„Masz 19 lat, dyplom tancerza i często potrzebujesz psychoterapii” – mówi absolwent warszawskiej Szkoły Baletowej

Natalie Portman w roli primabaleriny nowojorskiego baletu „Czarny łabędź” reż. Darren Aronofsky / kadr z filmu
„Znów stoisz jak samowar! Niedługo ciężary podnosić będziesz! No tępota do granic!” – krzyczy na swoje nastoletnie uczennice nauczycielka baletu w filmie Krzysztofa Kieślowskiego „Siedem kobiet w różnym wieku”. Takie komunikaty nie bulwersują widza. Balet przeciętnemu zjadaczowi chleba wydaje się niejasnym, ale błogosławionym dążeniem do ideału, prestiżem zarezerwowanym dla nielicznych. Tyle, że za precyzyjnie wykonującymi kolejne skomplikowane sekwencje ciałam są żywi ludzie. Jak wygląda droga dziesięcioletniego dziecka do perfekcji, opowiadają absolwenci warszawskiej Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej imienia Romana Turczynowicza.

Początki


O balecie w rodzinie Zosi marzyła jej starsza o dziesięć lat siostra. Na egzamin poszła z bratem bliźniakiem, który nie lubił tańczyć, ale że jako dzieci robili wszystko razem, razem trafili też przed komisję. Z sali wyszli zapłakani – Hania płakała, ponieważ nie została przyjęta, jej brat, bo się dostał. Można powiedzieć, że Zosia dorastała z baletem w tle. Nie tańczyła przed przyjęciem do szkoły, ale miała mnóstwo energii, a to, co potrafił zrobić ze swoim ciałem brat wydawało się jej fascynujące. Poszła na egzamin z marszu i dostała się.

Pierwszy kryzys przyszedł szybko. W pierwszej klasie lekcja baletu była o 8, mama odwoziła Zosię do szkoły ponad godzinę wcześniej. Zwykle była pierwsza, przebierała się w kostium, siadała na parapecie i płakała. Nie była przyzwyczajona, że ktoś na nią krzyczy, panicznie bała się nauczycielki.

– Bywała wobec nas okrutna, ale umówmy się, 10-letnie dzieci najchętniej leżałyby plackiem i nic nie robiły. Kiedy zaczynasz tańczyć nie myślisz perspektywicznie. Dziewczyny uczone przez łagodniejsze nauczycielki wychodziły z zajęć plotkując i żartując. Bardzo im wtedy zazdrościłam. Ja byłam tak wykończona fizycznie i zdołowana, że chciałam tylko być już w domu. Jednak po kilku latach to nasza grupa była lepsza – wspomina Zosia.

W pierwszej klasie szkoły baletowej naukę rozpoczyna zazwyczaj około 40 dziewczynek i kilku chłopców. Początkowo są dzieleni na dwie grupy, które łączą się, gdy w roczniku ubywa osób. Ostatnią, dziewiątą klasę kończy kilkanaście osób, zazwyczaj bliżej 10 niż 20, ale bywa też, że zaledwie kilka. Oprócz lekcji tańca jest realizowany także standardowy program nauczania. Od pewnego momentu dzieci podczas ćwiczeń są dzielone na drążki – przy środkowym ćwiczy od trzech do pięciu najlepszych uczennic, przy bocznych te nieco gorsze, ale wciąż z szansą na środkowy, dalej te przeciętne. Jest i „ośli” drążek, z boku, za pianinem. Ćwicząca tam osoba kiepsko widzi się w lustrze, a nauczyciel zazwyczaj omija ją wzrokiem. Stamtąd droga do końca szkoły jest prosta – wyrzucą cię albo sama odejdziesz nie wytrzymując presji i mając małe szanse na poprawę bez warunków do ćwiczenia i zainteresowania pedagoga.
Julka taniec wymyśliła sobie sama. Rodzice, z wykształcenia farmaceuci, zgadzali się, żeby chodziła na zajęcia taneczne, bo przecież to dobrze, że dziecku chce się coś robić. Nikt jej do tańca nie zachęcał ani nie zmuszał, ale kiedy zakomunikowała, że chciałaby zdawać do szkoły baletowej, byli przeciwni. Argumenty standardowe – nie ma pracy, kontuzje, krótka kariera, no i przekonanie, że to nauka jest najważniejsza. Koniec końców ubłagała mamę, żeby zawiozła ją na egzamin. Jej ojciec nawet nie wiedział, że do niego przystępuje. Kiedy po pierwszym przeglądzie komisja wysłała Julkę na kolejny, jej mama odetchnęła z ulgą. Przecież zrobiła wszystko, żeby pomóc córce. Ale Julkę konieczność przyjścia na następną audycję zdeterminowała jeszcze bardziej. Dostała się.

