji i oceny. Mówiąc prostym językiem jest to zwyczajna autorefleksja, poczucie, że ja jednak nie jestem całym światem i nie mam monopolu na wiedzę. Ta umiejętność kształtuje się w nas od małego, kiedy rodzice uczą nas aby nie ferować wyroków w stylu: ‘to twoja wina’, ‘ to przez ciebie’, ale przyglądać się temu co się dzieje, np.: no zaraz, chwileczkę, zastanówmy się, czemu ty się tak z tym Jasiem tłuczesz, dlaczego on cię tak wkurza. Przyglądnijmy się temu. Jak zobaczymy problem, to może coś uda się z tym zrobić, jakoś temu zaradzić.’ Jeśli rodzice tacy są, to uczą dziecko w ten sposób, że ono również może tak na siebie spojrzeć i podchodzić do różnych spraw. Czyli przyjrzeć się sytuacji, a nie tylko szukać winnych, albo czuć się ofiarą czy sprawcą. Takie spojrzenie z boku pozwoli nam zobaczyć coś więcej niż czubek własnego nosa.

No właśnie, dlaczego tak się dzieje? Przykład z mojego towarzystwa. On po długim małżeństwie, w którym żona była zakupoholiczką, co wspólnie skrzętnie ukrywali przed światem. Ona również po kilku związkach. Wspólny im się nie udał. Zwłaszcza on zupełnie nie widział swojego w tym udziału…

W odniesieniu do wcześniejszego związku tego pana zapytałbym najpierw, a właściwie zaproponował, żeby zobaczyć jak to się właściwie stało, że oboje tę chorobę ukrywali. Warto zaznaczyć, że pacjentem jest wtedy para, a nie każdy z partnerów osobno. Oboje jednak mają w ten wspólny koszyk wkład. Każdy kryzys buduje się dokładnie tak jak szczęście. Jeśli ludzie spędzają tyle lat razem, mimo nieudanego związku, to niewątpliwie istnieje coś, co ich przy sobie trzyma (dlaczego tak się ze sobą męczą). Dlatego warto przyglądać się szczegółom, temu dlaczego choroba żony była tak ukrywana przed światem, jaki to miało cel, itd.

Tu nie chodzi o orzekanie o winie, a o zrozumienie powodów, lepsze poznanie funkcjonowania relacji dwojga ludzi i mechanizmów, które za nią stoją. Nawet jeśli, któreś z partnerów zdradziło, to przecież jakoś musiało do tego dojść, jakoś ten kryzys narastał, miał swoje fazy. Pytanie czy para je zauważała, czy próbowała sobie pomóc, czy też udawała, że problemu nie ma, a może ten kryzys pielęgnowała i rozwijała? Czasem (nierzadko) to destrukcja karmi parę, i to właśnie powoduje, że trwają w takiej kaleczącej dla obu stron relacji latami. Tych powodów może być naprawdę wiele, warto je poznać i zrozumieć, po to by przestać powtarzać. Podobnie jest w każdej innej sferze życia. Jeśli ktoś za każdym razem trafia na szefa, który go mobbinguje, to problem leży nie w szefie, a w wyborach pracy.

Dlaczego ludzie nie chcą zobaczyć własnej odpowiedzialności, tego kawałka, który wnoszą do każdej relacji jaką tworzą z innymi ludźmi, nie tylko w związku?

To jest kwestia dojrzałości, a raczej jej braku.

No właśnie…

To bardzo dziecięce - on jest winny, ja jestem w porządku, to ona zaczęła, itd. Takie myślenie odbiera nam wszelką sprawczość i wpływ na własne życie. Jeśli czujemy się ofiarą, to sytuujemy się w roli zakładnika, który niewiele może zmienić. Jeśli mamy poczucie, że świat jest zły, to mamy też mniej radości z życia na nim. A świat nie jest ani zły, ani dobry. Świat jest różny.

Przy takim podejściu nasza wspaniałość będzie kwitła, ale grozi nam życie w samotności, co prawda z poczuciem wyższości życia w szklanej wieży, z perspektywy której wszystko dookoła marnie wygląda, ale co z tego, skoro nie bierzemy udziału w życiu, które przecież jest też dobre.

Spróbujmy nazwać ten ‘udział’. Czym on jest? Czy może polega na tym, że wnosimy posag doświadczeń i wzorców zachowań do relacji?

Żeby lepiej to zrozumieć, podam przykład ekstremalny, ale obrazowy. Jeśli mąż uderzy żonę, nie ma wątpliwości po czyjej stronie leży odpowiedzialność za sam czyn. Jeśli jednak to się wydarza regularnie, to można powiedzieć, że jest jakiś powód, dla którego ona nie reaguje.

A co to takiego może być?

