Młodzi polscy projektanci podbijają świat. Jakich błędów NIE popełnili w drodze na szczyt?

Młodzi polscy projektancki szturmem podbijają ulice całego świata Prawo autorskie: peus / 123RF Zdjęcie Seryjne
Moda to nie fizyka cząstek elementarnych. W mniejszym lub większym stopniu dotyczy nas wszystkich i dlatego tak jak ze śpiewaniem - zająć się nią każdy może, trochę lepiej albo trochę gorzej. Można dotrzeć na krańce internetów, a i tak nikt nie zliczy wszystkich serwisów, blogów, kont na Instagramie czy youtubowych programów poświęconych modzie. Dziecinna fantazja o byciu królewną przerodziła się w businessplan na zostanie "faszionistką", choćby nawet miało się to skończyć serwowaniem kawy asystentowi drugiego fotografa na sesji dla butiku "Bożena" w Pułtusku. Każdy w mig może zostać projektantem, ile to roboty, ale sukces odnosi promil. Jak oni to robią?

A może pytanie powinno jednak brzmieć - jak oni tego nie robią? Jak nie giną w niewyobrażalnym tabunie artystów ze spalonego teatru, których ambicje wystawiają rzeczywistości czek bez pokrycia? Jak w oceanie dizajnerów z aspiracjami, celebrytek, które "projektują" głośne kolekcje za pomocą podpisu na kontrakcie, a wreszcie starych wyjadaczy świata mody, odnieść sukces jako projektant? Jakich błędów nie popełniają młodzi polscy projektanci, którym osiągnięć mogliby pozazdrościć rodzime święte krowy branży? Postanowiliśmy zastanowić się nad tym wspólnie z ekspertami w dziedzinie polskiej i światowej mody.

Nie mają kompleksów
To chyba najbardziej przykry objaw polskiego kompleksu Zachodu - żeby zasłużyć sobie na łaskawe oko rodzimej loży szyderców, młodzi muszą najpierw narobić szumu zagranicą. W ostatnich tygodniach media z lubością doniosły o wielkich sukcesach dwóch młodych, niszowych marek. UEG, która dostąpiła zaszczytu stworzenia futurystycznej kolekcji dla Pumy oraz MISBHV, która została bardzo ciepło przyjęta na New York Fashion Week i w samych superlatywach opisana w amerykańskim Vogue. Sukces, o jakim zarówno wielu młodych konkurentów jak i stara gwardia mogą tylko pomarzyć, został odtrąbiony jako dowód, że "nasi mogą", zupełnie jakby kogoś to dziwiło. W każdym razie nie dziwią się ci, którzy na modzie choć trochę się znają.
- Jeśli miałbym odpowiedzieć na pytanie, co daje podstawową przewagę tym projektantom, powiedziałbym przekornie, że metryka - mówi Michał Zaczyński, niezależny dziennikarz od lat zajmujący się modą, autor bloga www.michalzaczynski.com - Nie chodzi tylko o to, że młodsi wychowali się na mediach społecznościowych, które przyczyniły się do rewolucji w świecie mody. Chodzi o zmianę sposobu myślenia i wolność od kompleksów. To pokolenie nie miało ambicji rywalizować na haute couture - ich fascynacje zrodziły się z ulicy. Jaki był sens oferować kolejne kreacje na czerwony dywan? Zamiast tego skupili się na znalezieniu na siebie fajnego pomysłu - stwierdza Zaczyński.

Założona przez Michała Łojewskiego (we współpracy z Anią Kuczyńską) marka UEG to skrót od włoskiego "usa e getta" co oznacza zużyj i wyrzuć. Projektant postawił na nośny wśród millenialsów bunt przeciw kulturze konsumpcjonizmu i na wyrażanie nietrwałości wszystkiego w dzisiejszych czasach za pomocą ubrań. Pomysł genialny w swojej prostocie, jeśli zauważyć, że grupę docelową wszystko błyskawicznie nudzi. Zgodnie z manifestem marki, projekty z nietrwałej tkaniny Tyvek w kolorze białym, tak jak my – mają krótkie życie. Jeśli dodać do tego modnie minimalistyczną, wręcz surową grafikę, trudno się dziwić, że sukces UEG dotarł aż do sportowego giganta Puma. Łojewski został jednym z nielicznych projektantów w Europie, którym firma zaproponowała stworzenie wspólnej kolekcji.
Podobnie sprawy się mają z marką Local Heroes założoną przez Aretę Szpurę i Karolinę Słotę. - Dziewczyny przecież nie zrewolucjonizowały branży - zauważa Zaczyński. Po prostu zgrabnie podchwyciły i wykorzystały kulturę Instagramu i mediów społecznościowych. Przez to Local Heroes to nie tyle moda, ile ogólnie styl życia. Liczy się to, że miały oryginalny i dobrze sprecyzowany pomysł na siebie.

