Pojechałem do Kruszwicy i poczułem się jak w Oxfordzie! Wioślarze, Rusałka i... wreszcie turyści

Na Gople (tzn. na jeziorze) trzeba uważać, bo jest tłoczno. Rządzą wioślarze, ale dawno nie było tu, tak dużo turystów, jak w tegoroczne wakacje. Warto zajrzeć do Kruszwicy, chociaż na chwilę.
Na Gople (tzn. na jeziorze) trzeba uważać, bo jest tłoczno. Rządzą wioślarze, ale dawno nie było tu, tak dużo turystów, jak w tegoroczne wakacje. Warto zajrzeć do Kruszwicy, chociaż na chwilę. Fot. Włodzimierz Szczepański
Widok stateczku – „Rusałki” kołyszącej się na cumie pod Mysią Wieżą rozrzewnił mnie. Ostatni raz pływałem tym „jeziornym liniowcem” w podstawówce. Później nie było po co przyjeżdżać do Kruszwicy. Widok podupadłego miasteczka nie napawał optymizmem. Teraz znów odkryłem jej urok. Ku mojemu zaskoczeniu nie byłem jedynym. Przyjeżdżają turyści, a Popiela znów nadgryzają myszy.

– Kurna... Oxford z Cambrigem tutaj zjechał? – wyrwało mi się na widok przyczep ze smukłymi łodziami wioślarskimi i tłumem ludzi, który tarasował parking przed Mysią Wieżą.
Z trudem przedzierałem się w tłumie. Tylu kibiców tego sportu to raczej na Wyspach lub Nowej Zelandii szukać. W dodatku: z jednej strony kolejka po włoskie lody i pamiątki, a z drugiej z autokaru, za którego szybą wetknięto duże zdjęcie Matki Boskiej z Lichenia, wysiadają "babcie”. Pewnie pątniczki zrobiły sobie przerwę. W pobliżu jest bezpłatny szalet. Pospiesznie drepczą w jego kierunku.
– Uwaga, głowa! – nagle słyszę ostrzeżenie za plecami.

Jakieś opalone dzieciaki ładują na przyczepę łódź. Uchylam się, aby za chwilę oberwać wiosłami, które niesie trener.

– To w Polsce są wioślarze? – pyta zaskoczona znajoma.
Na wodzie trzy osady „tną się” – mocnymi chwytami, prują wodę i walczą o sekundy. Za linią mety jeden z wioślarzy pada ze zmęczenia, kładzie się w łódce.

– Proszę się podnieść – z głośnika pada ostrzeżenie sędziego.

Zawodnik dźwiga się, aby paść regulaminowo – twarzą do przodu. Sędzia ze stoickim spokojem dodaje: – Proszę ekipę WOPR o podpłynięcie do zawodnika.

Plaża lepsza niż w Rio, bo czystsza
Uciekamy od tłumu na Półwyspie Rzępowski, który zaskakuje wykoszonymi trawnikami, ławeczkami. Na jego końcu na plaży kilku chłopaków gra w piłkę siatkową. A za nimi kąpielisko!

– Za moich czasów w tej wodzie strach było zanurzyć stopę – jako weteran informuje znajomą.

Tymczasem maluchy rzucają się na fale, które wytworzyła policyjna motorówka.

– Jakoś wody znacznie się poprawiła – tłumaczy Stefan Janeczek, prezes Klubu Wioślarskiego "Gopło Kruszwica", który z jeziorem związany jest "genetycznie". Jego ojciec był wioślarzem, a prezes klubu zgarniał medale latach 70-tych.
Dodaje: – Widzę, że coraz więcej turystów przyjeżdża do nas. Obserwuję wzmożony ruch pod Mysią Wieżą, a także przyjezdni zaglądają i do nas, do klubu.

Podkreśla, że w ostatnich latach władze miasta postawiły na turystykę. KW "Gopło" również stara się inwestować, chociaż jest niewielkim klubem z małym budżetem.

