"Beduinki na Instagramie" pozwalają sobie na więcej. Polka wróciła z Emiratów i opisuje wszystko od kuchni

Dziewczynka w tradycyjnym, beduińskim stroju.
Dziewczynka w tradycyjnym, beduińskim stroju. Fot. archiwum autorki
Aleksandra Chrobak rzuciła wszystko i pojechała do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Po pięciu latach dogłębnego poznawania życia mieszkańców tego kraju, wróciła do Polski, aby napisać książkę. „Beduinki na Instagramie” podbijają listę bestsellerów, ale autorka za sukces zapłaci dużą cenę. Nie wróci już do krainy rodem z „Baśni tysiąca i jednej nocy”, bo może spotkać ją kara za krytykowanie narodu. Jednak książka nie jest obrazoburcza - przedstawia emirackie kobiety jako ciepłe i serdeczne istoty, które mają zupełnie inne poczucie szczęścia niż mieszkanki Europy czy USA.

Aleksandra Chrobak - absolwentka religioznawstwa i polonistyki oraz była studentka iranistyki z Krakowa, która kilka lat temu zamieszkała w Abu Zabi. Miłośniczka Bliskiego Wschodu i zawzięta tropicielka jego tajemnic.

Jak znalazłaś się w Zjednoczonych Emiratach Arabskich?

Pięć lat temu pracowałam w banku w Londynie, co nie miało większego związku z moimi studiami. Było tak szaro, buro i zimno, że pomyślałam - jak nie teraz, to kiedy mam przeżyć przygodę? Zawsze ciągnęło mnie na Bliski Wschód. W tych krajach jest jeszcze dużo tradycji beduińskich. Żeby tam zamieszkać, najłatwiej jest się załapać do pracy w liniach lotniczych. Załatwiłam wszystkie formalności i znalazłam się w nowym świecie. Spędziłam tam pięć lat.

Kiedy zaczynałam czytać „Beduinki na Instagramie” miałam nikłe pojęcie o tym, jak tam się żyje. Słyszałam o licencji na alkohol, którą nie-muzułmanie wyrabiają sobie, żeby móc legalnie robić zakupy w monopolowym, słyszałam o zepsutych samochodach zostawianych na poboczu. Jakie miałaś pierwsze wrażenia po przyjeździe?

To jest zupełnie inny świat. Na początku brakowało mi czegoś takiego, jak spacer i kawa na rynku. Jedziesz przez pustynię i wszędzie jest piasek. W postaci sypkiej, albo w postaci wieżowców z włókna szklanego. Brakowało mi trochę kultury w europejskim rozumieniu.

Po sześciu miesiącach to się trochę zmienia. Wtedy zaczyna się odkrywać coś więcej niż centrum Abu -Zabi albo centrum Dubaju. Jeżeli masz samochód, możesz odwiedzić wszystkie emiraty. Wyjedziesz 30 kilometrów poza Dubaj i już masz wielbłądy, które się pasą na pustyni. Albo góry. I to jest niesamowite, że możesz odkryć zupełnie inny kraj, którego ludzie mieszkający w centrum, skazani na taksówki, odkryć nie mogą.
Pamiętasz ten moment, w którym poczułaś, że jesteś zżyta z tym miejscem?

To jest chyba taki moment, w którym się czuje, że jest się zaakceptowanym w lokalnej społeczności. Nie jako ekspat, który przyjeżdża tam na pięć lat, zarabia pieniądze, a potem ucieka i zapomina. Zaprzyjaźniając się z tradycyjnymi Emiratkami miałam poczucie, że w jakiś sposób staję się częścią tego ekosystemu. Nie pojechałam tam dla pieniędzy, tylko chciałam zanurzyć się w tym świecie.

Jak twoja wiedza i to, co przedtem słyszałaś o Emiratach, miała się do tego, jak naprawdę żyje się w ZEA?

Kiedy szykowałam się do wyjazdu, poszłam na wielkie zakupy, podczas których kupiłam rzeczy z długim rękawem. Myślałam, że tam jest bardzo tradycyjnie i konserwatywnie. A to nieprawda. Można sobie spokojnie chodzić w szortach i w koszulce. Wiadomo, poza miejscami takimi jak Oaza Al Ain czy bardziej konserwatywne emiraty. Ale jeżeli ktoś nie szuka kontaktów poza Dubajem i Abu - Zabi, to spokojnie może nie wymieniać szafy.

