Sojusze, rozmowy i miejskie sieroty, czyli sekretne życie drzew

Jesienny poranek w Puszczy Białowieskiej 123rf zdjęcie seryjne / Aleksander Bołbot
Odruchowo postrzegamy las jako rodzaj organicznej fabryki, której zadaniem jest filtrowanie naszego powietrza. W końcu to „zielone płuca planety”, jak nauczają tyle ekologicznie, co lekceważąco podręczniki biologii. Tymczasem las, bardziej niż bezmyślną linię produkcyjną drewna na nasze parkiety i stoły, przypomina społeczeństwo, i to wysokorozwinięte. Jest w nim miejsce na podział obowiązków czy konsultacje, a nawet na pomoc społeczną

Peter Wohllenben jest niemieckim leśnikiem, który życie poświęcił na zgłębianie życia lasu. Niebawem w Polsce ukaże się jego książka, która przewraca do góry nogami, to co myśleliśmy o życiu drzew. Okazuje się, że mają one więcej wspólnego z nami, niż skłonni bylibyśmy przypuszczać.



Las i las
Jak się okazuje las lasowi nierówny. Można to stwierdzić choćby po wizycie w Puszczy Białowieskiej, która tak bardzo różni się od mazowieckich zagajników, ale na aspekcie wizualnym różnice się nie kończą. Dla nas sto lat w odniesieniu do organizmów żywych to bardzo dużo. Las w tym wieku, w przełożeniu na życie człowieka, to zaledwie absolwent gimnazjum, młody i niedoświadczony. Najczęściej także, (w stosunku do lasu pierwotnego, czyli takiego, który nie został posadzony przez człowieka) odrobinę niedorozwinięty. Drzewa wbrew temu, co zwykliśmy o nich myśleć, mają rozwinięty system komunikowania się. Porozumiewają się przede wszystkim za sprawą zapachów, a nie wykluczone, że również dźwiękowo (badania częstotliwości fal emitowanych przez drzewa są jeszcze w powijakach, choć stwierdzono już, że drzewa wydają dźwięki i nie jest to tylko szum liści, czy płynących w ich konarach soków). Sygnał nerwowy, który sprawia, że drzewa wydzielają zapachy przepływa jednak, w porównaniu do ludzkiego impulsu nerwowego, niesamowicie wolno (około metr na sekundę), dłużej trwa też reakcja, dzięki której drzewa informują się o niebezpieczeństwie.

Oczywiście na wichurę, czy drwali nic nie mogą poradzić, ale kiedy atakuje je np. jakiś szkodnik komunikują się i nasączają liście gorzką substancją, która odstrasza intruzów, mechanizm działa na tyle wolno, że drzewo, które wysłało sygnał ma ograniczone szanse uchronienia się, więc robi to wyłącznie pro publico bono. Wracając do parkowych kolegów i młodych lasów – ich korzenie i gałęzie są przycinane, tak, żeby w odpowiednim wieku dało się je przesadzić, a to upośledza ich umiejętność komunikacji, ale też umiejętność interpretowania sygnałów z otoczenia. Stary las jest też bardzo opiekuńczy. Szczególnie dobrymi krewnymi są buki, które potrafią odżywać swoich krewnych, sprawiając, że zamieniają się w twarde drzewne „kamienie”. Polega to na tym, że kiedy buk przewraca się ze starości i traci liście, a więc nie może już przeprowadzać fotosyntezy, a jedynie pobierać z ziemi wodę, jego krewniacy przekazują mu część wyprodukowanych przez siebie cukrów. Taki buk nie jest martwy, więc nie zaczyna murszeć, ale nie jest już w stanie wypuścić nowych gałęzi, więc po kilkudziesięciu latach zaczyna przypominać stary kamień obrośnięty mchem. Krewniacy nie chcą dać mu odejść, więc będzie żył tak długo, jak otaczająca go rodzina będzie w stanie go karmić, czyli często ponad kilkaset lat.

