Maja, która się pechowi nie kłania. O tym dlaczego w życiu warto być silną kobietą

Maja ze swoją mamą, tuż po zdobyciu srebrnego medalu na Olimpiadzie w Rio. Fot. materiały prasowe
W życiu najwięcej zawdzięczamy sobie oraz najbliższym. Z Mają Włoszczowską - srebrną medalistką Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro, rozmawiamy o tym, dlaczego nigdy się nie poddaje i po kim ma duszę fighterki.

Jakie były pierwsze słowa Twojej mamy, po tym jak wygrałaś srebrny medal na igrzyskach w Rio?


Nie było słów. Nie rozmawiałyśmy. Rozglądałam się dookoła mety i szukałam jej wzrokiem, ale niestety organizatorzy nie dopuszczali kibiców do samej mety. Po dekoracji udało mi się wyrwać od dziennikarzy i pobiec do mamy. Po prostu się do siebie przytuliłyśmy. Było wzruszenie i łzy, i emocje tak duże, że nie pamiętam tego co powiedziałam oprócz „dziękuję mamo”. To hasło utkwiło mi w głowie, ponieważ mama mogła być ze mną w Rio dzięki programowi Procter&Gamble (idea kampanii olimpijskiej „Dziękuję Ci, Mamo” zrodziła się z przekonania, że za sukcesem każdego dziecka stoi jego mama, która poprzez pomoc, codzienne wsparcie oraz bycie wzorcem umożliwia rozwój talentu i potencjału dziecka– przyp. red.). Dla nas obu to było wielkie szczęście. Mama jest ze mną przez całą moją karierę, praktycznie na każdych moich zawodach. Żyje moimi wyścigami i sukcesami tak samo jak ja.

Podobno determinację masz właśnie po mamie.

Och, ja mam wszystko po mamie! Mama jest dla mnie wzorem nie tylko jeśli chodzi o determinację, ale też o odwagę i mądrość życiową. Nauczyła mnie na przykład, żeby ze swojego słownika wyrzucić słowo ‘muszę’. Bo nie muszę. Chcę. To jest ta subtelna różnica. Możemy pracować, walczyć, spełniać marzenia, ale nie musimy tego wszystkiego robić. To od nas zależy, czy podejmiemy wyzwanie.

Mama nauczyła mnie również tego, aby nie tracić energii na rzeczy, na które nie mamy wpływu. Ci którzy mnie trochę znają, wiedzą jak wiele pechowych sytuacji mi się przytrafiało. Począwszy od wypadku przed mistrzostwami świata w 2009 roku w Canberrze, gdzie dwa dni przed startem, przewróciłam się na dużych głazach i uderzyłam szczęką w skały, co wykluczyło mnie z zawodów. Potem feralny wypadek przed olimpiadą w Londynie w 2012 roku. Potem tragiczna śmierć Marka (trenera Mai – przyp. Red). Wcześniej mniejsze problemy…

Życie…

Zawsze, kiedy nie potrafiłam sobie z czymś poradzić, coś mnie stresowało i odbierało energię, mama powtarzała mi, że życie jest jakie jest. Rzadko kiedy ułatwia nam drogę. Zazwyczaj zdarzają się niechciane niespodzianki, które należy traktować jako przejściowe trudności do pokonania. I nie można do nich podchodzić jak do problemów, tylko do faktów które mają miejsce. Trzeba je na chłodno zaakceptować, przyjąć do wiadomości i szukać rozwiązań. I zmieniać rzeczy, na które mamy wpływ.
Nie budziło to w Tobie złości, kiedy tego słuchałaś? Wypadek, który może przekreślić karierę, i chłodne stwierdzenia mamy – zaakceptuj...

Ale taka jest prawda, wystarczy się zastanowić. Zdarzył mi się wypadek. I co mam zrobić? Mam się położyć, płakać i kończyć karierę? To by była dopiero porażka. A jedyną porażką, jaką możemy w życiu ponieść, to po prostu się poddać. Dopóki walczymy, niezależnie od tego, jaki będzie koniec tej walki, jesteśmy zwycięzcami. Wiem, że to może banalne, ale tak właśnie o tym myślę.