Początki szkoły zacierają się w jej wspomnieniach. Pamięta tylko , że zdziwiła się, kiedy po zakończeniu roku w pierwszej klasie okazało się, że jest jedną z najlepiej ocenionych uczennic w klasie. To dodało jej skrzydeł. Zaczęła bardzo intensywnie pracować. Rodzice zgodzili się wstawić do jej pokoju miniaturowy drążek i lustro, żeby mogła ćwiczyć także w domu. Czuła, że musi, bo w szkole usłyszała już kilkukrotnie, że nie ma idealnego ciała do baletu. Dzisiaj drażni ją wspominanie tych komentarzy.

– W szkole panuje podejście wzorowane na rosyjskim, na zasadzie „no tak, piękne nogi, na pewno coś z tego będzie”, tyle, że z najlepszych predyspozycji nie da się zrobić tancerza, jeśli nie zagra kilka innych czynników. W Stanach panuje inne podejście do baletu, chociaż może chodzi po prostu o podejście do człowieka. Tancerki muszą mieć „to coś”, a nie być idealnymi ciałami, nad którymi ktoś stoi z batem. Sara Mearns, pierwsza solistka New York City Ballet zupełnie nie wygląda jak tancerka, a jednak, mimo „nieperfekcyjnej” figury dostrzeżono jej potencjał. Kiedy byłam dziewczynką, nie zdawałam sobie sprawy, że ciało nikogo nie skreśla, bo nie tego byłam uczona. Szkoła baletowa dla dziecka, które się tam uczy jest równoznaczna z baletem jako takim.

Dopiero teraz, jako dorosła osoba, która widziała wiele przedstawień, zespołów, dużo czytała o balecie, zdaję sobie sprawę z zamknięcia na świat panującego w szkole. Nauczyciele starszego pokolenia nie znali angielskiego, więc nawet gdyby chcieli się dowiedzieć czegoś nowego, mieliby problemy ze względu na barierę językową. Część z nich nigdy nie występowała na scenie, a mieli nas uczyć jak być artystami! Ze szkoły baletowej trafili na kierunek pedagogiczny na Uniwersytecie Muzycznym, a potem z powrotem do szkoły... To mikrośrodowisko średnio zainteresowane tym, jak rozwija się taniec klasyczny na świecie, baletem w większej skali. Jako dziecko myślałam, że każdy kraj, podobnie jak Polska, ma na górze morze, a na dole góry. Że tak po prostu już jest. Na podobnej zasadzie rozumie się taniec w szkole – ktoś kiedyś pokazał tym ludziom jak tańczyć, jak uczyć i to stało się dla nich dekalogiem. „My już wiemy i tak jest najlepiej". Oczywiście nie mówię o wszystkich nauczycielach, jest kilka osób, które są wspaniałymi pedagogami, ale to wyjątki – opowiada Julka.

Michał należał do wcale nie tak rzadkiej w szkole grupy dzieci, które miały zrealizować ambicje rodziców. W jego przypadku chodziło raczej o wyobrażenie, niż o niespełnione marzenia. Poza szkołą baletową, rodzice wysłali go też do szkoły muzycznej. Sami z tańcem, ani z muzyką nie mieli nic wspólnego, nie chodzili nigdy na balet. Mama z zawodu jest pielęgniarką, a tata przedsiębiorcą. Michał już jako kilkuletnie dziecko chodził na zajęcia taneczne, lubił je, tak jak lubił każdą inną formę aktywności fizycznej. Był dobry, bez problemu dostał się do szkoły. Na początku przeszkadzało mu głównie, że w klasie jest jedynym chłopakiem, nie był przyzwyczajony do tylu dziewczyn wokół, nie potrafił z nimi rozmawiać.

Problemy

Dzięki katorżniczej pracy Julka szybko znalazła się przy środkowym drążku, przez większość szkoły była drugą najlepszą tancerką w klasie. Drążek z przodu to nie tylko najlepsze miejsce do ćwiczeń w sali, z którego widzi się swoje ciało w lustrze nie zasłaniane przez nikogo, ale także obietnica dodatkowych lekcji baletu – przygotowań do wariacji indywidualnych czy konkursów. Bez nich nie ma co marzyć o karierze solistki. Rok szkolny w szkole baletowej kończy się zawsze występami wszystkich klas. W młodszych występują wszyscy, pierwsza pokazuje pozycje baletowe, starsze proste układy. Począwszy od 5 klasy zaczynają się też występy solowe.

Wraz z dojrzewaniem i ze zmianą nauczycielki baletu Julia zaczęła mieć problemy. Ciągle krytykowana, mimo dodatkowych ćwiczeń straciła motywację, trochę przytyła, co nie uszło uwadze kadry. Zaczęła też dostrzegać, że inni ludzie w jej wieku mają życie poza szkołą. Mimo że wciąż rosła, przeszła na restrykcyjną dietę, z powodu której dziś ma problemy ze zdrowiem. W szkole nie było wówczas dietetyka, były za to komunikaty „schudnij” kierowane do kilkunastolatek. Zosia, która z wagą problemów nigdy nie miała, wspomina jak jedna z nauczycielek zwracała się do koleżanki z klasy per „pulpet”, a kiedy zobaczyła ją po przerwie świątecznej powiedziała, że chyba pomyliła sale, bo bufet jest obok.

– Postrzeganie tego, co jest zdrowe czy chude zmienia się w szkole na całe życie. Łapię się na tym, że dziewczyny, które są dla moich kolegów bardzo zgrabne, klasyfikuję od razu jako „grube”. Już się tego nie wyzbędę. To naturalne, że zaczyna się w pewnym momencie zwracać uwagę na swoje ciało. Tyle, że w szkole zaczynasz myśleć o tym, czy nie jesteś za gruba czasem już w wieku 11 lat – mówi Zosia.
Mama Julki widziała, że córka przestała sobie radzić z presją i postanowiła interweniować w szkole. Julka błagała ją, żeby tego nie robiła. Nie chciała być tą, która się skarży. Na jednej z wywiadówek w piątej klasie porozmawiała z nauczycielką baletu. Powiedziała, że wydaje się jej, że Julka powinna być krytykowana w bardziej konstruktywny, spokojniejszy sposób. Dodała, że dziewczyna dojrzewa i jest bardzo wrażliwa. Pedagożka była przemiła i zapewniła, że oczywiście, doskonale to rozumie i będzie uważniejsza. Nazajutrz podeszła do 15-latki na początku lekcji i powiedziała, że słyszała, że Julia ma zastrzeżenia do jej metod. Wzięła krzesło i usiadła metr od ćwiczącej dziewczyny. Przez półtorej godziny nie zwracała większej uwagi na inne uczennice, ani nie odezwała się słowem. Wpatrywała się w Julkę z uniesionymi pogardliwie brwiami i robiła notatki zapisując wszystkie jej błędy.

