Rozprawia się z mitami o PGR-ach. "Mają swoją czarną legendę, ale ludzie z PGR-ów to cisi bohaterowie"

Warszawski socjolog pojechał na Mazury i rozprawił się z mitami o PGR-ach.
Warszawski socjolog pojechał na Mazury i rozprawił się z mitami o PGR-ach. FOT. PIOTR BINDER
– PGR-y mają swoją czarną legendę. Ich mieszkańców określano mianem bezradnych, bezczynnie wyczekujących na pomoc państwa. Moje badania były konfrontacją z tymi mitami. Ci ludzie wykazali się ogromną determinacją i zaradnością. To cisi bohaterowie – przekonuje dr Piotr Binder, socjolog z IFiS PAN, autor książki „Młodzi a bieda. Strategie radzenia sobie w doświadczeniu młodego pokolenia wsi pokołchozowych i popegeerowskich”.

Czy w blokach dawnych Państwowych Gospodarstwach Rolnych dalej śmierdzi przepoconymi gumiakami i alkoholem?



To zależy od miejsca, ale... Problem uzależnienia ma charakter uniwersalny, a i w miejscowościach popegeerowskich mało kto jest już dziś związany z rolnictwem. PGR-y mają swoją czarną legendę i uruchamiają w społecznej wyobraźni szereg stereotypów, m.in. za sprawą takich paradokumentów, jak „Arizona” Ewy Borzęckiej. Z pewnością nie są epicentrami problemów społecznych, czy jak się to często określa „patologii”. Rzeczywistość odbiega od tego wizerunku.
Zamiast więc badać rzeczywistość w Mordorze, obserwować zachowanie korpoludków, to Pan, warszawski socjolog wyjechał na Mazury gadać z „pegeerusami”. Trochę tego nie rozumiem, po co?

Przede wszystkim tematyka biedy i ubóstwa jest ważna! W pewnym sensie zrobiłem to również z przekory. W Polsce jest wielu socjologów. Są więc i tacy, którzy badają m.in. korpo-sprawy. Tematy modne i seksi zawsze przyciągają. Ja chciałem zrobić coś zupełnie innego, być może trochę niszowego. A do tego doszła ciekawość badawcza, bowiem, gdy zacząłem zajmować się tą tematyką zauważyłem, że wiele prac zawiera uproszczenia, bądź powiela stereotypy w niewielkim stopniu opierając się na badaniach.

Co to były PGR-y?

Państwowe Gospodarstwo Rolne (PGR) – forma socjalistycznej własności ziemskiej w Polsce w latach 1949–1993. Ich właścicielem było państwo. Tworzono je głównie na wcześniejszych majątkach ziemskich, zwłaszcza na Ziemiach Odzyskanych. Niska efektywność pracy oraz często złe zarządzanie powodowały niewielką produktywność. Dotacje państwowe pokrywały deficyt. Średnie zatrudnienie w PGR wynosiło 12,1 osób na 100 hektarów. Według Adama Tańskiego, prezesa Agencji Własności Rolnej SP w latach 1992–2002, powinny to być 3-4 osoby. Na podstawie ustawy z 19 października 1991 r. państwowe gospodarstwa rolne zostały zlikwidowane, a ich majątek przejęła Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa. Czytaj więcej

Aby jednak nazywać pracowników dawnych PGR-ów cichymi bohaterami, jak Pan wspomniał, to trochę przesada...

Rzeczywiście tak ich nazwałem. W okresie przemian wiele grup zawodowych znalazło się w trudnej sytuacji. Niemniej, to mieszkańcy PGR-ów właściwie byli pozbawieni wsparcia ze strony państwa, samorządów, czy też raczkujących organizacji pozarządowych. Lata 90. były dla nich wyjątkowo trudne, co dodatkowo wykorzystywano. Jeśli mogli znaleźć jakieś zajęcie zarobkowe, to niemal wyłącznie „na czarno”, przez co trudno im było nawet nabyć prawo do kolejnego zasiłku. Nie ustawiali się więc w kolejce w PUP-ie.

No, ale sobie poradzili, czyli decyzja o zlikwidowaniu Państwowych Gospodarstw Rolnych była słuszna.

Odpowiem słowami moich rozmówców: poradzili sobie, bo nie mieli wyjścia. Mając liczne rodziny i małe dzieci byli postawieni pod ścianą. Doświadczyli skrajnej biedy na granicy zagrożenia zdrowia, a może i życia.

Tu już chyba Pan ubarwia...

Były takie sytuacje! Jedna z rodzin, która brała udział w moich badaniach pod koniec lat 90. była zmuszona przetrwać zimę bez ogrzewania, ponieważ administracja w grudniu rozmontowała im piece. Ubierali na siebie wszystko co mieli i przykrywali się czym tylko mogli, co i tak nie uchroniło ich przed zapaleniem płuc, a to tylko jedna ze zgromadzonych historii, jednej rodziny.
Będę się upierał. Jednym podpisem o zamknięciu PGR-ów zlikwidowano garb, czyli zadłużone, nierentowne gospodarstwa, które ciążyły państwu. Decyzja była więc słuszna.