Nie czekają, aż ktoś ich odkryje
- Moim zdaniem takie sukcesy są zawsze trójdzielne - mówi znana blogerka modowa Harel. - 1/3 to praca, 1/3 talent i 1/3 szczęście. Nie bez powodu praca jest na pierwszej pozycji, bo utalentowanych projektantów wbrew pozorom nie brakuje. A co do szczęścia, to trzeba zrozumieć, że nie chodzi o to, aby na nie liczyć, tylko mu pomagać. Filozofia "siedź w kącie, znajdą cię sami" nie ma racji bytu przy takim zalewie konkurencji. Chcesz odnieść sukces? Bardzo precyzyjnie określ siebie i swojego odbiorcę, bądź wierny swojemu wyczuciu smaku i bądź gotów na bardzo, bardzo ciężką pracę - dodaje.

Chociaż wszyscy kochamy historie o Kopciuszkach, po które książęta sami się upominają, prawda wygląda tak, że najbardziej spektakularne efekty przynosi własna inicjatywa w polowaniu na właściwą żabę. Michał Zaczyński podkreśla, że w Polsce nie istnieją wielkie koncerny w rodzaju LVMH, które dają szansę rzeszom młodych projektantów, wyławiają talenty, a potem zapewniają potężne zaplecze finansowe i sztab ludzi, którzy na nich pracują. - Młodzi projektanci sami muszą zadbać o promocję, a ponieważ najczęściej nie stać ich na tradycyjne formy reklamy, muszą kombinować.

Wspomniane wcześniej dziewczyny z Local Heroes obrały sobie za cel dotarcie do Justina Biebera, który znajdował się wówczas u szczytu sławy. Wysyłanie darmowych ubrań na publiczny adres gwiazdy ze strony www, gdzie utonęłyby w morzu bielizny zakochanych fanek, nie było zadowalającą opcją. Wiele czasu zabrało im wyszukanie prywatnego adresu piosenkarza, posłużyły się nawet Google Maps. Dzięki ogromnej determinacji sprawiły, że bluza trafiła do rąk Justina, a w końcu i na jego klatę.

Reszta to pewnie ta 1/3 szczęścia, o której wspominała Harel. Bieber pokazał się w – bardzo sprytnie dobranym do niego – ubraniu z napisem „Robienie normalnych rzeczy jest do dupy”, a sprowokowany internet zwykłych ludzi siłą rzeczy zainteresował się, kto za tym stoi. Polskie media znów wpadły w ekstazę, że półbogowie zza oceanu nas chcą, a dziewczyny ledwo udźwignęły lawinę zamówień, jaka się na nich posypała.

Harel zaznacza jednak, że do szczęścia należy również znalezienie inwestora. - Niewiele się o tym mówi, ale dla większości marek zachodnich stały dopływ gotówki z życzliwego źródła – przynajmniej we wczesnych latach działalności – to norma. Inna sprawa, że żaden zdrowy na umyśle człowiek nie zainwestuje w ciebie, jeśli nie masz business planu na najbliższe kilka lat. Z tym jest krucho, bo zwykle młody projektant nie wybiega w przyszłość dalej niż parę miesięcy. Zamiast planować, stara się związać koniec z końcem. Trochę błędne koło.

Nie starają się zadowolić wszystkich
Kilka miesięcy temu oficjalnie podano do wiadomości, że w ofercie net-a-porter, najważniejszego butiku online z luksusowymi markami, znajdzie się wkrótce kolekcja młodej polskiej projektantki, Magdy Butrym. Chociaż wiele osób kojarzyło jej nazwisko z okresu współtworzenia z Joanną Przetakiewicz kolekcji dla La Manii, nikt prawie nic o niej nie wiedział. Nie brylowała ani na ściankach ani w mediach społecznościowych, nie była dostępna na każde skinienie dziennikarzy, a jej nazwisko pojawiało się tylko w kontekście jej pracy, którą zachwycał się nawet New York Times. Okazało się też, że kiedy już zakiełkowała chęć poszpanowania w jej ubraniach, nie tak łatwo było je sobie kupić. Wszystko z jednej prostej przyczyny – Magda nie chciała być dla wszystkich. Miejsce jej wyrafinowanych kreacji jest tylko wśród kobiet o unikalnym stylu i najbardziej wyśrubowanych oczekiwaniach.

Magda Butrym, podobnie jak UEG, Local Heroes, LOUS czy inne młode polskie marki nie ma zwyczaju organizować pokazów. Zdaje sobie sprawę z wartości przyjęcia postawy selektywnej i nie stara się też upychać swoich kolekcji w każdym klonie Zalando. Zuzanna Kuczyńska, właścicielka marki zmysłowej bielizny le Petit Trou i ceniona stylistka z ogromnym doświadczeniem, zna co najmniej kilka marek, których podstawowym błędem było szybkie doprowadzenie do przesytu i utraty zainteresowania sobą. - Tak bardzo chcieli dotrzeć do wszystkich, że rozmywała się spójność ich komunikacji, a klienci wyczuwali brak autentyczności i poczucia wyjątkowości. Trzeba mieć odwagę się określić i być w tym konsekwentnym - dodaje.

