Co może zmienić dodatkowy tysiąc? Ja zacząłem ćwiczyć, zmieniłem dietę i nie musiałem liczyć każdego grosza

Fot. NaTemat
Dobra, sprawdźmy moje finanse. Cały bak samochodu to jakieś 160 złotych, czynsz i rachunki to 900 złotych, do tego jeszcze muszę dodać wydatki żywieniowe, czyli jakieś 500 złotych na ostatnie dwa tygodnie. Wypad ze znajomymi odpuszczę, najwyżej zaproszę ich do siebie. Jak ostatnie kilka dni będę dojeżdżał rowerem miejskim do pracy i tak wracał, to może jakoś dociągnę do wypłaty... Ech, dobrze, że chociaż puścili kupony do fast-foodów, to może być jakaś odmiana od makaronu ze szpinakiem. Sprawdzę konto, żeby się jeszcze podołować. Zaraz, dlaczego mam ekstra tysiąc złotych?

– Tak, dostałeś dodatkowy tysiąc. Wykorzystaj go jak chcesz, nie krępuj się – usłyszałem na drugi dzień w redakcji. Powstrzymałem okrzyk radości, bo obok akurat przechodziła koleżanka Karolina, której konto zostało uszczuplone o kwotę, jaką ja dostałem na własne zbytki. Taniec radości wykonałem dopiero po powrocie z pracy. Samochodem, bo nie musiałem się już martwić, że tankowanie nadszarpnie mój budżet do poziomu, który uniemożliwi mi zrobienie zakupów spożywczych. Kiedy minęła pierwsza fala entuzjazmu, zacząłem się zastanawiać: na co mogę wydać dodatkowego tysiaka, który zalegał na koncie? Najpierw zdecydowałem się zmienić nawyki żywieniowe.

Nie byłem dłużej skazany na catering

Paradoksalnie, Pan Kanapka przestał mi być niezbędny do życia. Zresztą nigdy nie byłem jego szczególnym fanem – miesięcznie wydawałem około 150 złotych miesięcznie na tłuste bułki, po których czułem się ociężały, a nie najedzony. Kilkanaście miesięcy pracy w redakcji robią jednak swoje i na dźwięk jego głosu stawiałem się posłusznie w kolejce – działała psychologia tłumu. Poza tym byłem w specyficznym rozkroku – nie jestem fanem przygotowywania sobie posiłków, a Pan Kanapka przyzwyczaił mnie do siebie. Z własnego lenistwa nie eksperymentowałem, godząc się na wpisanie jego potraw do mojego budżetu.
Teraz jednak role się odwróciły – mogłem w końcu kupować to, na co miałem ochotę. Hummus? Jak najbardziej. Do tego orkiszowe bułki? Jeszcze jak! Wyciskany sok z pomarańczy? Bez problemu. A co na obiad? Mogłem spokojnie pójść do lokalu obok naszej redakcji – 20 złotych za dwudaniowy obiad nagle okazało się bardziej osiągalne niż kiedykolwiek. Zupa pomidorowa i risotto z kurczakiem umilały mi przerwy obiadowe – w przeciwieństwie do kotletów z sosem i ziemniakami z plastikowego pudełka, które po podgrzaniu w firmowej mikrofali były gorące z jednej strony, a zimne z drugiej. Nie mówiąc o komforcie samego spożywania. W końcu mogłem kontemplować mój posiłek, zamiast wmuszać go w siebie i przepijać wodą, żeby pozbyć się tłustego posmaku z języka. Ale to tylko zmiany związane ze środowiskiem pracy. Najlepsze czekało na mnie w czasie wolnym.

Nagle okazało się, że domówki nie muszą kończyć się na etapie no cóż... domówki. Wychodzenie na miasto nie było wydarzeniem wyjątkowym, tylko cotygodniowym standardem. Na wieczorny ogień poszły najbardziej znane miejscówki w mieście – jak Plac Zbawiciela czy ulica Ząbkowska na Pradze. Ostatnie ciepłe wieczory i dodatkowe fundusze to świetna kombinacja.

Oczywiście nocne wypady nie były jedynym przejawem mojej aktywności – popołudnia, zamiast spędzać na łowieniu promocji i szukaniu najlepszej możliwej okazji w dyskoncie, spędzałem w kawiarniach lub lodziarniach – w końcu chleb czy serek mogłem kupić w sklepie osiedlowym. A że jest droższy? Jakoś to przełknę. Ale ile można jeść? Trzeba też było zadbać o swoje inne potrzeby. Dlatego zainwestowałem również w kulturę i swoje zdrowie. Na pierwszy ogień poszło to drugie.
Moje nemezis. Najbardziej niewygodny fotel, na jakim przyszło mi siedzieć. A miałem w tym doświadczenie, bo niestety nie było mnie stać na kupno porządnego siedziska – co było na wynajmowanych stancjach, na to byłem skazany. Bóle kręgosłupa po dłuższych posiedzeniach były standardem. Dlatego rozsądnym zakupem był fotel. Dopasowana wysokość, wyprofilowane oparcie i specjalne podparcie na odcinek lędźwiowy zamieniły dłuższe posiedzenia przy biurku w przyjemność.
Zadbałem już o swoją postawę (z perspektywy której zresztą piszę ten tekst), teraz pora wziąć się za siebie. A gdyby tak zacząć uprawiać sport? W ten sposób trafiłem na basen – 10 wejść kosztowało mnie około 100 złotych, ale nie żałuję żadnej złotówki. Ostatnio ćwiczyłem ładnych parę lat temu – cały czas tłumaczyłem to sobie brakiem funduszy, które później pożytkowałem na chipsy lub inne tuczące śmieciowe żarcie. Chrupki zamieniłem na żabkę, a colę na saunę – i nie żałuję. W końcu mogę wejść na pierwsze piętro bez łapania zadyszki. Wystarczyło stracić jedną z najważniejszych wymówek – fundusze.

Internety na ratunek

Czas na wisienkę na torcie. Akurat Netflix oficjalnie pojawił się w Polsce – to chyba musiał być znak. Postanowiłem go nie ignorować i za 43 złote włączyłem swoją subskrypcję. Narcos, Breaking Bad, House of Cards – wszystko z napisami, w wysokiej rozdzielczości i legalnie. A do tego muzyka ze Spotify. Kolejny streamingowy serwis, który przyszedł mi na ratunek. Za taki wybór muzyki, jaki tam oferują, jestem w stanie zapłacić 30 złotych na miesiąc. Korzystanie z legalnej kultury daje sporo satysfakcję.

Czego nauczyły mnie dodatkowe pieniądze? Że lepiej je mieć, niż nie mieć. Tysiąc złotych ekstra to wbrew pozorom ogromna zmiana w domowym budżecie. Mogłem wziąć się za siebie, poprawić swoją dietę i zacząć uprawiać sport. Do tego mogę oglądać i słuchać co lubię i kiedy lubię. I to wszystko na wygodnym fotelu. Trudno będzie się przestawić na kolejne miesiące, ale warto było zostać uczestnikiem takiego eksperymentu. Przynajmniej ze strony, które otrzymała, a nie odebrano jej tysiąc złotych. A tutaj można sprawdzić, jaki inni radzą sobie ze swoim własnym hajsem.

Artykuł powstał we współpracy z Provident

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...