Kiedy prawda jest większym złem. O wartości kłamstwa, którą mało kto rozumie

W bajce o niegrzecznym Pinocchiu kłamstwo utożsamiane jest z nieposłuszeństwem. 123rf zdjęcie seryjne / Elvan Mehmed Halil
Kłamstwo ma nie tylko przysłowiowe krótkie nogi, ale także podwójne standardy. Osoba kłamiąca usprawiedliwia własne mijanie się z prawdą równie łatwo, co skazuje na wieczne potępienie znajomych, których przyłapała na oszustwie. I to nawet mimo faktu, że prawidło „wszyscy kłamiemy” już dawno weszło do kanonu ogólnej wiedzy psychologicznej. Tymczasem, być może powinniśmy kłamać i być okłamywani nie tylko znacznie częściej, ale i w zupełnie innych sytuacjach, niż nam się wydaje.

„Bo JA zawsze mówię, co myślę”
„Prawda jest cacy, kłamstwo jest feee” – uczyli nas rodzice. Niestety, jest grupa ludzi, którzy ten dopasowany do możliwości poznawczych dziecka komunikat wzięli sobie głęboko do serca. Przestrzegają go z wielką gorliwością także w dorosłym życiu (być może nadal dzielą też obiad na kęsy za mamusię i za tatusia). Duma z własnej szczerości wpisuje się w model apokaliptycznego myślenia o tym jak to wszyscy wokół kłamią i jacy to są sztuczni i na pokaz. Podziału na nich – miłych, ale fałszywych i mnie – ostatnim szańcu prawdy. Tyle, że szczerość jest w tym przypadku najczęściej zwykłym chamstwem.


Słodka ciocia, zauważająca z uśmieszkiem pierwsze zmarszczki i dodająca sentencjonalnie, że kto, jak nie rodzina prawdę ci powie. I że to wszystko, to tylko z troski. Przyjaciółka wieszcząca niepytana fatalne konsekwencje wyborów życiowych i komentująca nieprzyjemnie zachowanie twojego faceta. Wszyscy znamy takie osoby. Ludzi, którzy swój złośliwy charakter zwykli określać eufemistycznie mianem szczerości. Fakt, że nie należą do najbardziej lubianych osób pod słońcem, uznają za naturalną konsekwencję wygłaszania prawdy, na którą zakłamane otoczenie nie jest gotowe.

Pierwszym błędnym założeniem jest przekonanie, że ich opinia jest czymś niesamowicie istotnym, ale także miarodajnym. To nie tyle mówienie tego, co się myśli, co myślenie, że to co się mówi, to niepodważalne prawda. Wygłaszanie swojego zdania bez poszanowania uczuć innych, to nie tyle dążenie do prawdy, co upośledzenie towarzyskie i niedowład w relacjach międzyludzkich. Kiedy nie ma się za bardzo czym szczycić, można zawsze spróbować z „nie jestem miła, ale przynajmniej szczera”. Niech dziewczyna w tramwaju wie, że ma gruby tyłek i brudne buty, prawda ją wyzwoli!

Prawda najgorszym świństwem
W zażyłych relacjach często powtarzamy niepytani, że zawsze chcemy znać całą prawdę i tylko prawdę. Deklaracje tego rodzaju mają ubezpieczać nas przed poczuciem całkowitej bezbronności, która towarzyszy wykryciu kłamstwa partnera czy przyjaciela. Osoba okłamywana przez kogoś bliskiego, jest jak dziecko w obliczu przemocy psychicznej. Całkowicie pozbawiona możliwości obrony. Nie da się przeciwdziałać krzywdzie, do której już doszło. Kłamstwo tylko dodatkowo ją pogłębia. Często też to siebie winimy za własną naiwność, wypieranie symptomów kłamstwa, których woleliśmy nie dostrzegać. Chcemy znać „całą prawdę” tylko wtedy, kiedy może się nam spodobać. Za pomocą deklaracji o umiłowaniu szczerości upewniamy samych siebie, że nic nam ze strony drugiej osoby nie grozi. Gdyby głębiej zastanowić się nad tym, co naprawdę chcemy w ten sposób powiedzieć, komunikat powinien brzmieć raczej „odejdź, zanim zrobisz coś, o czym nie będziesz mógł/mogła mi powiedzieć”.