Szereg przyczyn. O tym niechętnie się mówi czy pisze, bo to niepoprawne politycznie, ale często jest to rodzaj agresji obustronnej. Z tym, że jedna jest bardziej widowiskowa, druga mniej. Czyli mąż tłucze, ale żona również potrafi nieźle dorzucić do pieca i na swój sposób wywołuje u niego tę agresję. Chciałbym wyraźnie podkreślić, że nie mówimy tu o usprawiedliwianiu przemocy, ale o identyfikowaniu mechanizmów w związkach, chorych sytuacji, w których ludzie potrafią tkwić latami.

Parę lat temu głośna była w Polsce historia mężczyzny, który obcinał swojej żonie palce u rąk. To nie była kobieta przetrzymywana w piwnicy, ale normalnie funkcjonująca, wychodząca z domu, robiąca zakupy, mająca dzieci i rodzinę. On ją regularnie okaleczał, a ona przez wiele lat z tym żyła. To przykład głębokiej patologii, ale doskonale pokazującej mechanizm w relacji (kat – ofiara).

Przecież na co dzień słyszymy mnóstwo historii, w których kobiety tkwią w nieszczęśliwych związkach, z których z różnych powodów nie potrafią się uwolnić. Może to trudno zrozumieć, ale jest to rodzaj psychologicznego masochizmu, z którego ludzie w nieświadomy sposób czerpią energię psychiczną. To przewrotne co mówię, ale tak właśnie wyglądają nieświadome mechanizmy, które racjonalnie ogromnie trudno nam pojąć i wytłumaczyć.

Pan mówi rzeczy abstrakcyjne, bo nikt normalny nie nazwie tego przyjemnością!

Oczywiście, że nie nazywają tego przyjemnością. Nazwie to wprost cierpieniem, ale człowiek jest tak skonstruowany, że wszystko co robi zaspokaja jakąś jego przyjemność. Więc jeżeli w naszym życiu dzieje się coś niewygodnego, co nas boli lub rani, a my jednak w tym tkwimy, to można szukać pewnego rodzaju ‘przyjemności’ rozumianej jako zaspokojenia tej potrzeby. To bardzo skomplikowane.

O jakiej potrzebie mówimy?

Na przykład głęboko schowanym (nieświadomym) poczuciu, że jestem winny. Jeśli ma się wdrukowany syndrom ofiary, w dorosłym życiu będzie się powodowało sytuacje, w których to poczucie bycia ofiarą będziemy mogli stale pielęgnować (wybierając partnera, który nas rani, szefa, który nas nie szanuje czy przyjaciółki, które nas lekceważy). Więc wracając do tych kobiet, które tkwią w nieszczęśliwych związkach, nieświadomie mogą mieć poczucie, że nie zasługują na lepszego partnera w życiu. Świadomie myślą sobie, że lepszy taki niż żaden (poczucie skazania). Jeśli natomiast tę myśl udałoby się przekształcić w jakiś wybór (z jakiś zawikłanych powodów, ja jednak wybieram takich mężczyzn), odzyskamy wtedy wpływ na swoje życie i wyjdziemy z roli ofiary.

Zatrzymajmy się w momencie, w którym coś już zaczynamy rozumieć, mamy podstawową samoświadomość, ale w dalszym ciągu te wzorce powtarzamy.

Popularny przykład z życia wzięty. Córka alkoholika. Wie, że miała uzależnionego ojca i współuzależnioną matkę, i sama jest DDA, a jednak mimo tej wiedzy nadal wybiera parterów na podobieństwo ojca, czyli destrukcyjnych dla niej.

W takich przypadkach okazuje się, że jednak nie wszystko wiadomo i że jest jednak coś jeszcze, co jest do odkrycia. Pacjenci często przychodzą do mnie i mówią: ja to wiem już to przerabiałem, ale nadal nie rozumiem dlaczego tak się dzieje. I faktycznie on to wie, ale jedynie intelektualnie. Jednak ta strefa w przeżyciach emocjonalnych może być odłączona. Żeby coś zmienić trzeba to nie tylko wiedzieć, ale to również przeżyć. To musi być połączone. To tak jak z samochodem, który po gruntownym remoncie wyjeżdża z warsztatu ale dalej krzywo jedzie. To znaczy, że ta naprawa nie była taka gruntowna.

Wrócę do przykładu bloggerki , która umawiała się z mężczyznami z Tindera i co jeden to gorszy. Wyciągnęła wniosek, że z facetami jest coś nie tak. Ludzie mają tendencję do idealizowania wyobrażeń. Nawet już w związku często wady drugiego człowieka ich przerastają.