Zaskoczyło mnie ciepło i prostolinijność kobiet. Szczególnie tych bardziej tradycyjnych. Dla wielu europejczyków nikab jest znakiem „stop” - lepiej nie podchodzić. Kobieta w nikabie kojarzy się z radykalizmem. Prasa pokazuje kobiety z Państwa Islamskiego z kałasznikowem na plecach. A ja zaczęłam je postrzegać jako przyjaciółki. I to było wspaniałe. Te kobiety, szczególnie starsze, tradycyjne, mają w sobie tyle serdeczności, że serce niejednego islamofoba by skruszało.
Mam wrażenie, że w książce starasz się uświadomić nam, Europejkom, które walczą na przykład o prawo do aborcji, że nie mamy tak źle.

Na pewno pomagam dostrzec różnicę pomiędzy tym, co zamyka się w pojęciu „szczęście” kobiet. Jeżeli feminizm rozumiemy jako równy dostęp do rynku pracy albo edukacji - w Emiratach nie ma z tym problemu. Tamtejsze kobiety nie mają o co w tym sensie walczyć.

Na pewno musi upłynąć jeszcze dużo czasu, żeby zmieniła się ich świadomość niezależności. Ale myślę, że przyjdzie im to naturalnie. Jeżeli staną się bardziej samodzielne ekonomicznie i zdobędą lepsze wykształcenie - będzie to naturalny proces. Jestem o nie spokojna.

A co one myślą o „zachodnich” feministkach, które walczą z nagimi biustami?

Żyją w nieświadomości. Emiracka telewizja i internet są cenzurowane. Tam nie ma nagich biustów. Kiedy przyjechałam do Polski i zobaczyłam reklamy epatujące seksem, albo brytyjskie reality show o gwiazdach filmów porno, to pomyślałam, że dla nich to by było szokujące. Dla nas plaże, na których wszystkie panie opalają się topless, są normalne. To jest swoboda. Dla nich to by był ogromny szok.

Według nich jestem reprezentantką niewiarygodnej swobody. Sama decyduję, gdzie pojadę. Wyjeżdżam do Nepalu i nie muszę się pytać o zgodę. Mieszkam sama. To dla nich trudne do zrozumienia. Moje emirackie znajome pytały mnie, czy mojemu ojcu czy bratu to nie przeszkadza. Trudno im wyjaśnić, że nie jestem żadną bojowniczką o prawa kobiet. Co dla mnie jest normą, dla nich jest aberracją. W tym jest też trochę resentymentu - myślały: „ja też bym tak chciała, ale w tym momencie jeszcze nie mogę”.
W książce wielokrotnie zaznaczasz, że małżeństwo z Emiratczykiem nie byłoby dla ciebie dobre. Jest nawet fragment o tym, jak miałby wyglądać twój kontrakt przedmałżeński. Doszłaś do wniosku, że twoje warunki byłyby nie do spełnienia. Myślisz, że jest szansa na to, że kobieta z Europy, która ma wpojone wartości feministyczne, nawet jeśli nie postrzega siebie jako feministki, mogłaby być w takim związku szczęśliwa? Czy to zawsze kończy się źle?

Taka kobieta musi mieć świadomość, jak to działa. Czasami to nie jest tak, że uciska ją zły mąż. Rodzina, która przyjmuje do siebie Europejkę, naraża się na plotki. Kiedyś moja koleżanka z pracy powiedziała mi, że ma w rodzinie Rumunkę. Pokazywała mi jej zdjęcia i czuła potrzebę wytłumaczenia się. Mówiła: „ale ona ma dobre serce”. Myślała, że zacznę ją krytykować.

Dla tych rodzin Europejka jest ogromnym zagrożeniem. My mamy poczucie i potrzebę indywidualizmu, osobistego szczęścia i spełniania się. Tam wygląda to trochę inaczej. Wchodząc do emirackiej rodziny stajemy się częścią tego ekosystemu. Rzadko zdarza się tak, że jest się samemu. A ja tego potrzebuję. Tam nie ma prywatności do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni. To jest trudne.
Kobiety spod opieki ojca przechodzą pod opiekę męża. Nieważne, czy to jest jakaś niepiśmienna pani, czy menadżerka w dużej firmie. To dla nich naturalne, że o wszystko pytają męża. Na przykład czy mogą pojechać do Dubaju na zakupy. Czy mogą nałożyć lakier na paznokcie. Żeby pojechać na konferencję naukową najpierw muszą poprosić o zgodę mężczyzny.