Mama nie śmiała już więcej interweniować. A Julia, mimo miłości do tańca, postanowiła rzucić szkołę i iść do normalnego liceum. Złożyła już nawet papiery. O dziwo, do pozostania w szkole namówili ją rodzice. Przekonywali, że szkoda 7 lat jej ciężkiej pracy i że z nauką radzi sobie na tyle dobrze, że nie będzie miała problemu z maturą.

W szóstej klasie Julia zyskała odskocznię. Miała pierwszego chłopaka, nowych znajomych ze zwyczajnych liceów. Nauczyła się nie przejmować tak bardzo tym, co działo się w szkole. Wtedy też po raz pierwszy powinęła się jej noga. Nie przeszła wewnątrzszkolnego przeglądu, który pozwoliłby jej na solowy występ na koncercie i udział w konkursie. Była załamana, przez dwa dni nie wychodziła z łóżka. Kiedy przyszła do szkoły, nie czekało na nią nawet elementarne zainteresowania tym, jak się czuje i dlaczego poszło jej gorzej. Jej nauczycielka zbyła ją milczeniem i już nigdy nie dała jej szansy. Za karę trafiła też na ostatni drążek, mimo że wciąż była jedną z najlepszych uczennic. Zacisnęła zęby. Nie była nawet zła, było jej po prostu przykro, że została potraktowana w ten sposób. Na egzaminach pod koniec roku szkolnego dostała pierwszą w życiu tróję z tańca, mimo że wróciła do formy. Nie usłyszała dobrego słowa, tylko komentarz, że skoro już sięgnęła dna, ciężko, żeby było jeszcze gorzej i że powinna cały rok tańczyć tak, jak na egzaminie.
Michałowi szkoła przestała podobać się w okolicach trzeciej klasy. Twierdzi, że być może chodziło o to, że był dojrzalszy niż wcześniej i fakt, że ktoś się na niego wydziera, czy docina mu zaczął go uwierać. Wcześniej był jeszcze dzieciakiem, po prostu ćwiczył.

– Najzabawniejsze jest to, że jedna z najbardziej znienawidzonych nauczycielek ze szkoły baletowej wykłada jednocześnie na pedagogice baletu na Akademii Muzycznej. Uczy tam o prawidłowym podejściu do dziecka. A sama łamie wszelkie zasady pracy z dziećmi. Ciągle krzyczy, poniża... Wybiera sobie ofiary, często wcale nie najsłabszych uczniów, ot tak, to loteria. Na jej lekcjach upokarzanie jest na porządku dziennym. I w tej atmosferze zmieniasz się z dziecka w dorosłego. Moim zdaniem wiele osób po tej szkole potrzebuje psychoterapii. Żeby pracować w balecie, czy w ogóle na scenie, potrzebujesz nieprawdopodobnej dawki pewności siebie. W szkole baletowej twoja pewność siebie jest zabijana krok po kroku. Sztuka zaczyna ci się kojarzyć nie z pięknem, a z gnojeniem. No i nieustanne deklaracje o miłości do baletu, które wszyscy powtarzają jak w sekcie. Ciągłe podejrzenia, że nie kochasz widocznie baletu, skoro protestujesz przed czymkolwiek – opowiada Michał.

Julia: Taniec jest dla mnie nieporównywalny z niczym innym, nic nie daje mi takiego rodzaju szczęścia, uniesienia, jak bycie na scenie. Ale wiesz co? Nigdy nie byłam na żadnej audycji, mimo że w szkole byłam jedną z najlepszych uczennic. Boję się. Ostatnio wróciłam do tańca, pracuję w teatrze, chodzę na siłownię i rozciągam się, żeby być w formie. Marzy mi się, że się przełamię i spróbuję niebawem swoich sił na poważnym przesłuchaniu.

Krytyka nauczycielek to nic, w porównaniu do tego, co działo się potem. Michał w klasie był jedynym chłopakiem, dorastające koleżanki zaczęły się z niego naśmiewać. Nikt nie włożył mu kosza na głowę, ani nie wyzywał, to były subtelniejsze, choć nie mniej bolesne, formy przemocy. W pewnym momencie dziewczyny oświadczyły, że od teraz będą przebierały się w klasie, więc nie może do niej wchodzić podczas przerw. Wchodził więc z nauczycielem, kiedy zaczynała się lekcja. W piątej klasie doszedł nowy chłopak, Michałowi ulżyło, pomyślał, że we dwóch będzie im łatwiej, chciał się zaprzyjaźnić. Szybko okazało się, że jest jeszcze gorzej, nowy wolał towarzystwo dziewczyn, które podjudzał przeciwko Michałowi.

– Byłem introwertykiem, a to nie było dobrze widziane, leciały jakieś teksty z rodzaju „ooo, kiedy nasz Michaś się otworzy, Michaś, powiedz coś”. Przyznasz, że to nie skłania do otwartości, zamykałem się coraz bardziej w sobie. Chodziłem do szkoły, ćwiczyłem i wychodziłem. Nie rozumiałem też pewnych rzeczy. Chłopak, o którym ci mówiłem był gejem, było mu znacznie łatwiej dogadać się z dziewczynami, niż mnie – komentuje Michał. W końcu postanowił porozmawiać o sytuacji z jedną z nielicznych nauczycielek, której ufał. Powiedziała, że mu pomoże, ale kiedy zdała sobie sprawę, jak wygląda sytuacja w klasie wycofała się i postanowiła nie interweniować.

Życie z dyplomem tancerza zawodowego

Zosia, podobnie jak Julia, była „dziewczyną z pierwszego drążka”. Po szkole była na kilku audycjach w polskich teatrach, ale nie dostała angażu w żadnym przedstawieniu. Zrozumiała, że póki co nie ma tam czego szukać. Miała za małe doświadczenie i obycie ze sceną, szkoła nie przygotowała jej do zawodu, który poświadczał jej dyplom. Poszła na socjologię. W tym roku obroniła magisterkę, pracuje dorywczo w kawiarni i w jednym z warszawskich teatrów muzycznych. Związała się z dwa lata starszym Amerykaninem, mieszkają razem, dużo podróżują. Zimą lecą do Nowej Zelandii.

Szkołę wspomina dobrze, przyjaźni się głównie z ludźmi z „baletówki”. Na zakończeniu ostatniego roku płakała w szkole po raz pierwszy od lekcji baletu dziewięć lat wcześniej. Ciężko jest jej precyzyjnie określić dlaczego. Z jednej strony cieszyła się, że nie będzie już tego stresu, pokrzykiwania, zakwasów. Z drugiej czuła, że kończy się etap życia, który ją ukształtował. – Nigdy nie zastanawiałam się poważnie nad swoją karierą taneczną. Tańczyłam, bo wtedy to lubiłam i dobrze mi szło. Staram się robić rzeczy, które sprawiają mi przyjemność i mnie rozwijają. Teraz tę rolę odgrywają studia i podróże.

– W Wielkiej Brytanii w ostatniej klasie do szkoły baletowej przychodzi agent. Pełni rolę kogoś w rodzaju doradcy zawodowego. Mówi ci „ty ze swoją aparycją, ekspresją, nadajesz się do tańca ludowego, a ty powinieneś spróbować swoich sił w tańcu nowoczesnym, skontaktuj się z zespołem takim, a takim”. W szkole baletowej tego nie ma, jesteś zagubionym dzieciakiem, który nie wie co dalej zrobić ze swoimi umiejętnościami. Mało kto zachęca do próbowania, nie pokazuje możliwości, nauczycieli nie interesuje, co zrobimy ze sobą dalej. Nie wspominając już, że przez słabą kadrę nawet najlepsze uczennice rzadko kiedy są gotowe do pracy w profesjonalnym zespole baletowym. Mężczyznom jest nieco łatwiej, konkurencja jest mniejsza.

