Nie wierz w szczęście na Facebooku! Dlaczego wydaje nam się, że inni są szczęśliwsi i mają lepiej niż my

Nie wierz w szczęście na Facebooku - zajmij się swoim! Prawo autorskie: dolgachov / 123RF Zdjęcie Seryjne
Kiedyś, gdy ludzie pierwotni widzieli, że inni mają lepszą jaskinię, albo lepiej sobie radzą z zabijaniem zwierzyny, nie siedzieli w smutku zastanawiając się nad własną beznadziejnością, tylko od razu brali się do roboty. Dziś, choć minęły tysiące lat, wypadamy na tle jaskiniowców jak durnie, bo wolimy zamartwiać się i ulokować odpowiedzialność za nasz los i nasze szczęście w innych ludziach. Jak się okazuje to nieprawda, że aby doświadczyć szczęścia powinniśmy omijać wszechobecny wyścig oraz, że cierpienie jest jego zaprzeczeniem. W rozmowie z licencjonowanym psychoterapeutą Laboratorium Psychoedukacji Mieczysławem Jaskulskim, obalamy mity o życiu idealnym.

Jak to jest, że "trawa u sąsiada zawsze bardziej zielona"?



Sęk w tym, że nie zawsze.

Chce pan powiedzieć, że to złudzenie?

Czasem tak, a fundują je nam nasze kompleksy lub niska samoocena. To one nie pozwalają nam docenić tego, co mamy, co osiągnęliśmy. Ale, paradoksalnie, ten sam motyw mają wieczni krytykanci, którzy maniakalnie umniejszają osiągnięcia innych.

Ci, którzy widząc na Facebooku, że znajomi mają nowe mieszkanie, od razu myślą: "co to za mieszkanie bez balkonu", a oglądając zdjęcia z ich wakacji, myślą: "wakacje w Polsce? Bez sensu"...?

Dokładnie. To osoby, które nie mają w sobie zgody na normalność. Potrzebują doświadczania niezwykłego życia, by uznać je za udane i równie mocno potrzebują się tym życiem pochwalić przed innymi.

Do czego służy chwalenie się fajnym życiem?

Takie zachowanie kojarzy mi się z dziećmi, które spotykają się w szkole po wakacjach i mają potrzebę opowiedzenia sobie gdzie byli i co mają nowego. Wszystko sprowadza się do budowania poczucia akceptacji w danej grupie społecznej. Chęć bycia podziwianym i uważanym za fajnego człowieka tkwi w każdym z nas. Pytanie jak sobie tę potrzebę zaspokoimy.

A jakie mamy możliwości?

Możemy to zrobić we własnym zakresie, a możemy też próbować zobaczyć swoją wspaniałość w czyichś zachwyconych nami oczach.

Rozumiem, że ta druga opcja nie jest zdrowa i w porządku?

Nie jest, jeśli w całości uzależnimy samoocenę od cudzej opinii na nasz temat.

A o czym świadczy fakt, że chwalimy się, bo chcemy wzbudzić w innych zazdrość i frustrację?

To również jest ta druga opcja – nie chwalimy się, bo jesteśmy z siebie dumni, tylko potrzebujemy potwierdzić swoją wartość szukając poklasku. Zamiast doszukiwać się plusów w naszej normalności, za wszelką cenę chcemy się wyróżnić.

To coś złego, że chcemy być wyjątkowi?

Jeśli bycie niewyjątkowym jest tragedią – tak, to coś złego.

Skąd się to bierze?

Często potrzebę bycia wyjątkowym budują w dzieciach rodzice, porównując je do innych. Nie wystarczy pochwała w stylu "dobrze się uczysz, super, podoba mi się to", rodzice często dodają do tego np. pytanie "a jak poszło innym?", "dlaczego 4, a nie 5?", lub idą o krok dalej i wprost mówią "zobacz, on potrafi się przygotować lepiej niż ty". Takie wychowanie powoduje, że rośnie w nas przekonanie, że to wyjątkowość jest w cenie, a nie normalność. A to przecież normalność towarzyszy nam na co dzień. Nikt nie jest nadzwyczajny w każdej chwili swojego życia, ale czy to jest powód, by nie lubić siebie w szarej rzeczywistości?

A czy porównywanie się z innymi nie jest odrobinę bez sensu? W końcu zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie lepszy i zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie gorszy...

Porównywanie się to mechanizm, który do pewnego stopnia jest rozwojowy. Kiedyś, gdy ludzie pierwotni widzieli, że inni mają lepszą jaskinię, albo lepiej sobie radzą z zabijaniem zwierzyny, nie siedzieli w smutku zastanawiając się nad własną beznadziejnością, tylko od razu brali się do roboty. Natomiast jeśli potraktujemy wynik takiego porównania jak przytyk "jesteś gorszy, bo nie masz tak jak inni" to faktycznie do niczego nas to nie zaprowadzi, jedynie do pogłębienia naszych kompleksów, które musiały istnieć już wcześniej skoro tak bardzo bierzemy tego typu wnioski do siebie.

A jeśli to silniejsze od nas i nie potrafimy inaczej reagować? Może lepiej byłoby całkiem zrezygnować z porównywania się z innymi i żyć bez tego ciągłego stawania w rankingach? To modne podejście ostatnio.

Modne, ale nierealne. Siłą rzeczy jesteśmy porównywani zawsze i wszędzie. Ludzie widzą nas i widzą siebie, dostrzegają różnice i już - mamy porównanie. Zamiast zaprzeczać rzeczywistości, dużo lepiej będzie nauczyć się wykorzystywać mechanizm porównywania do tego, by się rozwijać, uczyć i inspirować najlepszymi. Więcej będziemy mieli z tego korzyści. Dobrym przykładem zdrowego porównywania się są zawody sportowe – biegacza w wyścigu wyprzedza jego konkurent, i ten zamiast stanąć i zrezygnować, często dostaje skrzydeł i dodatkowego powera, by biec jeszcze szybciej. Zdrowe porównywanie się skutkuje refleksją nad sobą, a nie poczuciem przymusu, że muszę teraz na ślepo udowodnić, że jestem wiele wart.

Obserwując zachowanie ludzi wokół nie jest łatwo znaleźć tych prezentujących zdrową postawę, o której pan mówi. Raczej rzuca się w oczy postawa ofiary. Ludzie tłumaczą się ze swoich niepowodzeń, na wszystko mają milion "ale": ale im pomogli rodzice, ale oni nie mają dziecka itd.

Rzeczywiście, obierając taką postawę ciężko będzie nam się czegokolwiek od innych nauczyć.

Z czego to wynika?

Z zawiści. Kiedy widzimy, że ktoś ma lepiej od nas, lepiej sobie radzi, od razu mamy potrzebę zniszczenia tej osoby, umniejszenia jej osiągnięć, a nawet jesteśmy skłonni dopisać jej jakąś paskudną cechę, np. nieuczciwość i stwierdzić, że ma tyle, bo nakradł. Wówczas my wychodzimy w tym porównaniu na człowieka z honorem – jesteśmy biedni, ale uczciwi, a on wychodzi na pazernego złodzieja...

Jesteśmy w stanie zbudować iluzję, by się lepiej poczuć...

Tak, ale kij zawsze ma dwa końce - sytuacja, w której myślimy "on mógł, a ja nie" i łapiemy przez to "doła" również wynika z zawiści. Zawiść pożera od środka, w przeciwieństwie do zazdrości.

Czym się różni zazdrość od zawiści?

Zazdrość jest wtedy gdy po wywnioskowaniu, że inni mają lepiej i też byśmy tak chcieli, nie jest to dla nas koniec świata. Nie czujemy się przez to gorszymi ludźmi, nie mamy potrzeby "dowalenia" temu, kto ma lepiej od nas, potrafimy się z tym pogodzić. Zazdrośni są ludzie dojrzali, którzy znają swoją wartość. To zdrowe, normalne, konstruktywne uczucie.

W takim razie, co począć gdy już wiemy, że nasze emocje to zawiść i fakt, że w ten sposób reagujemy na porównywanie się z innymi jest winą naszych rodziców, którzy wpoili nam, że wyjątkowość jest w cenie?

Zrzucanie winy na rodziców za swoje zachowanie w dorosłym życiu jest nie fair. Jesteśmy dorośli, mamy wolną wolę, sami decydujemy co robimy, nawet jeśli wychowano nas tak, a nie inaczej. Jeśli faktycznie dostrzegamy w swoich dzisiejszych kłopotach wątpliwe zasługi swoich rodziców, żeby iść dalej musimy im wybaczyć i potraktować ich nie jak wyrocznię, lecz normalnych ludzi, którzy też mogą popełniać błędy. Jeśli wybaczymy im ich błąd, łatwiej będzie nam wybaczać sobie swoje potknięcia. Powinniśmy uważnie obserwować siebie samych i zwracać szczególną uwagę na te zachowania, które mogą być konsekwencją błędów wychowawczych.

Czyli chodzi o to, by działać świadomie?