Nie chcę tego krytykować, ale wiem, że nie byłabym w tym szczęśliwa. Jednak są dziewczyny, które dobrze się w tym czują. Znam Angielkę, której mąż jest już starszy i nie ma takich wymagań. Ona nie czuje presji społecznej, nie nosi abai ani chusty. Jednak większość dziewczyn nie jest szczęśliwych. Na przykład jeśli rodzina bardzo się wtrąca w to, że nie mają syna. Pod tym względem presja jest tu ogromna. Kiedy zapytałam pewną dziewczynę w ciąży o płeć dziecka, powiedziała, że dzięki bogu chłopca już ma, tak że teraz nie jest ważne, jakiej płci będzie dziecko.

Czego polskie kobiety mogłyby nauczyć się od Emiratek?

Jak dbać o swoje sprawy. My jesteśmy oddani idei romantycznej miłości. Tam kobieta nie ryzykuje. Nie wyjdzie za faceta, który nie jest jasno określony i nie zapewni jej bytu. Dlatego przed ślubem sporządza się kontrakt - zabezpieczenie na przyszłość. Tam mężczyzna na początku musi pokazać się z dobrej strony. To wynika z szacunku do kobiet. U nas to wygląda inaczej, bo mamy inne wartości.

Kobiety z Emiratów mają też świetne poczucie elegancji. Są tak są piękne i tak dobrze potrafią o siebie zadbać, że niejedna paryżanka mogłaby się powstydzić. To jak wyglądają na zewnątrz jest antytezą tego, jak wyglądają w domu. Ile w ich szafach jest kolorów! Oczywiście mają bogatą biżuterię i czas na częste wizyty w salonach piękności. Kiedy kobieta zdejmie nikab, rozpuści włosy, pomaluje usta na różowo i ubierze trochę tego złota, jest totalnie przeobrażona. Często jest tak, że mąż wraca z pracy, a jego żona czeka cała w biżuterii. Myślę, że to jest fajne.
Z czego wynika to, że tak się starają? Ich małżeństwa często są aranżowane, nie zawsze są w przyszłych mężach zakochane.

Myślę, że to jest inne poczucie miłości. Poza tym te kobiety też mają potrzebę auto ekspresji. One wychodzą w uniformie. Kiedy go zdejmują, chcą być piękne. Potrzebują się wyrazić. To nie jest tak, że noszą nikab i już zupełnie o siebie nie dbają. Mają potrzebę utrzymania seksapilu. Robią to też dla siebie, nie zawsze tylko z obawy, że mąż weźmie sobie drugą żonę.

Jak radzą sobie chwaleniem się swoim pięknem na Instagramie? Publikują przecież selfie z odsłoniętą twarzą. Prywatność w sieci się nie liczy?

To jest dla nich inny świat, w którym mogą być bardziej swobodne. Na zdjęcie profilowe na WhatsAppie czy na Instagramie nigdy nie wstawiają swojej twarzy. Osoba, która napotyka się na taki profil, nie wie, do kogo należy. Na WhatsAppie na profilówkach królują ptaszki albo tatuaże z henną. Dopiero kiedy ktoś zostanie zaproszony do grupy zamkniętej widzi prawdziwe zdjęcia.
A co by było, gdyby jednak ktoś z rodziny odkrył takie konto?

Myślę, że one już są tak obznajomione z internetem, że wiedzą, jak to wszystko ukryć. Są bardzo sprawne. Wiedzą jakie zabezpieczenia włączyć, żeby rodzina nie odkryła, że Bluetooth w ich telefonach chodzi 24 na dobę i osoba, którą córka mija w centrum handlowym rejestruje się dzięki temu na jej telefonie. Są bardzo sprytne.

„Beduinki na Instagramie” mogą być przewodnikiem dla kobiet, które chcą pojechać do Emiratów?

