Superfoods: 5 pewniaków, których jeszcze nie próbowałeś (i dlaczego powinieneś)

Fot. Pexels.com / CC0
Wielkie hipermarkety, osiedlowe sklepiki, a nawet warzywne stragany – niezależnie od powierzchni, jaką dysponuje dany spożywczak, nie obejdzie się dzisiaj bez sekcji ze zdrową żywnością czy też jak wolą bardziej zorientowani w temacie – „superfoods”. Nikt się więc już specjalnie nie dziwi, kiedy sprzedawczyni na targowisku zaczyna nagle sypać jak z rękawa faktami na temat właściwości odżywczych jarmużu i zarzeka się, że jeśli cokolwiek piecze, to tylko z mąki jaglanej. I o ile w autorytet pani z warzywniaka wątpić nie wypada, to o tym, jakie produkty będą rzeczywiście miały zbawienny wpływ na nasz organizm, trzeba przekonać się na własnym… talerzu.

Z dietą jest jak z miłością – znalezienie tej właściwej wymaga co najmniej kilku prób. Poza tym, jak uczą scenarzyści komedii romantycznych, aranżowane małżeństwa szczęśliwe okazują się w znikomym procencie przypadków, co w tłumaczeniu na zasady zdrowego żywienia oznacza, że „foods” które okażą się „super” dla naszego organizmu musimy szukać na własną rękę. Problem w tym, że o ile do drugiej połowy przyciąga nas specyficzna „chemia”, to zdrowe produkty kuszą co najwyżej etykietką z napisem „bio” czy „organic”. I jak tu odnaleźć te „jedyne”? Próbować – podpowiadają twórcy Fitlovebox, pudełek subskrypcyjnych ze zdrową żywnością.


Rozsyłane co miesiąc paczki zawierają po pięć zdrowych produktów. 30 dni to okres wystarczający, żeby spokojnie przetestować ich smak i działanie na nasz organizm. Jeśli nam nie podejdą – wiemy już, czego unikać i na co nie tracić pieniędzy, bo, umówmy się, kupno całej paczki, słoika czy butelki konkretnego zdrowotnego „eliksiru” bywa sporym wydatkiem. Jeśli jednak się sprawdzą, lecimy do sklepu po więcej. Z naszych redakcyjnych doświadczeń wynika, że ten drugi scenariusz sprawdza się częściej. Musicie to jednak zweryfikować sami. My możemy podzielić się z wami listą „pewniaków”, które dzięki Fitlovebox znalazły stałe miejsce na naszych listach zakupów.

Ksylitol

Kubków kawy wypijanych podczas redakcyjnych dyżurów nikt nie liczy, ale łyżeczki cukru – już niestety tak. A że nie wszyscy są na tyle twardzi, żeby w imię zdrowotności zrezygnować ze słodkości, ksylitol zaczęliśmy traktować jak cudowne rozwiązanie naszych problemów dietetycznych. I to nie tylko dlatego, że zawiera o połowę mniej kalorii niż zwykły biały cukier. Ma też znacznie niższy indeks glikemiczny, a także ułatwia przyswajanie wapnia.

Masło z nerkowców

Kolejny zamiennik tradycyjnego produktu. Masło z nerkowców stało się podstawą wielu pakowanych do pracy kanapek. I chociaż masło orzechowe to żadna innowacja, to standardowe – arachidowe, przynajmniej wśród niektórych, nie cieszyło się powodzeniem. Może przez skojarzenie z zajadającym się nim Amerykanami, którzy wzorami do naśladowania, jeśli chodzi o zdrowy tryb życia, raczej nie są. Wyłowione z Fitloveboxa masło z nerkowców okazało się strzałem w dziesiątkę: idealnie kremowe i napakowane witaminami z grupy B, magnezem i zdrowymi tłuszczami nasyconymi.

Olej kokosowy

Klasyczny przykład produktu, który mimo że piętrzy się dzisiaj na półkach większości sklepów, trafia do niewielu koszyków, bo przyzwyczajenie każe niezmiennie wrzucać do nich ten żółty, w plastikowej butelce. Wystarczy jednak raz spróbować kokosowego i nie ma odwrotu. Nie dość, że zdrowszy i subtelniejszy w smaku, to jeszcze może służyć jako… balsam do ciała.

Chia

Szałwia hiszpańska jest niemal definicją superfood. Maleńkie ziarenka to w rzeczywistości potężne bomby odżywcze. Napakowane błonnikiem i przeciwutleniaczami, dzięki wysokiej zawartości białka świetnie nadają się na suplement wegetariańskiecj diety. Ponadto chia nie jest składnikiem, który do posiłku dosypuje się ze zdrowotnego „musu” i do tego ostrożnie, żeby za bardzo nie zepsuć smaku potrawy. Dzięki właściwościom zagęszczającym chię można dodawać do zup i sosów. Koniecznie spróbujcie też wymieszać ją z mlekiem – zwykłym i kokosowym – smakuje prawie jak kokosowy budyń.

Sól himalajska

Podobnie jak cukru, soli wielu z nas za kołnierz nie wysypuje. O negatywnym wpływie tej klasycznej, prosto z Wieliczki, lepiej nie wspominać. Dlatego każda zdrowsza alternatywa jest mile widziana. Jasne, zdajemy sobie sprawę, że przesadzać nie należy nawet z „najzdrowszą solą na świecie” (bo taką renomę ma himalajska). Z drugiej strony, młynek wypełniony różowymi grudkami wygląda jakoś weselej niż smętna, biała solniczka.

Artykuł powstał we współpracy z Fitlovebox.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...