Tak, oraz o to, by o siebie dbać. Pracę nad sobą powinniśmy traktować jak troskę o swoje dobro i zdrowie psychiczne, oraz jak branie odpowiedzialności za swoje samopoczucie i życiową sytuację. Postawa obwiniająca innych za to jak się czujemy to wynik niedojrzałości. Blokuje ona możliwość odczuwania szczęścia. Bo skoro od innych uzależniamy swoje samopoczucie to znaczy, że oddajemy im władzę nad naszymi emocjami, naszym szczęściem i dalszym losem.

Nie brzmi to odpowiedzialnie...

Bo nie jest ani odpowiedzialne, ani mądre. Jest na pewno łatwiejsze, ale też krzywdzące. Zwłaszcza, że są tacy, którzy odpowiedzialność za swoje samopoczucie lokują nie tylko w rodzinie, czy życiowym partnerze, ale również partii rządzącej czy sekcie. Nie trzeba dodawać jaka skala niebezpieczeństwa i frustracji czeka nas po ulokowaniu w ten sposób odpowiedzialności za nasze szczęście osobiste...

Z drugiej strony denerwujące jest to wszechobecne, ciągłe wmawianie, że życie jest w naszych rękach. Wiadomo, że nie jest. Jest mnóstwo czynników, na które nie mamy wpływu i może to właśnie one decydują o tym czy jesteśmy szczęśliwi?

Już w starożytności ludzie mieli ten dylemat i modlili się, by umieć pogodzić się z tym,
czego nie mogą zmienić, by mieć odwagę, aby zmieniać to, co mogą zmieniać i by mieć mądrość, aby odróżnić jedno od drugiego.

Tylko jak to zrobić?

Przede wszystkim trzeba sobie uświadomić, że nie ma czegoś takiego jak stałe poczucie bycia szczęśliwym. Nawet mistrzowie zen są szczęśliwi m.in. dlatego, że cierpią. Ich szczęście polega na czymś innym niż stan błogości i spokoju, o którym my myślimy, kiedy wyobrażamy sobie szczęście. Być zen oznacza pełną akceptację na to, co się dzieje wokół, zgoda na to jak wygląda świat i jakimi prawami się rządzi.

To znów umiejętność, którą warunkuje dojrzałość.

Tak, a paradoksalnie dojrzałość to stan depresyjny. Dojrzały człowiek nie ma wyjścia - musi być melancholijny, bo rozumie i czuje, że czas płynie nieodwracalnie, bo widzi, że życie to ponoszenie ciągłych strat, że nie wszystko jest możliwe, że życie nie jest usłane różami. Sztuka polega na tym, by umieć doceniać to, co się ma, a z problemami radzić sobie nie w formie bezsensownej walki, zaprzeczania czy z podejściem "hurra do przodu!". Ta ostatnia postawa w przypadku poniesienia porażki grozi poważnym załamaniem. Chodzi o to, by dawać sobie prawo do smutku i umiejętnie tę żałobę przeżywać.

Czyli można powiedzieć, że warunkiem do odczuwania szczęścia jest akceptacja stanu faktycznego?

Pod warunkiem, że szczęście utożsamiamy ze stanem spokoju wewnętrznego. Bo są tacy, co do odczuwania zadowolenia potrzebują fajerwerków i to są ci sami, którzy nie potrafią cieszyć się normalnością, którzy muszą być nadzwyczajni.

Co im poradzić?

By spróbowali pobyć sami, albo zafundowali sobie weekend bez żadnych atrakcji i poobserwowali siebie. Jakie będą mieli odczucia, czego będzie im brakowało. To może skłonić do refleksji, dlaczego tak jest, że nie potrafimy wytrzymać sami ze sobą albo z drugą osobą.

To może być ostatni test dla związku...

Albo koło ratunkowe. Kiedy wizja weekendu sam na sam z drugą połówką jest dla nas przerażająca to znaczy, że czas na zmiany, niekoniecznie na rozstanie. Intensywne doznania i wrażenia pełnią często funkcje zagłuszania emocji i własnych myśli. To jest ślizganie się po powierzchni, bez wchodzenia w głębsze warstwy, które kryją sedno naszego samopoczucia.

Kojarzy mi się to z życiem w nieszczerości.

Tak, i to jest nieszczerość przede wszystkim wobec siebie. Emocje są jak drogowskazy, które pokazują "oto czego mi brakuje", ignorowanie ich komplikuje sprawę - zwyczajnie zabłądzimy jadąc dalej bez mapy, nie znając terenu.

napisz do autorki: ewa.bukowiecka-janik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...