Może dzięki książce będzie mniej zawiedzionych nadziei. Znam dziewczyny, które liczą na to, że jak chłopak zabierze je na plażę i przedstawi znajomym, a one są w skąpym stroju kąpielowym, to taka znajomość skończy się małżeństwem. Ale on nigdy się na to nie zdecyduje. Tutaj szacunek jest ściśle powiązany z prywatnością. Nie może być tak, że jego koledzy mogą patrzeć na jej pośladki. Europejka może pomyśleć: ok, jest fajnie, przedstawia mnie swoim kolegom. A prawda jest taka, że jest traktowana jak dziwka.

Czasami bardzo konserwatywni mężczyźni nie podają kobietom ręki. Ja na początku byłam obrażona, ale w ich środowisku to jest oznaka szacunku. Wykształcony facet poda, bo nie chce kobiety z obcej kultury urazić. Ale są ludzie, którzy podczas rozmowy z kobietą patrzą w ścianę. Wynika to z tego, że oni w ogóle nie patrzą na kobiety - z szacunku. W ich kategoriach nie obrażają celowo. Warto zdać sobie z tego sprawę.
Dlaczego stamtąd wyjechałaś?

Będąc w Emiratach nie mogłabym opublikować tej książki pod swoim nazwiskiem. Tam jest high life, Dubaj, imprezy, ale jeżeli coś przeskrobiesz, to nagle okazuje się, że jesteś w świecie, w którym obowiązuje prawo szariatu. Za krytykowanie kraju są paragrafy. W gazetach nigdy nie ma krytyki. Są również przepisy, które zakazują obrażania Emiratów w mediach społecznościowych, a pod pojęcie obrazy można bardzo dużo podstawić. Można za to iść do więzienia.

Nie chciałam ryzykować. Oczywiście wyjeżdżałam stamtąd z ciężkim sercem. Kocham Emiraty, to jest moja pasja. Ale myślę realistycznie. Byłam tam na tyle długo, że wiem co wolno, a czego nie. A nie mogłam napisać tej książki z pominięciem niektórych niewygodnych spraw, bo to nieuczciwe.

Czyli ta książka to twoja misja?

Chciałam opowiedzieć, jak jest. Historie się zbierały i nadszedł odpowiedni czas. Poza tym Emiraty nie są na całe życie. Nigdy nie dostałabym tam emerytury, nigdy nie stałabym się obywatelem. Tam jest morze i wieczne słońce, ale jest też coś poza. Myślę, że jestem winna to dziewczynom. Znam gosposię, która miała zniszczone ręce, nie miała poczucia, że coś jest nie tak. Dla niej to była norma. Dla mnie to było przerażające, nawet w takich kwestiach humanitarnych, nie tylko pod względem norm prawnych.
Nie potrafię zrozumieć, jak można się tak nad kimś znęcać. Służba w Emiratach nie jest regulowana prawnie. Ale są dziewczyny, którym powodzi się bardzo dobrze. Jeżeli sponsor jest w porządku, to pomaga całej rodzinie. Jeśli w rodzinie dzieje się źle, pani domu może wylewać swoje frustracje na gosposi i nie ma instrumentów prawnych, ani społecznych, które mogłyby ja powstrzymać. Wszystkie pracownice emirackich domów mają ubezpieczenie zdrowotne, ale pani często nie pozwala im wyjść do szpitala. Znałam Etiopkę, która miała chorobę skóry. Nie mogła wziąć leków, bo pani mogłaby pomyśleć, że chce się upiększyć i przypodobać panu.

A ci, którzy wracają ze studiów na zachodzie, nie chcą zmian?

W Emiratach jest naprawdę dużo zachodnich standardów. Emiratczyków jest tak naprawdę tylko 15 proc. Ale dla nich pewne normy kulturowe są zinternalizowane. Mam znajomego, który był na studiach w Ameryce. Po powrocie do ZEA miał odruch zapinania pasów w samochodzie. Koledzy uważali, że jest cieniasem, a on miał już to zakodowane. Jest to powolny proces, niemniej zmiany społeczne już się dokonują. Nie zapominajmy, że dzisiejszych Emiratczyków od czasów Beduinów w namiotach dzielą tylko 44 lata.

Napisz do autorki: barbara.kaczmarczyk@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...