Po tegorocznych mistrzostwach świata, rozmawiałam o tym z dużo młodszą od siebie koleżanką Jolandą Neff, która te zawody skończyła na ósmej pozycji, co było znacznie poniżej jej oczekiwań i możliwości. Bardzo mi zaimponowała wtedy swoim podejściem. Siedziałyśmy na kawie i rozmawiałyśmy o tym, że Jolanda nie rozumie dlaczego media w jej kraju (Szwajcarii) ją skrytykowały. Ona była na mecie zadowolona. Pojechała na 100 proc. swoich możliwości, zrobiła wszystko co mogła zrobić, co niestety wystarczyło tylko na ósme miejsce. Więc jeśli ma się takie podejście, wtedy niezależnie jaki jest finał, wygrywamy, bo dajemy z siebie wszystko.

Teraz odniosłaś sukces, ale chciałam zapytać jak długo oswajasz się z porażką?

W ubiegłym roku, podczas mistrzostw świata, na drugim okrążeniu zaczęłam czuć, że odkręca mi się blok w bucie (blok, który wpinamy w pedały). Niestety padał deszcz i trasa była bardzo śliska. Często trzeba było zeskakiwać z roweru i z powrotem na niego wskakiwać. Czyli nieustanie wpinać się i wypinać z bloku. Przez to ten blok jeszcze bardziej mi się luzował. Aż przyszedł moment, w którym nie mogłam kontynuować wyścigu. Wtedy musiałam stanąć w boksie technicznym, wiedząc, że straciłam pozycję medalową. Najgorsze było to, że to była tylko i wyłącznie moja wina, ponieważ grzebałam przy tym bloku przed startem. To mój głupi błąd. Przyznam, że to było dla mnie bardzo trudne i zajęło to parę dni zanim przyjęłam to do wiadomości. Ale przynajmniej teraz pięć razy sprawdzam blok w pedale (śmiech).

I co wtedy czułaś?

Wtedy złość. I smutek. W tym roku, na mistrzostwach, które również nam nie wyszły mimo świetnej formy, czułam bezsilność. Miałam poczucie, że tego było już za dużo. Można przyjąć na klatę jedną, dwie takie sytuacje, ale kolejna? To mnie przerosło.

Co pomogło?

Bardzo dużo dali mi kibice, którymi zresztą dowodziła moja mama. Wszyscy stali na mecie i byli kompletnie rozemocjonowani tym jak świetny pojechałam wyścig. To oni mi wtedy pomogli i nie pozwolili płakać. Pomaga mi też moja drużyna. Jak czuję, że mam wsparcie teamu i sponsorów – tak jak teraz w KROSS Racing Team – dużo łatwiej przychodzi pogodzić się z porażką.
Wierzysz, w to, że można wyczerpać limit pecha?

Absolutnie nie. Moje doświadczenie przeczy temu stwierdzeniu. Ale też wiele razy przekonałam się, że niezależnie od tego ile razy mamy pecha, nie można się poddawać.

A miałaś taką myśl, taką refleksję, że po cholerę ten pech? I że dlaczego jednym zdarza się rzadziej, a innym częściej?

Staram się myśleć, że wszystko jest po coś. Kiedy w 2009 roku miałam wypadek i nie powalczyłam o tęczową koszulkę mistrzyni świata, pomyślałam, że może to nie był mój czas. Może nie byłam przygotowana, może straciłabym motywację do dalszej walki. Potem nastąpił wypadek przed igrzyskami w Londynie i kilka innych porażek, które trudno mi było sobie racjonalnie tłumaczyć. Na koniec nie wiem jak to jest. Może po prostu los chciał, żebym walczyła do końca, zdobyła medal w Rio i napisała piękną historię. Walcząc o medale, piszemy historię i dajemy motywację innym ludziom. To w sporcie jest najpiękniejsze. Medale, owszem, są fajne. Świetnie się staje na podium, to są wielkie chwile wzruszenia. Ale najbardziej wzrusza mnie kiedy wiem, że daję emocje i motywację innym ludziom do tego, żeby walczyli ze swoimi przeciwnościami losu. Wszyscy je mamy. Mniejsze większe, ale dotykają nas wszystkich.

A gdzie szukasz motywacji?

U innych ludzi, u kibiców. Lubię książki motywacyjne. Bez przesady oczywiście, ale czytam. Pomaga też towarzystwo do treningów. Podczas zgrupowania w Kolumbii, mimo że byłam jedyną zawodniczką, trenowali ze mną wszyscy – fizjoterapeutka, mechanik, trener i lekarz. Dużo łatwiej wstać rano na ćwiczenia gdy nie robisz ich sam, ale cztery osoby czekają w gotowości by ćwiczyć razem z tobą.

Szczęśliwym się jest czy się bywa?
Nie wiem, czy jestem na tyle dojrzała i mądra żeby odpowiedzieć na to pytanie. Myślę, że poczucie szczęścia trzeba w sobie wypracowywać. To od nas zależy, czy podejdziemy do życia z optymizmem, czy też może załamiemy się na kolejnej przeszkodzie. Warto się cieszyć tym, co mamy. To jasne, że życie albo nam to ułatwia albo utrudnia, ale znam ludzi którzy byli sprawni, teraz są niepełnosprawni ale wciąż są szczęśliwi. Z całą pewnością nie jest to jednak proste.

Są takie okresy w życiu, kiedy dostajemy w kość. Warto do nich wracać?

Nie warto. Sama staram się nie wracać do czasów, o których myślenie mnie nie buduje. Ale wracam do czasów, które były dla mnie dobre, pozytywne i twórcze. Na przykład do współpracy z Markiem Galińskim i choć ilekroć o tym myślę, to jakoś mimowolnie łzy same napływają mi do oczu, to jednak lubię ten okres wspominać. Nawet przed wyścigiem w Rio patrzyłam w niebo i mówiłam sama do siebie, do Marka właściwie – wiem, że tu jesteś i wiem, że dodasz mi energii i będzie dobrze…. I teraz też już prawie płaczę, ale to dobre emocje.

(przez moment zastygamy w ciszy)

A o czym myśli się na starcie? Co się wtedy dzieje w Twojej głowie?

Jestem wtedy w pełni skoncentrowana na zadaniu. W tym roku na mistrzostwach świata, kiedy nie byłam w szczycie formy, bo tę przygotowywaliśmy na igrzyska, koncentrowałam się na tym, żeby dobrze wystartować, co nie jest akurat moją najmocniejszą stroną. Potem, już w trakcie wyścigu, na tym żeby świetnie przejechać wszystkie fragmenty techniczne. Żeby cały czas pilnować pozycji i być w czołówce. I mimo pecha, jakiego wtedy doświadczyłam, pojechałam perfekcyjny wyścig. Nawet świetnie finiszowałam, mimo że to moja słaba strona. Mój chłopak śmieje się, że jak trzy dziewczyny finiszują, to ja jestem czwarta (śmiech).

Ale jak to wygląda w praktyce, co się dzieje?

Koncentrujesz się na tym, żeby właściwie ustawić pedał, żeby po starcie zaraz szybko się wpiąć, sprawdzasz, czy masz dopięte buty, czy okulary dobrze leżą, czy włosy nie przeszkadzają. I czekasz na wystrzał. Nie rozglądasz się w prawo ani w lewo, czasem to może grozić wybuchem śmiechu i dekoncentracją. Na starcie w Rio stałam koło Jolandy Neff. Podobnie na mistrzostwach świata. Wtedy niewiele brakowało do wybuchu śmiechu, ponieważ Jolanda przyjęła pozycję konia wyścigowego. Uśmiechnięta, cała się trzęsła, chyba nie mogąc doczekać się tego startu. Więc na igrzyskach na wszelki wypadek nie rozglądałam się (śmiech) dookoła. Nie towarzyszą mi też żadne myśli. Pełne skupienie, wręcz cisza. Nie słyszę nawet muzyki, która często gra przed startem.

A jak jest tuż przed metą? Widziałam, że kiedy finiszowałaś, już od zakrętu który dzielił cię od mety śmiałaś się od ucha do ucha.

No właśnie. Na ostatnich mistrzostwach świata zrobiłam błąd, bo zaczęłam cieszyć się już na szczycie ostatniego zjazdu. Właściwie nie tyle cieszyć, co dopuściłam do siebie świadomość, że mam już srebrny medal. I to był błąd, bo przede mną był jeszcze zjazd. Co prawda zjechałam ostrożnie ale mimo to złapałam gumę, co pozbawiło mnie medalu i ostatecznie skończyłam czwarta. Więc teraz do ostatniej chwili nie dopuszczałam do siebie jakiejkolwiek myśli, że mam medal i walczyłam do samego końca, do ostatniej prostej. Słyszałam, że z tyłu gonią mnie Kanadyjki. Dopiero na ostatnim wirażu poczułam, że tutaj naprawdę nic nie może się wydarzyć. Wtedy na człowieka spada ta świadomość tego co się właśnie wydarza. Później jest to trudno odtworzyć w głowie. Pamiętam, że rozglądałam się za polską flagą. To są jednak igrzyska, reprezentujemy nasz kraj i jesteśmy z tego dumni. Podobnie dumna byłam z tego, że zdobyłam medal na polskim rowerze. Taki podwójnie polski medal.
Ciekawa jestem, czy mimo takiej masy obowiązków, znajdujesz czas na gotowanie.

Jasne! Są to proste rzeczy, bo te wyszukane gotuje mama (śmiech). Jest mistrzynią gotowania ‘na winie’, to znaczy otwiera lodówkę i co się nawinie, to wrzuca do garnka, ale efekt jest zawsze spektakularny. Świetnie robi różnego rodzaju pieczenie, zapiekanki warzywno- mięsne, dania z woka więc też dania orientalne, ostre. I robi je całkowicie intuicyjnie, nie korzystając z przepisów.

A Ty masz dobrą intuicję?

Nie wiem, ale chciałabym mieć tak jak mama. Ona się nie zastanawia. Po prostu działa. Ja mam problemy z podejmowaniem decyzji. Nawet z tymi prozaicznymi. Ale zdarzało się, że miałam w życiu bardzo trudne decyzje do podjęcia i mam przekonanie, że te które podjęłam w jakiejś mierze były intuicyjne i dobre w konsekwencji dla mnie.

Wysoką cenę płacisz za swoje sukcesy?

Czy ja wiem? Mam sporo wyrzeczeń. Największym jest to, że większość roku spędzam poza domem, z daleka od najbliższych. Trudno w takim przypadku utrzymać przyjaźnie, czy po prostu być, kiedy ktoś cię potrzebuje.

A jeśli chodzi o całą resztę, czyli np. brak życia towarzyskiego, unikanie alkoholu, czy dieta, to cóż. Wiodę momentami, jak to określił znajomy dziennikarz, klasztorne życie, ale z drugiej strony dostaję za to tyle wspaniałych emocji, możliwość poznawania ludzi na całym świecie, które mi to wszystko rekompensują.

Punktem odniesienia do tego co robisz jesteś ty sama, czy są jeszcze inni?
Ja przede wszystkim uwielbiam jeździć na rowerze. Wczoraj przyszła mi nawet taka myśl do głowy, że to takie fajne, że wróciłam ze srebrnym medalem, że czeka mnie tyle różnych spotkań, wywiady. A zaraz potem złapałam się na myśli, że najchętniej to pojechałabym w góry pojeździć na rowerze. Ale tak czysto rekreacyjnie, turystycznie, bez zadań treningowych. To powoduje, że jestem bardzo szczęśliwa, że mogę robić to co kocham, i że to co kocham jest moją pracą. To jedno z większych szczęść jakie możemy mieć w życiu.

Napisz do autorki: katarzyna.soltysik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...