To trzeba byłoby rozpatrzeć na kilku poziomach. Rachunek ekonomiczny jednoznacznie wskazywał, że nie przynosiły one dochodu do budżetu państwa, wręcz przeciwnie. Choć jeszcze w 2005 roku prof. Włodzimierz Dzun twierdził, że pod koniec swojego istnienia PGR-y stopniowo wychodziły na prostą. Co ciekawe, doświadczenie naszej obecności w Unii Europejskiej wskazuje na to, że współczesne rolnictwo nie ma nic wspólnego z wolnym rynkiem. A przecież w momencie podejmowania decyzji o wycofaniu państwa z rolnictwa, „wolny rynek” był ważnym argumentem...
Ten argument nie spodoba się fanom Balcerowicza i wolnego rynku, którzy byli zwolennikami radykalnej reformy.

Być może podjęliby dyskusję? Ale jest też poziom etyczny…

O, to się jeszcze bardziej nie spodoba.

Dokonano radykalnej zmiany pozostawiając tych ludzi bez alternatywy. To nawet w Rosji pracownicy kołchozów i sowchozów dostali przynajmniej udziały w ziemi, którą teoretycznie mogli uprawiać, albo chociaż dzierżawić. U nas poza okresowymi zasiłkami nie zaproponowano żadnych działań osłonowych. Decyzję o likwidacji PGR-ów przyjęto chyba z premedytacją. Dotyczyła ona społeczności położonych na peryferiach, rozproszonych po kraju, co więcej ich pracownicy nie mając silnej reprezentacji związkowej nie mogli skutecznie przeciwstawić się temu.

To jak kombinowali?

W najtrudniejszym okresie najlepiej sprawdzały się tradycyjne sposoby: uprawa działki przyzagrodowej, ogrodu, drobna hodowla. W miarę upływu czasu pojawiała się pomoc instytucjonalna ze strony Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa, samorządów, czy kościoła, szczególnie Caritas. Do tego dochodziły wszelkie zajęcia przynoszące dochód. Jeżeli była to praca, to oczywiście praca na czarno. Te trzy sfery (samozaopatrzenie, pomoc instytucji, zajęcia zarobkowe) spinało kombinowanie obecne w każdej z nich: drewno z lasu można było ukraść, oświadczenie do GOPS-u podkolorować, a dorobić na sprzedaży rosyjskich papierosów z przemytu.
Wyrwać kable ze ścian, czy blachę z dachu i sprzedać. Czyli wszystko to, co na miejscu.

Mitem jest oskarżanie mieszkańców osiedli pegeerowskich o brak mobilności. Chociażby zaczęli pracować w krajach UE zanim Polska stała się członkiem Unii. Pojechali w nieznane pomimo braku doświadczeń wyjazdów zagranicznych i znajomości języków obcych. Nie wspominając już o tym, że wówczas nie było to legalne. Byli bardzo zdeterminowani. Dzięki wyrzeczeniom pokolenia dzisiejszych 50-cio i 60-ciolatków losy ich dorosłych już dzieci nie różnią się znacznie od rówieśników z małych czy średnich miast.
W swojej pracy porównał Pan ich z rówieśnikami z Rosji. To już jakiś kosmiczne porównanie.

I ciekawe, a dla mojej pracy podstawowe, które niejednokrotnie mnie zaskakiwało. Hasło „Rosja” we współczesnej Polsce również otwiera worek stereotypów. W skrócie jest postrzegana jako kraj skrajnie odmienny. Tymczasem młodzi z dawnych z państwowych gospodarstw rolnych, tych w Rosji i Polsce, okazali się być bardzo do siebie podobni. Mają bardzo podobne spojrzenie na świat i marzenia. Zamierzają wyrwać się do miasta, nie chcą mieć nic wspólnego z pracą na roli, konsumują też te same, globalne treści popkulturowe. W Rosji zjawisko migracji jest jeszcze bardziej intensywne, a część terenów zamieszkałych jeszcze dwadzieścia lat temu wyludniła się zupełnie. W Polsce osiedla popegeerowskie też gasną. Znam osoby z dawnych popegeerowskich miejscowości, które osiedliły się w Warszawie. Ich rodzice wciąż jeszcze okresowo pracują za granicą, opłacają swoim dzieciom studia, czy pomagają w spłacie rat za mieszkania na Białołęce.

Nie musimy się więc już o nich martwić. To optymistyczne, że dawni mieszkańcy wytrwali się z biedy.

Nie do końca, zwłaszcza w odniesieniu do tych, którzy pozostali na wsi i nie mają stałego zatrudnienia. Dopóki nie uzyskują stałych świadczeń grozi im bieda powracająca. Dopóki dopisuje im zdrowie, znajdują rozwiązania i są w stanie poradzić sobie, tak jak radzili sobie do tej pory. W takiej sytuacji trudno patrzeć w przyszłość z optymizmem.

Z pewnością ich dzieci zahartowane doświadczeniem życiowym będą wspinać się po drabinie korposukcesu. Wzbogacą się na tyle, aby pomóc rodzicom. Warszawka może drżeć przed pegeerusami?

Przewidywanie przyszłości to tęsknota wielu socjologów. Ja skupiłem się na konfrontacji z wcześniejszymi przewidywaniami, a te okazały się być nietrafione. Młode pokolenie wyrosłe w osiedlach popegeerowskich nie „odziedziczyło” po rodzicach „wyuczonej bezradności” i nie oczekuje bezczynnie na pomoc państwa. Ci młodzi ludzie w znacznej mierze opuścili już rodzinne wsie, przenieśli się do polskich miast bądź wyjechali zagranicę. Trudno było ten fakt dostrzec, bo też nie różnią się oni od swoich rówieśników. Po prostu urodzili się w miejscach, gdzie kiedyś funkcjonowały PGR-y.

Napisz do autora: wlodzimierz.szczepanski@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...