Miejskie sieroty

Wohllenben opowiada też jak z punktu widzenia leśnika wygląda życie miejskich drzew. Niewinnie wyglądające rządki równo przystrzyżonych klonów czy małe dęby to tak naprawdę sieroty skazane na śmierć przed osiągnięciem pełnoletniości. Kiedy drzewo rośnie dorasta w lesie, jego wzrost jest ograniczony, ponieważ rodzice bronią mu dostępu do światła, dzięki temu młodzieniec rośnie wolniej, ale jego pień jest twardy i zbity, co sprawia, że w przyszłości będzie odporniejszy nie tylko na wichury, ale też na ataki grzybów w razie uszkodzenia. Drzewa sadzone przez człowieka całą młodość szaleją z fotosyntezą, a dodatkowo podlewane objadają się bez umiaru i rosną wszerz szerokimi słojami. A potem czeka je najczęściej bolesne zderzenie z rzeczywistością. Podlewanie w pewnym momencie ustaje, jako że, żeby nawodnić korzenie kilkunastoletniego drzewka, trzeba by zużyć wiele hektolitrów wody, poza tym najpewniej poradzi sobie ono samo. Co z tego, że w zbitej miejskiej ziemi ograniczonej przewodami, rurami czy fundamentami skazane jest na ciągłe pragnienie.

Poza problemami z wodą dorastające drzewka napotykają jeszcze jeden problem, mianowicie problem z akceptacją. Odpowiadające za park władze decydują się je przyciąć, co często jest równoznaczne z rozciągniętym w czasie wyrokiem. Zawierające mało tlenu pnie drzew, które rosły powoli w lesie nie tylko szybciej zasklepiają rany, ale też są znacznie gorszą pożywką dla grzybów, które potrzebują powietrza, żeby wgryzać się w drzewo. Obcięcie zbyt grubeko konara drzewa rosnącego w parku, to właściwie wyrok. Walka może trwać kilkanaście albo kilkadziesiąt lat, ale drzewa zostają w końcu zastępowane nowymi egzemplarzami.

Człowiek typu ent

Peter Wohllenben, to ten typ człowieka, o którym inni słuchają z zapartym tchem, żeby uśmiechnąć się pobłażliwie i podsumować go jako „pozytywnego wariata”. Określenie to wyraża w równym stopniu niezrozumienie, co fascynację. Peter dorastał w Bonn, ówczesnej stolicy RFN. Już jako dziecko fascynowała go przyroda, hodował żółwie i pająki, a każdą wolną chwilę, niezależnie od pogody, spędzał na zewnątrz. W liceum trafił na nauczycieli zainteresowanych ekologią, których apokaliptyczne wizje przyszłości naszej planety sprawiły, że ochrona natury wydała mu się zajęciem ważniejszym niż poświęcenie życia prawu czy matematyce. Postanowił zdawać na Leśnictwo.

Po studiach pracował w niemieckim Zarządzie Lasów Państwowych i usiłował wcielać w życie swoje niesztampowe pomysły. W 2002 roku udało mu się założyć na terenie lasu pierwotnego miejsce, gdzie ludzie u stóp wielowiekowych drzew mogli grzebać prochy swoich bliskich i zostawiać tabliczki z ich imionami. Był to (a właściwie jest – cmentarz funkcjonuje do dziś) nie tyle lukratywny biznes, co pomysł na ochronę lasu, bowiem pieniądze za pochówek przekazywane są częściowo właśnie na ochronę drzew.