– Z własnych środków wybudowaliśmy tor, poprawiliśmy bazę. W przyszłym roku będziemy gospodarzami Młodzieżowych Mistrzostw Europy. Chociaż jesteśmy małym klubem, to mamy reprezentanta na olimpiadzie w Rio! – opowiada prezes.

Dać z siebie wszystko
Na chwilę przysiadam na schodach molo. Wszystkie ławki zajęte przez pary zakochanych. Chwilę patrzymy na kolejne osady walczące o medale. Zawracam. Po drodze mijam pomost sędziowski, z którego schodzą z niego wioślarze. Wśród nich oblany potem chłopak, ten który padł w łodzi ze zmęczenia.

– Kur... cała łódka na mnie leci. Trzymajcie mocniej! – krzyczy do kolegów.
Po chwili słychać, jak komentuje wciąż z trudem łapiąc oddech: – Dałem z siebie wszystko.

Z rozmowy wnioskuję, że zajęli czwarte miejsce.

– Nie przejmuj się, ja w twoim wieku nie miałem siły dopłynąć nawet na linię startową. Kumple wiosłowali za mnie – pociesza go mężczyzna, który „na oko” wygląda na 24-latka.

Od młynarza do kapitana. Symbol Kruszwicy?

Przy pomoście na wprost schodów do kruszwickiego zamku kołysze się „Rusałka”.

– Kopci z komina, tak samo, jak przed trzydziestoma laty – mówię i śmieje się na wspomnienie szkolnej wycieczki.

Wówczas cała klasa tuż po odbiciu od brzegu dostała choroby morskiej. Przypadłość cudownie minęła, gdy omal nie zderzyliśmy się z jachtem. Wszyscy byli zbyt podekscytowani niespodziewanym manewrem, aby pamiętać o udawaniu wymiotów.

Ku mojemu zaskoczeniu, niemal wszystkie miejsca w "Rusałce", są zajęte. Od kilku lat kapitanem tego wycieczkowca jest Franciszek Borczak.

– „Borek” mówili mi w podstawówce – śmieje się.

On mógłby być symbolem przemian, jakie przeszło miasteczko. Z wykształcenia mechanik, pracował jako młynarz oraz magazynier. Po transformacji ustrojowej jego zakład został wykupiony, a część pracowników, w tym Borczak, trafił na bruk.
– W 2000 roku zostałem marynarzem. Potrzebowali, kogoś do pilnowania mechanicznej sprawności „Rusałki” – opowiada.

A potem awansował do stopnia bosmana. W wieku 50 lat zdał egzamin państwowy na kapitana.

– Nie jestem tylko od noszenia galowego munduru i trzymania steru. Wsłuchuję się w silniki, wącham spaliny, czyli symptomy pracy statku. Czasem wystarczy, że ktoś ukradkiem zapali papierosa, abyśmy nakryli winowajce – śmieje się.

W krótkich postojach poprawia niedomagające maszyny. W weekendy ma zawsze komplet turystów na pokładzie. To głównie przyjezdni.
– Duża część turystów jest z Łodzi, czy Śląska, którzy w drodze nad morze postanowili zrobić sobie przerwę – tłumaczy kapitan.

Popiel narzeka na kopalnie

W tle majaczą maszty jachtów przycumowane do kruszwickiej przystani. Można dojść ścieżką wzdłuż brzegów jeziora. Po drodze mijam kilkudziesięciu motocyklistów. Przyjechali na zlot. Co niektóre maszyny głośno ryczą i dudnią. Ich właściciele wyraźnie są z tego zadowoleni.

Obok hangaru LOK „Popiel” stoją kampery i namioty. Obok kołyszą się żaglówki.
– Obecnie mamy 70 jachtów w przystani. Część z nich to turyści zmierzający do Szczecina czy Gdańska – tłumaczy Andrzej Kornaszewski z „Popiela”.

I narzeka, że wody pod względem biologiczno-chemicznym są w dobrej klasy, ale jest inny problem...

– Kopalnia odkrywkowa oprowadza wody do jeziora. Dlatego jezioro jest mętne. W kopalni mieli coś z tym poradzić, ale jak widać nie liczą się z nami – komentuje.