Każdy związek przeżywa fazy. Pierwsza należy do tych najprzyjemniejszych. Ale miłosny szał się kończy i przychodzi czas, kiedy na drugą osobę musimy spojrzeć bardziej realnie i zobaczyć, że człowiek jest całością. Ma zalety, ale też wady. Sztuką jest wejście w związek z ‘całym’ człowiekiem. W psychologii mówi się, że można wejść tylko z jakąś częścią. To tak jak małe dziecko (2-3 letnie), które od ukochanej mamy nie dostanie tego czego chce, denerwuje się, a po uspokojeniu zwraca się do niej i mówi ‘mamo, tamta mama była zła i nie dała mi cukierka, a ty jesteś dobra, więc na pewno mi dasz’.

To jest mechanizm rozszczepienia na dobrą i złą matkę. Oczywiście dziecko z tą złą matką nie chce mieć nic wspólnego, a dla dobrej zrobi wszystko. W dorosłym życiu, ludzie też tak próbują rozszczepiać partnera. Z tym dobrym to na koniec świata, a z tym złym to broń boże. Albo z żoną to dzieci, rodzina, ale fajny seks to z kochanką. Wtedy zlepia się jedną kobietę z dwóch różnych, co wiadomo, nigdy się nie udaje.

Wiążąc się z kimś warto zadać sobie pytanie, czy jeśli on / ona się nie zmieni, to będziemy z nim mimo tego?

Oczywiście, że tak. Dodam też, że ludzie mają fantazje, że pod wpływem ich miłości ta druga osoba się zmieni, uleczy, dojrzeje - może i ma tu i ówdzie jakieś niedoróbki, ale podążają za myślą, że ją wychowają, wyrzeźbią. Albo wyślą na terapię, wtedy się zmieni i będzie taki jak chcą. To myślenie, które pokazuje, że związanie się z drugim człowiekiem jest jakby na próbę, bo on za chwilę ma się zmienić wg oczekiwań.

Wybierają partnera, który ma być ‘kimś’ dla nich. Ma zniwelować jakieś niedostatki, mają przy nim bardziej zabłysnąć, pochwalić się na przykład (w przypadku mężczyzny) z jaką piękną kobietą są. Ta druga osoba, ma pomóc w tym, w czym sobie nie radzą.

To pewnego rodzaju używanie drugiego człowieka…

Tak, to jest używanie drugiego człowieka, świadome bądź nie, ale używanie. Mieć kogoś, dzięki komu będziemy pełniejsi, lepsi, fajniejsi. To również narcystyczne, bo ma służyć dopełnieniu i uzupełnieniu by mieć lepszy obraz siebie... Podobnie ludzie myślą o dzieciach, które chcą mieć i których rolą jest uratowanie związku na przykład.

No właśnie, kobiety, ale też mężczyźni, często wymieniają litanię cech, które musi spełnić drugi człowiek

Tak, jak zamówienie w supermarkecie...

No właśnie, ale czy to nie jest tak, że aby znaleźć partnera na którym nam zależy, najpierw sami musimy się tacy stać? W innym wypadku wybieramy partnerów takich, na jakich jesteśmy gotowi?

To jest przewrotne co Pani mówi, ale dobrze oddaje rzeczywistość. Warto zadać sobie pytanie, dlaczego musimy powtarzać tę sytuację, dlaczego musimy wybierać taką, a nie inną osobę. To podstawa do tego by zacząć dostrzegać swój udział.

Od czego warto zacząć dostrzeganie własnego udziału?

Od pracy nad sobą.

Ale ludzie boją się terapii, bo to od razu w ich poczuciu ich stygmatyzuje.

Na złodzieju czapka gore (śmiech). Jeśli ktoś ma w sobie różnego rodzaju lęki czy niepokoje, będzie się również bał terapii i tego, żeby się temu co w środku poprzyglądać.

Albo tego, że coś się wyda i świat się zawali…

Tak, tego też, i również tego, że ktoś go będzie z czymś konfrontował, albo wydzierał jakieś informacje na siłę i mu zaraz pokaże, jaki on jest zły i niedojrzały. Szczególnie w kategoriach ocen – jest pan nie w porządku, jak pani tak może i tak dalej. Ludzie co do zasady nie chcą i boją się zmian oraz zburzenia wizerunku we własnych oczach. I w pewnym sensie mają rację. Terapia zmienia obraz własnej osoby, ale na prawdziwy, a tym samym lepszy. Po prostu daje szansę na lepsze, pełniejsze życie i na niepowtarzanie wzorców, które wcześniej tak nas raniły.

Mieczysław Jaskulski – absolwent Wydziału Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego, od 1985r. pracuje jako psychoterapeuta. Ma certyfikat psychoterapeuty Sekcji Naukowej Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego oraz certyfikat trenera Polskiego Towarzystwa Psychologicznego. Szkolił się w ośrodku Synapsis oraz w Laboratorium Psychoedukacji. Zajmuje się terapią indywidualną i prowadzi warsztaty umiejętności psychologicznych. Jest członkiem – kandydatem Polskiego Towarzystwa Psychoterapii Psychoanalitycznej.

Napisz do autorki: katarzyna.soltysik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...