Peter wciąż poszerzał swoją wiedzę o lesie, czytał, obserwował. Zaczął zauważać, że rolą leśniczego jest nie tyle ochrona drzew, co zarabianie na hodowli lasów. Nie, żeby był typem aktywisty, który przykuwa się do starego buka i rozpoczyna strajk głodowy w obronie jego życia. Rozumiał, że lasy powinny też przynosić dochody. Bardziej przeszkadzała mu bezmyślność i krótkowzroczność, która od czasów gwałtownej industrializacji kazała przemienić lasy w fabryki niskogatunkowego drewna, którym podobnie jak w ubojniach, daje się tylko tyle czasu, ile minimalnie potrzeba na stworzenie odpowiedniej masy. Tymczasem las, któremu pozwala się na naturalny wzrost, nie przetrzebiając go i nie ingerując w biosystem nie tylko pozytywnie wpływa na klimat, ale też tworzy drewno wysokiej jakości.
Za drzewo ścięte w lesie nastawionym na szybki wzrost w Niemczech można co najwyżej zabrać całą rodzinę na pizzę, tak niewiele jest warte. Z kolei wartość rynkowa dwóch pni, którym pozwolono się zestarzeć pozwala na kupno samochodu. Peter usiłował na zarządzanym przez siebie terytorium wprowadzić zakaz używania ciężkich maszyn i ciężarówek i postulował zastąpienie ich końmi, jednak mimo rozpisania projektu nie dostał na to zgody. Zniechęcony ponad 10-letnią walką postanowił odejść z państwowej spółki i zaczął planować wraz z rodziną przeprowadzkę do Szwecji, gdzie lasami opiekuje się w sposób zarówno ekologiczny, jak i ekonomiczny. W międzyczasie zaproponowano mu posadę leśnika w Reńskich Górach Łupkowych i zostawiono mu wolą rękę. Po roku od wprowadzenia zakazu poruszania się samochodami na terenie (zastąpiono je końmi) zadłużony las zaczął przynosić zyski. Mimo natychmiastowego sukcesu i życia blisko przyrody Wohllenben był ciągle zestresowany, zaczął mieć problemy ze snem i brać antydepresanty. Powód? Praca, której tak bardzo poświęcał się długie lata, była pomyślana na 200-300 lat, a nie dwie dekady, które dzieliły go od emerytury.

Podczas jednej z wycieczek, którą oprowadzał po swoim lesie, zauważył, że kilka osób zachwyca się płożącym po ziemi drzewem, bezwartościowym z punktu widzenia nawet tak niesztampowego leśniczego, jak on. Kiedy zapytał jednej z osób skąd zachwyt nad drzewem, usłyszał – No wiesz, w moim życiu też nie wszystko układało się prosto, łatwo i przyjemnie. To ważne, żeby się nie poddawać. Zaczął zastanawiać się nad tym, że ludzie tłumaczą sobie świat przez emocje i analogie do ich własnego gatunku. Stąd mały niedźwiedź Grizzly jest dla nich raczej uroczym berbeciem, niż groźnym drapieżnikiem, a alpaka ma najwyraźniej poczucie humoru, skoro zabawnie się zachowuje i wygląda. Postanowił opowiedzieć fakty znane głównie naukowcom, ale niepozbawionym emocji, prostym językiem, tworząc analogie życia drzew i lasu do życia człowieka i społeczeństwa. Stąd tytuły rozdziałów takie, jak „Dzieci ulicy”, „Urząd Opieki Społecznej” czy „Zgoda buduje”.
Książka bije rekordy popularności, być może za sprawą tego, że Wohllenben pisze ją z manierą „ciii, powiem ci sekret”, która sprawia, że z jednej strony mamy wrażenie jak gdybyśmy byli na tropie rozwikłania wielkiej zagadki, a z drugiej jakbyśmy śledzili perypetie bohaterów serialu. To książka, która budzi dziecięcą ciekawość i chęć kontaktu z przyrodą. Mimo że nigdy nie przepadałam za lasem – kojarzył mi się z mozolnym zbieraniem jagód z babcią i swędząco-piekącymi ugryzieniami czerwonych mrówek, pierwszy weekend po tym, jak zaczęłam czytać „Sekretne życie drzew” spędziłam chodząc po lesie, który nieoczekiwanie wydał mi się fascynującym miejscem. Misja Wohllebena najwyraźniej została spełniona. Trudno się dziwić, że książka nie tylko nie schodziła z niemieckiej listy bestsellerów ale też została przełożona na 19 języków i pisał o niej pochlebnie „New York Times”. Wypad do puszczy staje się bardziej egzotycznym doświadczeniem, niż weekend w Londynie, nic więc dziwnego, że las na powrót może fascynować.

Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...