To trzeba zaliczyć
Z przystani widać majestatyczną Mysią Wieżę. Nie miałem jej w planach zwiedzać, ale plany zmieniłem. Ku mojemu zaskoczeniu chętnych na wejście na wieże nie brakowało.
W kasie oprócz biletów są i pamiątki.

– Mamo, kupiłam pamiątkę. Wieżę, na którą wspinają się myszy. Podoba ci się? Ty nie lubisz myszy – mówi mała turystka do rodziców.

Na schodach mijam kilku ciekawskich widoków. Po przekroczeniu ostatniego poziomu w oczy rzucają się... kafelki i nowe barierki.
Jeden z zwiedzających postanowił wysunąć się mocniej.

– Chodź, Adaś! Zobacz tam jest mama i ciocia – dziecko klęczy na murku wieży. Wolę nie patrzeć na tych amatorów mocnych emocji.
Hotel w dawnej przepompowni
Z wieży widać kolejny punkt niepodziewanej, wycieczki - romańską katedrę. W drodze do kolegiaty trochę kluczę między kamienicami. Na niektóre żal patrzeć. Wzdłuż muru cukrowni dochodzę do dawnego mostu kolejowego, wąskotorówki. Przed nim jest nowy hotel, „Magdalenka”. Na jego dziedzińcu kręcą się młodzi sportowcy w „laikrach”.
– To był budynek dawnej przepompowni wody pobliskich zakładów tłuszczowych – Krzysztof Zboralski, właściciel hoteli wspomina historię „Magdalenki”. – Postanowiłem otworzyć hotel, bo uznałem, że w Kruszwicy brakuje miejsc noclegowych. Tworzyłem je głównie z myślą o wioślarzach, ale teraz nie tylko ich goszczę. Chociaż początki były trudne.

On też jest "genetycznym" wioślarzem, bowiem już jego ojciec pływał na łodzi. Zborowski teraz też zapuszcza się na Gopło chociaż tylko rekreacyjnie.

– Jakość wody jeziora znacznie poprawiła się odkąd zakłady tłuszczowe nie spuszczają ścieków do Gopła – komentuje.

Powstanie, ale nie Warszawskie
Z hotelowej bramy prowadzi pomost na jezioro. Jest prawie pod mostem. Na przęśle mostu widać mural. „Powstanie” – czytam z daleka napis.

– No, kolejni, którzy 44-ty pamiętaj? – myślę sobie, bo nie jestem apologetą Powstania Warszawskiego.

Z bliska napis zaskakuje. Pod tekstem wielkim literami, które widziałem z daleka czytam „Wielkopolskie”. W Kruszwicy, jak w Poznaniu mają swoja tradycję.

Zamiast do auta wsiadają do łódki
Obok, mostu wzdłuż brzegu ciągnie się ciąg garaży, ale nie można wjechać do nich samochodem. Ich bramy otwierają się na wodę. Czterech mężczyzn łowi ryby z niewielkich pomostów przed hangarami.

– W Kruszwicy, wielu mieszkańców ma swój hangar na łódź – tłumaczy Ryszard Staszak, który mieszka w w pobliżu.
Chociaż ma 67-lat i wszczepione bajpasy wczesną wiosna rzucił się do lodowatej wody, aby uratować tonąca pod mostem.

– Lekarze ostrzegli mnie później, abym nie narażał się na takie ekstremalne temperatury, bo rurki mogą nie wytrzymać – śmieje się.

Z domu do jeziora ma ok. 50 metrów. Bywa nad nim codziennie. Także był wioślarzem. Teraz codziennie jeździ na rowerze, zwłaszcza, że nad jeziorem powstały nowe ścieżki.

– Kruszwica, odzyskuje blask – zapewnia, ale stwierdzenie, popiera argumentem. – Świadczy o tym zainteresowanie turystów. W poniedziałek, czyli nie w dzień wolny byłem na parkingu pod Mysią Wieża i był zapchany.

Napisz do autora: wlodzimierz.szczepanski@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...