Nie zapominają, że moda to biznes jak każdy inny
Gdy czytamy o kolejnej celebrytce, która „zaprojektowała” kolekcję ubrań, butów, torebek czy kocyków dla niemowląt, naprawdę może się zacząć wydawać, że każdy może zostać gwiazdą w branży mody. Przecież w domu mamy całą wieżę kolorowych magazynów, śledzimy najważniejsze blogi o modzie i subskrybujemy kanał Vogue na Youtubie. I kochamy zakupy bardziej niż własną matkę. Jesteśmy gotowe! Może to właśnie taki odrealniony sposób myślenia doprowadza do późniejszego płaczu i wracania z podkulonym ogonem do cyklu 9-17 za biurkiem. Dobry gust, fascynacja modą, a nawet spore zdolności plastyczne to nadal grubo za mało, żeby odnieść sukces jako projektant.

Wbrew pozorom, moda to nie strumień mleka i miodu dla kieszeni. Kto wchodzi do tej branży z zamiarem kąpania się w szampanie, prędzej weźmie prysznic w lodowatej wodzie. Przy tworzeniu cennika aż kusi żeby popłynąć, zwłaszcza gdy odwiedzi się butik w Vitkacu i dowie, że ktoś uznał za stosowne żądać 1000 zł za parę sznurowadeł. Dobra cena, zwłaszcza gdy uderza się do millenialsów, albo nawet wprost do gimbazy, nie podlega negocjacjom. MISBHV nie utorowałoby sobie drogi do serc młodzieży, gdyby ta kazała rodzicom ciągle sypać złotym deszczem. Poza programowo ekskluzywną Magdą Butrym, ceny, jakie proponują młodzi polscy projektanci należą z reguły do całkiem demokratycznych. Najpierw zdobycie lojalności, a dopiero potem jej spieniężenie.
Sylwia Antoszkiewicz, właścicielka i dyrektor kreatywna marki LOUS, śmieje się, że sukces jest dla niej wtedy, kiedy zgadzają się cyferki w Excelu. Pytana w wywiadzie o swoich młodych konkurentów z branży, odpowiada, że wielu nie udaje się przetrwać kolizji z brutalną rzeczywistością kas fiskalnych, ZUS-ów, umów, kontrahentów i płatności. Podkreśla, że nie można pozwolić sobie na oderwanie od rzeczywistości, która więcej jednak ma wspólnego z ciężką harówką niż bujaniem w obłokach z ołówkiem w dłoni. Moda, chociaż ma artystyczne podłoże, to biznes jak każdy inny i trzeba być na to przygotowanym.

Nie pozwalają sobie na brak profesjonalizmu
Zuzanna Kuczyńska kilka razy podkreśla, że dziwi ją jak można oczekiwać sukcesu, jeśli po macoszemu traktuje się cały kanał dystrybucji. A tu każdy etap ma znaczenie – zdjęcia kolekcji muszą być przemyślane i wzbudzać natychmiastowe pożądanie, które może następnie zostać zaspokojone dzięki systemowi sprawnej i szybkiej obsługi. - Nie wyobrażam sobie kazać klientom czekać 2 tygodnie na zamówienie. Trzeba myśleć z wyprzedzeniem i być profesjonalnie przygotowanym do spełnienia wysokich oczekiwań, bo drugiej szansy można nie dostać.

Profesjonalizm oznacza też umiejętność zgrabnego rozwijania swojej marki. Wszyscy zgodnie przyznają, że tu potrzebna jest konsekwencja wobec obranego stylu, wyznawanych wartości i uczciwość wobec swojego odbiorcy. Harel zauważa, że w dzisiejszych czasach klient kupuje całokształt i jest bardzo wyczulony na wszelkie oznaki hipokryzji. - Trzeba wykazać się wyczuciem i cierpliwością. Czasem osiągnięcie sukcesu trwa dłużej i ważne, żeby dać sobie ten czas na rozwinięcie skrzydeł, a nie dać się skusić drodze na skróty.

Michała Zaczyńskiego bardzo cieszą sukcesy młodych polskich projektantów. Na koniec oferuje wydawałoby się banalne, ale trafne porównanie. - To tak, jak w tym dowcipie „Panie Boże, kiedy ja wygram w tego totka, no kiedy?”. „A los kupiłeś?”, odpowiada Bóg. Oni po prostu chcieli odnieść sukces, więc wzięli sprawy w swoje ręce. Chcesz rady? Radź sobie sam.

napisz do autorki: karolina.ciesinska@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU