Kobieta kobiecie zmorą. Kilka słów o braku solidarności jajników i kobietach, które nienawidzą kobiet

Polki przodują na świecie, jeśli chodzi o agresję słowną między sobą. 123 zdjęcie seryjne / rawpixel
Nikt ci nie wbije wypielęgnowanego paznokietka tak precyzyjnie, jak druga kobieta. Nikt nie sprawi, że zaczniesz się wstydzić swojego gustu czy dodatkowych kilogramów tak skutecznie, jak „dobrze życząca” koleżanka. Z drugiej strony nikt cię tak nie pocieszy, kiedy rzuci cię chłopak, ani nie pomoże kiedy kolejne belki stropu spadają na głowę. O co właściwie chodzi ze stosunkami damsko-damskimi?

Zdawać by się mogło, że coś się ostatnio w temacie kobiecej solidarności zmieniło. Wiosną, kobiety i to nawet te, które swoimi prawami dotychczas nie zaprzątały sobie głowy, wyszły na ulice. Zadeklarowane feministki, nastolatki i emerytki protestowały przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej ramię w ramię. Można sarkać, że jedna jaskółka wiosny nie czyni i że to epizodyczny zryw, albo spróbować zrewidować krótką historię kobiecej solidarności. Wystarczy ogólna wiedza historyczna i trochę logiki.



Przez setki lat nie musiałyśmy dobijać targów ani walczyć ramię w ramię na wojnach. Nie mogłyśmy też siedzieć w karczmie i wspólnie pić, co, nie oszukujmy się, jest czynnikiem znacznie ułatwiającym integrację. Nim kobiety poszły do szkół, większość życia spędzały w domu. Nie trudno się dziwić, że odizolowane od innych kobiet żony, swój interes utożsamiały przez lata z interesem męża, a nie swojej płci. Z przeprowadzonych na podstawie tendencji wyborczych w Stanach w XX wieku badań wynika, że kobiety przez większość ubiegłego stulecia głosowały tak, jak mężczyźni w ich otoczeniu. Często na przekór własnym prawom.

Oczywiście oprócz solidarności grupowej, na którą tak tęsknimy, są jeszcze relacje między jednostkami. I to z nimi miewamy największe problemy. Akceptacja odmienności drugiej kobiety przychodzi większości z nas z o wiele większym trudem, niż akceptacja odmienności mężczyzny. Przyczyny tego stanu są o wiele bardziej złożone, niż może się wydawać.

Zaczyna się już, kiedy jesteśmy nastolatkami. Traktując się nawzajem podle, testujemy swoje granice i szukamy pozycji w grupie. Ponadto zaczynamy dostrzegać, że różnice psychiczne są o wiele bardziej złożone, niż wcześniejsza konstatacja, że Magda jest ponura, choć gadatliwa, a Asia nieśmiała, ale miła. Profesor Kaja Björkqvist, psycholog zajmujący się badaniem wzajemnych relacji nastolatków doszedł do konstatacji, że chłopcy najczęściej wyładowują frustrację na kimś obcym, na rzeczach lub podczas uprawiania sportu. Z kolei u ich rówieśnic analogiczną funkcję spełnia okrucieństwo wobec koleżanek, często tych najbliższych. Badania Björkqvista zdają kłam popularnemu poglądowi, że kobiety są dla siebie okropne przede wszystkim dlatego, że rywalizują o męską uwagę.

Wygląd: wojna o samca czy o samoocenę?


