Grzybobranie to emocjonalna joga. Dlaczego jedni na myśl o nim zaczynają ziewać, a inni czują dreszczyk podniecenia

Grzybobranie jest jak polowanie, gra logiczna i emocjonalna joga. Prawo autorskie: shaiith / 123RF Zdjęcie Seryjne
Wrzesień, las o świcie. Nad ziemią unosi się mgła. Przez gałęzie przebijają się pierwsze promienie słońca. Z wnętrza ciepłego samochodu świat wygląda jak kojący kadr filmu na National Geographic. A za oknem? Jest maksymalnie 10 stopni. W nozdrza uderza rześkie wilgotne powietrze. Marzną dłonie. Ubrani na cebulkę wysiadamy i bez słowa rozchodzimy się po lesie, każdy w swoją stronę. Tak jakbyśmy ten las znali na pamięć. Po co? By uprawiać emocjonalną jogę.

Odkąd pamiętam nie mieści mi się w głowie jak można siedzieć godzinami na pomoście wśród trzcin i patrzeć na spławik. Woda faluje, spławik jeśli drgnie to zazwyczaj okazuje się to fałszywym alarmem. I tak do znudzenia. A jednak niektórzy to kochają. Ciekawe o czym myślą? Czy czekają w napięciu? Czy zadowala ich każda złowiona ryba?


Łowienie jest dla mnie tak samo niezrozumiałe jak dla znacznej części społeczeństwa zbieranie grzybów. Kiedy wspominam czasem, że się wybieram, moi znajomi się dziwią: „Serio, możesz tak chodzić i marznąć bez sensu? Przecież wiadomo, że i tak wszystko wyzbierają miejscowe handlarki”. Tak myślą ci, którzy nigdy nie doświadczyli prawdziwego grzybobrania. Takie przekonanie świadczy też o braku doświadczenia – grzybów nie da się wyzbierać, po prostu. „Prawdziwe grzybobranie” to rytuał, to proces przejścia na jasną stronę życia i… skomplikowana gra logiczna.

W powszechnym rozumieniu powiedzenie „emocje jak na grzybobraniu” znaczy nie więcej niż potworną nudę. Nic się nie dzieje, nikt nic nie mówi. Tylko widok leśnego runa. Nic więcej. Dla jednych powolny spacer po lesie w ciszy w poszukiwaniu grzybów, które przydadzą się na tradycyjną wigilijną zupę to absurdalna strata czasu, bo przecież wszystko można kupić na bazarze. Inni chodzą, wracają z pełnymi koszami, których zawartość sprzedają na targach lub przy drodze. Ale obok grzybiarzy zawodowych jest jeszcze jedna grupa - drugi biegun tych, którzy wcale nie praktykują grzybobrań. To grzybiarze-pasjonaci. Grzybiarze z miłości do lasu. Prawdziwi tropiciele najpiękniejszych okazów, którymi z nikim nie zamierzają się dzielić. Za żadne pieniądze.
Cisza leśna
Pierwszą fazą wyciszenia jest znalezienie swojego tempa i przyzwyczajenie się do niego. W pierwszych chwilach spaceru po lesie uderza cisza. Nigdzie nie jest tak cicho, jak w pustym lesie o świcie. Słychać wszystko, każdy ruch ręki w kieszeni. Ale przede wszystkim słyszysz swój własny oddech. Do tego ciężko się przyzwyczaić, zwłaszcza jeśli nie jesteśmy wprawionymi grzybiarzami. Takiego bliskiego obcowania ze swoim organizmem i myślami jednocześnie nie doświadczyłam nigdy.

Szukanie grzybów wydaje się być celem z góry skazanym na porażkę – trzeba się znać, wiedzieć czego się szuka i liczyć na łut szczęścia. Słowo-klucz w tym zdaniu to „wydaje się”. – Wystarczy się skupić i patrzeć pod nogi. Nie mówić, nie hałasować, słuchać lasu i patrzeć. Wtedy każdy coś znajdzie – mówi Maciek, 28 lat. Dla pasjonatów rozmowy w czasie leśnych poszukiwań przeczą idei prawdziwego grzybobrania. Bo czy kiedy usiłujemy się maksymalnie skupić rozmawiamy? Czy kiedy wpatrujemy się w piękny krajobraz chce nam się mówić? Czy słowa cisną nam się na język z uwagą śledzimy ruchy pędzla ulubionego artysty oglądając jego tutoriale na YouTube? Nie. I te same powody do milczenia mają grzybiarze-pasjonaci.
Skupienie to jeden z głównych warunków udanego grzybobrania. Nie jest to zwykły spacer po lesie. Technika zbierania grzybów wymaga czujności, niczym na polowaniu. Cała magia polega na tym, że nigdy nie wiadomo co się trafi i gdzie nas zastanie. Grzybobranie to niespodzianki i tajemnice plus wielki głód zbieractwa i bardzo bliski, wpisany z naszą naturę, kontakt z dziką przyrodą.