Czy powiedzenie komuś na zakończenie związku prawdy, że był tylko plastrem na złamane serce, jest fair? To, że budowanie relacji zastępczej świadczy źle w pierwszej kolejności o osobie, która tak postąpiła, wcale nie znaczy, że to ona będzie się czuła gorzej. Oczywiście okłamywany może szlachetnie znienawidzić swoją niegdysiejszą drugą połówkę. Bardziej jednak prawdopodobne, że poczuje się tak, jak został potraktowany – człowiek drugiej kategorii. Ktoś, kto został oceniony nie tylko jako nie wart miłości, ale nawet elementarnego szacunku.

Kłamiący w ten sposób cenią nade wszystko własny komfort psychiczny. Mówią prawdę z równą łatwością, co kłamią. Wybór zależy od tego, co będzie dla nich w danym momencie lepszym posunięciem. W hipotetycznej sytuacji przedstawionej powyżej prawda nie jest chęcią powiedzenia tego, jak było, ale szybkim sposobem na odcięcie się od niewygodnej relacji. Bez konieczności tłumaczenia się, długich rozmów i próśb. Mówisz tę „piękną prawdę" et voilà, problem, czy raczej człowiek z głowy. A przecież wystarczyłoby powiedzieć, zgodnie ze stanem faktycznym, że nie odnajdujesz się w tej relacji, ponieważ a i b i c. Tyle, że kłamstwo męczy psychicznie i fizycznie, niekiedy łatwiej wyzwolić się od niego zamieniając je na prawdę. Tę na swoich barkach będzie już musiał nosić ktoś inny.

Skrucha zdrajcy
Zdradził po imprezie swoją ciężarną małżonkę, nie do końca to wszystko pamięta, ale poczucie winy nie daje mu spać po nocach. Wie, że nigdy już tego nie zrobi i kocha żonę. Czy mówi jej o tym, bo pragnie prawdy w związku, czy po prostu ulgi płynącej z wyznania swoich grzechów? A może po prostu boi się, że pewnego pięknego dnia wszystko się wyda, a on jako zdradziecki małżonek i oszust będzie mógł już tylko pakować walizki. Z cynicznej kalkulacji wychodzi mu, że w roli skruszonego baranka będzie mu łatwiej ugasić pożar, niż jako zdemaskowanemu przez osoby trzecie kłamcy. To on zostaje postacią rozdającą karty, nie będzie musiał walczyć z chorobliwą nieufnością, zazdrością czy zdeptanym poczuciem własnej wartości. Prawda, zamiast wyzwalać, często spuszcza raczej pierwszorzędne manto niewinnym. W przypadku zdrady często jest raczej wynikiem tchórzostwa i poczucia winy, a nie szlachetnych pobudek.

Kłamcy biali
Tylko jeden typ kłamstwa jest względnie szanowany. Chodzi rzecz jasna o kłamstwa białe, uważane za oznakę taktu i dyplomacji. Szczególnie chętnie stosujemy je w bliskich relacjach. Trudno się zresztą dziwić, w zadawaniu się z innymi przedstawicielami gatunku chodzi koniec końców o to, żeby było milej, niż w pojedynkę. Tyle, że brak szczerości służący chronieniu samopoczucia bliskiej osoby, może się jej odbić czkawką. Jeśli powtarzasz samotnej od lat przyjaciółce jaka jest piękna, fajna, zabawna i inteligentna, a ona miło usilnych starań nie jest w stanie utrzymać związku, twoje zapewnienia przyczyniają się tylko do bolesnego dysonansu poznawczego. Być może uświadomienie jej np. że nie umie słuchać, albo za mało kryje się z tym, jak bardzo jest oceniająca, doprowadziłoby po początkowej obrazie majestatu do zmiany postawy.

Współczujące poklepywanie po plecach kolegi, który nie dostał awansu, jest dobre, żeby pomóc mu zmierzyć się z pierwszą falą rozgoryczenia. Ale jeśli wiemy, że w godzinach pracy grywa w diamenciki na telefonie, a kiedy nie ma szefa wychodzi o 16, być może bardziej przydałaby się sugestia, że może mieć to jakiś związek z brakiem gratyfikacji. Prawda ma to do siebie, że często wcale nie chcemy jej usłyszeć. Zwłaszcza jeśli wiąże się z koniecznością podjęcia decyzji. Nieważne, czy będzie to zmiana postawy życiowej, czy konieczność zerwania znajomości. Prawdę usłyszaną od kuzynki reprezentującą plemię „niemiłych, ale przynajmniej szczerych” automatycznie zaklasyfikujemy jako zwykłą złośliwość. Kółka wzajemnej adoracji są być może wymarzoną ochronką dla osób z niską samooceną. Na pewno nie są natomiast miejscem, gdzie można rozwinąć cokolwiek poza umiejętnościami interpersonalnymi przydatnymi przedszkolankom.

O ile cios w twarz garścią faktów może poskutkować pozytywną zmianą i nie ma szans złamać bliskiej nam osoby, oręż prawdy jest bardziej niż uzasadniony. Pomyślcie o nieszczęsnej Mandarynie, której nikt nie miał serca powiedzieć, że fajną ma fryzurę i kocie ruchy, ale ze słuchem już nieco gorzej. Kto chciałby, żeby bliska osoba przeżyła Sopot 2005 swojego życia przez „przyjacielskie” milczenie.

Kłamać i żyć w prawdzie
Optymistyczne wizje ułatwiają życie, podnoszą nastrój i zwiększają motywację do działania, więc ich podtrzymywanie po prostu się nam opłaca. Ale, żeby korzystać z samookłamywania w życiu codziennym i na tym nie tracić, trzeba doskonale wiedzieć po co kłamiemy. No i hmm...że kłamiemy w ogóle. Ibsen pisał, że jeśli odbierze się przeciętnemu człowiekowi kłamstwo jego życia, odbiera się mu tym samym szczęście.

Samookłamywanie to w pewnym sensie bycie dla siebie pobłażliwym, unikanie dysonansu poznawczego. Można pomyśleć, że jest się leniwą matką, bo odmówiło się dziecku czytania setny raz tej samej książeczki, a można podejść do siebie z pobłażaniem i usprawiedliwić zmęczeniem. Gdzieś na dalekim krańcu samowyjaśnień powinna kryć się świadomość, że usprawiedliwienie jest (jednak) usprawiedliwieniem. Ciężko ocenić na ile kłamstwo jest uwarunkowane kulturowo, być może napędza je niekiedy poczucie winy, zakorzenionego szczególnie silnie w nacjach katolickich. Szybki rachunek sumienia – ile razy nie byliście w stanie wydusić z siebie, że nie chcecie się z kimś spotkać, bo wolicie siedzieć w dom w dresie i objadać się pizzą. Bawiliście się za to w kłamliwe historyjki o gorączce psa i wizycie duszpasterskiej. Gdzie się podziało przeświadczenie, że nic, co ludzkie nie jest nam obce, z którego wynikałoby, że znajomy zrozumie naszą chęć chwilowego odosobnienia.

Lubimy wchodzić w wygodne koleiny schematów myślowych, wypracowane już w dzieciństwie. Demonizujemy więc kłamstwo, uznając je nie tylko za coś godnego pogardy, ale i mroczne narzędzie manipulacji i wpływu. Tymczasem jest także nieodzownym elementem komunikacji, ułatwiającym podtrzymywanie relacji. Uczymy się w szkole, w domu i w kościele, że prawda to dobro, a kłamstwo to zło, substytuując bezwiednie tą prostą formułką logiczny osąd i wrażliwość. Tymczasem najgorsze bywają po prostu intencje. I te, z których powodu kłamiemy i te, które każą nam mówić w niektórych sytuacjach prawdę, która przypomina raczej agresję.

Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...