W ferie zimowe, jeszcze w dziewiątej klasie Michał pojechał do Moskwy. Nie znał rosyjskiego, ale czuł, że musi spróbować. Teraz, albo nigdy. Nie było akurat komu go przesłuchać. Zatańczył kilka wariacji, nagrano jego występ. Mieli się odezwać po dwóch tygodniach, kiedy dyrektor wróci z urlopu, odezwali się po pół roku, że chcą go zatrudnić. Pojechał i dołączył do jednego z najlepszych zespołów na świecie. Tańczył dwa lata. Lwią część drugiego roku z kontuzją biodra.

Po którejś z kolei konsultacji ortopedycznej postanowił, że wraca do Polski, bo inaczej balet zrujnuje mu zdrowie. Poszedł na studia, wybrał finanse i rachunkowość, bo to praktyczny kierunek. Straszliwie się nudził, więc zrezygnował i zaczął szukać pracy jako tancerz. Bezskutecznie. Po pół roku poszukiwania innego zajęcia zapisał się do pośredniaka. Przyuczano go do zawodu mechanika samochodowego, zarabiał 800 zł miesięcznie. Teraz pracuje na umowie-zlecenie jako mechanik, uczy baletu w prywatnej szkole i tańczy jazz. Za rok chce iść na studia, myśli o kulturoznawstwie.

– Zawsze wydawało mi się, że kontuzje mnie nie dotyczą, byłem w końcu młody i w świetnej formie. Wiele osób pyta mnie czy nie żałuję kariery i zakłada, że nie mogę się pogodzić z tym, że musiałam odejść z zespołu, ale to nie do końca tak. Na początku byłem oszołomiony Moskwą i tamtejszym baletem, ale z czasem zacząłem się zastanawiać czy to jest właśnie to, co chciałbym robić do końca życia. W Rosji tancerz jest nie tyle artystą, co narzędziem w rękach choreografa. Tam pracuje się też o wiele więcej. Sześć dni w tygodniu, od rana do wieczora. Kontuzja w pewnym sensie pomogła mi podjąć decyzję, do której i tak się przymierzałem. Lubię sprawdzać się w nowych rzeczach, dlatego wolałem uczyć się reperować samochody, niż na przykład nalewać ludziom piwo na Wisłą, choćby i za lepsze pieniądze – opowiada Michał.

Julia w ostatniej klasie też nabawiła się kontuzji, nie ćwiczyła kilka miesięcy, jednak dyplom zdała na piątki. Nie chciała już tańczyć, miała uraz, taniec klasyczny nie kojarzył się jej dobrze. Myślała, że może nie była wystarczająco twarda, że za mało się starała i zaprzepaściła swoją szansę zawalając przegląd,. Nie pomagało jej, że wszyscy powtarzali jej, że robiła zawsze tyle, ile było w jej mocy. Po maturze poszła na kolegium Artes Liberales na UW, potem zmieniła kierunek na Historię sztuki. Skończyła studia z wyróżnieniem, jej promotorka namówiła ją na doktorat. Stara się nie poświęcać do końca jednej rzeczy. Ma szerokie zainteresowania, ale też uważa takie podejście za bardzo niebezpieczne. Chce mieć już zawsze rodzaj back-upu do którego może wrócić. Miłość do tańca zraniła ją.

Julka: Czasem nie mogę spać w nocy, leżę w łóżku, wyobrażam sobie jak to jest tańczyć na scenie i myślę „to jest to, co tak strasznie chciałabym robić”. Nienawidzę układów panujących w tej szkole, podejścia do uczniów i chce mi się płakać, kiedy myślę o tym, jak to wszystko się potoczyło, ale trudno. Mimo wszystko szkoła dała mi warsztat, którego nie zdobyłabym nigdzie indziej i jestem za to wdzięczna. Mogę zrobić z tym co chcę, jeśli się kiedyś odważę. Tancerki mają kontuzje, rodzą dzieci, a potem wracają...

Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...