Najgorszym towarzyszem grzybobrania jest kobieta rozmawiająca przez telefon. – Na szczęście w lasach często brakuje zasięgu. Ale zdarzyło się, że pojechałem na grzyby z mamą i jej koleżankami. Jedna z nich opowiadała komuś przez telefon minuta po minucie któryś z castingowych odcinków „Mam Talent”. Ekscytowanie się akrobacjami tresowanej świni podczas grzybobrania boli mnie bardziej niż disco polo z głośników smartfona w tramwaju! – opowiada Maciek.

- Grzybów szuka się wszystkimi zmysłami. Niby można je tylko dostrzec, a jednak człowiek skupia myśli, wzrok, także słuch, jak może. Moja mama, totalna pasjonatka grzybobrań, czasem robi przystanek zamyka oczy i wącha powietrze – mówi zupełnie serio Maciek. Oczywiście nie chodzi o to, że grzyba można wyczuć… Chodzi o kolejny etap skupienia. Taki drobny rytuał, który powoduje, że wchodzimy na jeszcze wyższy poziom wyostrzenia zmysłów i wyczulenia na to, co zauważymy pod stopami.
Nie chodzi o to, by znaleźć grzyba, lecz o to, by szukać go
Na zachodzie, w Szwecji czy Niemczech grzybów się nie zbiera. Jest to udowodnione naukowo. Jak w swej książce „W dziką stronę” pisze autor, Łukasz Łuczaj antropolog Gordon Wasson wprowadził podział na narody mykofilne i mykofobowe. Mykofile lubią grzyby, zbierają je lub hodują, cenią je i nie boją się ich. Grzyby są dla nich ważnym elementem w kulturze. Mykofile to Polacy, Rosjanie, Chińczycy, Meksykanie oraz Włosi. Grzybów z reguły mało używają Germanie, a szczególnie unikają ich Anglicy. Dlatego w ich lasach aż roi się od prawdziwków-gigantów. Ale takie grzybobranie cieszyłoby przez chwilę. Można byłoby nasycić oczy. A przecież chodzi o to by grzyba nie tylko znaleźć, ale i szukać…

Kiedyś wybrałam się na grzybobranie przy okazji odwiedzin u mojej przyjaciółki, która mieszka na wsi przy lesie. Zabłądziłam, bo zamiast trzymać się ścieżki, którą znałam poszłam śladem grzybów. Wyrastały mi przed oczami i nie mogłam się powstrzymać, by nie skręcić tam gdzie zauważyłam kolejnego. W pewnym momencie zorientowałam się, że muszę wysilać wzrok, by widzieć runo. Słońce już zaszło, robiło się ciemno. Przed spędzeniem nocy w lesie uratował mnie… obcy pies. Kojarzyłam, że należy do któregoś z sąsiadów mojej przyjaciółki. Zagwizdałam na niego, pozwoliłam się powąchać i poprosiłam go jak człowieka (nigdy nie miałam psa, nie mam pojęcia jak się do nich odnosić), by zaprowadził nas do domu. Zadziałało…
- Nie potrafię się powstrzymać i grzybów szukam już z samochodu. Siedząc w aucie jadę wpatrzona w linię lasu. Ile razy w ten sposób udało mi się znaleźć prawdziwe cuda! Kiedy widzę okaz przy drodze alarmuję głośno jak się da, chyba do końca nad tym nie panuję. Na leśnych drogach nie ma ruchu więc można sobie pozwolić na gwałtowne hamowanie i przystanek na środku drogi – opowiada z ekscytacją Alicja, 55 lat

Grzybiarze mają też w zwyczaju ze swoimi znaleziskami czule rozmawiać i traktować z należytą delikatnością i szacunkiem. – Zdarza mi się rozczulić na widok świeżych małych zamszowych łebków wystających z mchu. Nie mam uczucia, że je upolowałem, że one się chowają przede mną, a ja je tropię. To raczej wewnętrzne przekonanie, że czekają tu na mnie i aż żal je tak samotnie w lesie zostawiać… - opowiada z powagą Maciek i po chwili namysłu dodaje z uśmiechem zawstydzenia: - To brzmi śmiesznie, nie pisz tego!

- Kiedyś jeździliśmy na grzybobrania całymi rodzinami. Pamiętam jak podczas zbiórki, przerwy na coś do jedzenia poszłam z moją siostrzenicą za krzak jeżyn w celu załatwienia potrzeby fizjologicznej. Kucnęłyśmy obok siebie i wpatrując się w runo obie w tym samym czasie zauważyłyśmy cztery zrośnięte nogami pokaźnej wielkości „rude kozaki” (koźlarz babka przyp. red.). Rosły kilkanaście metrów przed nami. Chwila milczenia i ruszyłyśmy przed siebie, która pierwsza. Biegłyśmy jednocześnie krzycząc, śmiejąc się i podciągając spodnie dresowe. Była pierwsza, darowałam jej” – śmieje się Alicja.

Pokaźne, nienaruszone przez ślimaki okazy to cel poszukiwań wszystkich prawdziwych pasjonatów grzybobrań. Najambitniejsi nie zbierają byle zielonek czy maślaków. Znam wielu grzybiarzy, którzy schylają się wyłącznie po podgrzybki, prawdziwki i kozaki. I to takie najwyższej jakości – z twardą nóżką i jędrnym kapeluszem. Jednak ilość liczy się równie bardzo, co jakość.
- Kiedyś był bardzo ciepły grudzień. Byłam u koleżanki na wsi, ona ma długą działkę wzdłuż lasu. Poszłam się przespacerować, tak sobie, nie wybierałam się na grzyby. Na skraju lasu znalazłam przeogromne prawdziwki. Wyglądały jakby na mnie czekały! Zdrowe, przepiękne. Myślałam, że zwariuję z radości – wspomina z ekscytacją Alicja.

Pod koniec grzybobrania wszyscy chętnie zaglądamy sobie w koszyki. Każdy wylicza ile znalazł prawdziwków oraz ile to podgrzybków wyrosło obok siebie w jednym miejscu schowanym głęboko pod świerkami. Ile poświęcenia i odwagi kosztowało nurkowanie w kłujący gąszcz! Kiedy po wiejskiej drodze kroczy któryś z jej mieszkańców dumnie dzierżąc w dłoni kosz pełen grzybów, wszyscy zerkają na niego z nieposkromioną ciekawością i błyskiem zazdrości w oku.

Grzybobranie to w małych wioskach jedna z głównych rozrywek i temat codziennych ekscytacji, co w swojej książce opisuje Łukasz Łuczaj. „Som grzyby?” – pytają ich mieszkańcy, zamiast przywitać się klasycznym „dzień dobry”. Odpowiedzi mogą być trzy, w zależności od stanu lasu: „som” , „nima” albo „som, ino wszystkie robaczywe”. Najgorsze te robaki…

Dzika satysfakcja
Kiedy grzybobranie można uznać za zakończone? Kiedy wiadomo, że emocjonalna joga odniosła swój efekt? Przychodzi taki moment po paru godzinach chodzenia w skupieniu od rana. Jest już ciepło, można zdjąć kurtkę, przewiązać w pasie, wyprostować się. Wtedy też dopada mnie głód i wielka ochota na gorącą herbatę. To uczucie, kiedy dosłownie czuję ciepłą falę endrofin, która powoli uderza do głowy jak bąbelki. Wielki spokój, a w głowie kompletna pustka.

- Ja mogę wyjść z lasu dopiero, kiedy nie mogę już unieść koszyka. Ale zdarzają się grzybobrania niezbyt obfite. Wtedy, kiedy nogi i plecy bolą, siadam i oglądam co znalazłam. Doszukuję się w moich znaleziskach ich wyjątkowych cech. Staram się doceniać ich urodę, wącham je. I wtedy głód dalszych poszukiwań mi przechodzi. Czuję satysfakcję i spokój.
Grzybobranie to idealne warunki do pełnego wyciszenia. Nie jest to sport ekstremalny, w którym można sprawdzić swoje możliwości fizyczne. To zajęcie, dzięki któremu staniesz sam ze sobą oko w oko, bez możliwości ucieczki w rozmowę, czy zagłuszenia myśli. Nie ma zmęczenia, które odwracałyby naszą uwagę od naszego ciała. Jesteśmy tylko my i nasz oddech. Marznące stopy, kłujący sweter, las i my.

I najważniejsze: zbieranie grzybów wciąga. Nosi znamiona poszukiwania skarbu, gry logicznej, w której liczą się umiejętności i wiedza. Ale trzeba mieć też farta, czasem wystarczy „dobre oko”. Kochamy gry, w których wiedza jest tyle samo warta, co szczęście, wytrwałość i szósty zmysł. Łukasz Łuczaj w książce „W dziką stronę” pisze, że żeby być dobrym grzybiarzem, trzeba być dobrym obserwatorem, piechurem i wróżem. Każdy chciałby tak tyle umieć!

napisz do autorki: ewa.bukowiecka-janik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...