Dziewczynki już w wieku przedszkolnym potrafią rozpoznać, która z nich jest ładniejsza czy lepiej ubrana od koleżanek. To kwestie, które w przypadku chłopców pozostają drugorzędne. Umiejętność rozróżniania udoskonala się z wiekiem, ale wygląd nie przestaje być ważnym elementem statusu kobiety w grupie. I to nawet grupie składającej się wyłącznie z kobiet. Zazdrość o urodę nie jest zresztą wynalazkiem współczesności. Jej reminiscencje znajdujemy choćby w „Iliadzie”, w której walka kobiet o jabłko z napisem „dla najpiękniejszej” stało się pośrednią przyczyną wybuchu wojny trojańskiej. Również akcja ludowej baśni niemieckiej „Królewna Śnieżka”, którą Walt Disney wybrał na kanwę swojego pierwszego pełnometrażowego filmu, jest niczym innym jak opowieścią o kobiecej zawiści pozbawionej skrupułów.

Ale czy naprawdę tak trudno się jej dziwić? Przecież jeszcze kilka wieków temu to, jak potoczy się życie dziewczyny zależało głównie od tego, czy jej uroda wpisze się w obowiązujące kanony piękna. Również dzisiaj ładna buzia jest niezasłużoną wygraną na genetycznej loterii. Pomaga nieznacznie w każdej dziedzinie życia. W doborze partnera nawet bardziej niż nieznacznie. Jeśli dwie kobiety będą porównywalnie zabawne i inteligentne, ale będzie różniła je uroda, nietrudno się domyślić, która ma większe szanse na znalezienie wymarzonego partnera. Coś na co nie ma się żadnego wpływu, decyduje o jednej z ważniejszych dziedzin życia. Zawistnicami są jednak nie tylko dziewczyny kaprawookie, krzywozębe i krótkonogie, ale i te całkiem urodziwe.

Być może w innych kobietach przeszkadza nam nie tyle sama atrakcyjność, co jej nadmierne akcentowanie. Niebotycznie wysokie szpilki, wydęte usteczka, piersi mówiące „tutaj jesteśmy!” i to nieodłączne upewnianie się czy ktoś patrzy. Kobieta tego rodzaju budzi nie tyle zazdrość, co niepokój. Niby nam się taki styl nie podoba i za nic nie chciałybyśmy tak wyglądać. Co nie powstrzymuje przed zastanawianiem się czy w grze zwanej „atrakcyjność” nie jesteśmy przypadkiem na straconej pozycji już na starcie, bo wybieramy płaskie buty i krótkie włosy.

Można być kontestatorem wyścigu szczurów, w którym nigdy nie brało się udziału, a jednocześnie zastanawiać się, co by się zrobiło, gdyby konto zasilał co miesiąc pokaźny korpoprzelew. Podobnie sprawa ma się z manifestującymi swoją seksualność kobietami. Niby świadomie nie należymy do ich grona, ale potrzebujemy szeregu negatywnych stereotypów na ich temat, które utwierdzają nas w słuszności wyboru. Trajektorie kobiecych sympatii i antypatii można łatwo prześledzić na przykładzie rodzimych aktorek. Czy nie jest trochę tak, że te najbardziej lubiane zarazem najmniej emanujące seksualnością? O ile większą sympatią cieszą się od swoich koleżanek po fachu Małgorzata Socha, Małgorzata Kożuchowska czy Joanna Brodzik. Kobiety niewątpliwie atrakcyjne, ale pozbawione w swoim wizerunku erotycznego podtekstu.
Myli się jednak ten, kto przypuszcza, że kobiety nieatrakcyjne mają lżej. Wbrew pozorom to właśnie kobiety z nadwagą zostają najczęściej i najbardziej perfidnie oplotkowane. No bo jak tu upuścić terapeutycznie trochę żółci obgadując perfekcyjną Gosię? Ciężko ubrać zarzuty wobec niej w słowa. Za to hasło „gruba świnia” przychodzi z łatwością (nie krygujcie się drogie czytelniczki, że wam to nigdy przez gardło, albo chociaż przez myśl nie przeszło). Tym bardziej, że obgadywanie pięknych i zgrabnych może uchodzić za objaw zazdrości, tymczasem mówienie źle o wyglądających źle wiele kobiet określa eufemistycznie „komentowaniem rzeczywistości”.

Można oczywiście przyczepić się do terminu kobieca solidarność, mówiąc, że sztamę trzyma się z ludźmi, a nie z genitaliami. Tyle, że chodzi tu nie o bezwzględne trzymanie czyjejś strony, ale o wyrozumiałość wynikającą ze wspólnoty doświadczeń. Niech rzuci pierwsza kamieniem ta, która nie popełniła nigdy modowej wpadki, nie przytyła w okresie dojrzewania / po ciąży / źle dobranej antykoncepcji czy po rozstaniu. Czyżbyśmy nie pamiętały jak się wówczas czułyśmy i bez życzliwych półsłówek i wymiany spojrzeń tuż nad naszym ramieniem? Być może używamy sobie na innych kobietach w trosce o samoocenę, potrzebującą wciąż nowych świadectw i certyfikatów. Pytanie jak te pięć minut złośliwej satysfakcji, że nie jest się taką ostatnią o nas świadczy.

Kobiety pracujące
Z badania CBOP-u wynika, że Polki znacznie lepiej oceniają współpracę z mężczyznami. Jedynie 11% ankietowanych kobiet wskazało, że wolałoby, żeby to kobieta była ich zwierzchniczką. Ciężko precyzyjnie ocenić, co stoi za tymi wynikami. Niewątpliwie gros kobiety, które zachodzą wysoko w zmaskulinizowanym świecie wyższych szczebli, trafia tam między innymi dlatego, że przejmuje męskie zasady gry. Łatwiej przychodzi nam zrozumienie, że szef-mężczyzna nie pozwolił nam wyjść godzinę wcześniej z powodu wyjątkowo bolesnego okresu czy to, że opieka nad dzieckiem nie jest dla niego usprawiedliwieniem. Często same nie posługujemy się argumentami tego rodzaju, nauczone wstydzić się za swoją fizjologię i świadome stereotypu matki jako potencjalnie gorszego pracownika.

Doktor psychologii Phyllis Chesler badająca problem okrucieństwa kobiet wobec kobiet, uważa, że ciężej niż mężczyznom jest nam się zdobyć na dystans, ponieważ mamy tendencję do powielania schematów powiązań rodzinnych we wszystkich relacjach międzyludzkich. Kiedy spotykamy drugą kobietę natychmiast próbujemy osadzić ją w swoim życiu w funkcji matki chrzestnej, siostry czy dziecka, a jeśli z jakichś powodów się to nie udaje, zaczynamy postrzegać ją jako znienawidzoną teściową, wredną ciotkę czy zbuntowaną córkę.

„Od kiedy mężczyzna stracił patriarchalną pozycję, kobiety straciły "wspólnego wroga". Coraz więcej z nich robi karierę, a na tym polu każdy jest rywalem. Nie występują jednak przeciwko mężczyznom, bo ich reakcja mogłaby być stanowcza i ostra. Wolą uderzyć w inne kobiety, bo wiedzą, jak je ranić” - mówi profesor Zbigniew Lew-Starowicz tygodnikowi „Wprost”. Kobiety metodą prób i błędów nauczyły się przybierania wobec mężczyzn postawy naiwnych jagniątek, które nie stanowią zagrożenia w ich zawodowej ekspansji. Nie nauczono nas zasad otwartej rywalizacji, jeśli już stajemy w zawodowe szranki, często robimy to w zawoalowany sposób, wychodząc z założenia, że rywalizacja nam to nie przystoi.

Należałoby zastanowić się nie tyle nad samymi zachowaniami kobiet w pracy, co nad tym, co je do nich popycha. „Baba z jajami”, określająca męski typ zarządzania pozbawiony emocjonalnych niuansów, jest bez wątpienia bardziej szanowaną figurą niż ta „bez jaj”. Męskie kierowniczki i kierownicy zarządzają jednak w męskim stylu także kobietami. Innych schematów jak do tej pory brak.

Puśćmy na chwile wodze wyobraźni. Być może gdyby spróbować wobec kobiet bliższego im stylu zarządzania, w którym zostają w jakimś stopniu odwzorowane relacje rodzinne, na które wskazywała Chesler, ich praca byłaby efektywniejsza. Podstawianie sobie w pracy nóg, w którym zdają się przodować panie w miejscach pracy, jest być może reakcją obronną na system, który nie został skrojony na ich miarę. Agresja jest wszak często jedynie pochodną lęku. Z pewnością jeszcze długo nie dowiemy się jak funkcjonowałyby firmy w których ważną rolę odgrywałyby długie rozmowy, wsparcie psychiczne, a respektowanie domowych i rodzinnych spraw byłoby naturalną częścią zarządzania.
Po pracy i po konkursie miss
Mimo wszystko dążymy do przebywania razem i wspólnych aktywności. Wspólne zainteresowania i podobne poglądy nie są jednak nawet w połowie tak istotne jak akceptacja. Doktor Phyllis Chester uważa, że przekonanie, że druga kobieta myśli o nas dobrze i że bezwzględnie będzie trzymała naszą stronę jest dla nas najważniejsze. Jeśli mamy przesłanki czy dowody, że jest inaczej, w kilka chwil jesteśmy w stanie przeistoczyć się w nieobliczalnych drapieżców i zerwać kontakty. Słynne kobiece obrażanie się często jest niczym innym, jak reakcją obronną na poczucie emocjonalnego odrzucenia.

Kobiety spodziewają się po innych kobietach znacznie więcej niż po mężczyznach, uważając swoje więzi za rodzaj świętości. Wydaje się nam naturalne, że jeśli facet odejdzie z koleżanką swojej dziewczyny, na bezwzględne potępienie zasługuje nie on, ale niewierna ideałom siostrzeństwa znajoma. Na zdroworozsądkowe argumenty mówiące o tym, że miłość nie wybiera, większość kobiet prycha z pogardą. Dziedziczenie facetów jest wśród kobiet pierwszym punktem mocno okrojonego kodeksu honorowego.

Szczególnie zadziwiają reakcje kobiet na seksistowskie dowcipy. Niesmaczny kawał o blondynce nadającej się do jednego, rozpoczyna karuzelę śmiechu nie tylko w stricte męskim gronie. Możesz być ruda, albo łysa, rżąca koleżanko, ale niech ci się nie wydaje, że ten dowcip jest o jakiejś innej kobiecie, głupszej i mniej fajnej. Z ciebie się tu szydzi, tylko nie chcesz tego dostrzec. I nie, nie ma to nic wspólnego z dystansem do siebie. O szacunek trzeba zabiegać na wielu polach, co wielu kobietom jest niestety obce, bo nie identyfikują się z innymi kobietami. Ciężko wyobrazić sobie murzyna zrywającego boki ze śmiechu po usłyszeniu rasistowskiego dowcipu.

W drugiej kobiecie możemy przejrzeć się lepiej niż w lustrze. Zobaczyć to, co mamy i czego nam brak, czy to jakie chciałybyśmy być. Konfrontują się z przedstawicielkami płci pięknej mierzymy się z własnymi kompleksami, tolerancją na własne braki i słabości. Nie wszystko można wytłumaczyć tym strasznym PMSem. Dopóki nie przyznamy, że i my grywamy nie fair i nie zrozumiemy, że jeśli żąda się akceptacji, wypadałoby samej być akceptującą, możemy tylko sarkać jakie to okropne są te kobiety. Te my.

Madeleine Albright, była sekretarz stanu w rządzie Billa Clintona i ambasadorka Stanów Zjednoczonych przy ONZ, powiedziała kiedyś, że w piekle jest zarezerwowane specjalne miejsce dla kobiet, które nie pomagają innym kobietom. Dobrze byłoby, gdybyśmy spróbowały chociaż sobie nie przeszkadzać. Tak na początek.


Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...