4 sposoby na zbudowanie silniejszej więzi między matką a córką

Anna z Aleksandrą Fot. Jacek Poremba
Relacja matki i córki to z jednej strony najbardziej intymny związek, jaki można sobie wyobrazić, ale z drugiej prawdziwe pole minowe. Jeśli jest zbudowana w oparciu o miłość i wzajemny szacunek, dla obu stron może być napędem dla życiowych sukcesów. Jeśli z kolei cieniem na niej kładą się brak zaufania albo obojętność, staje się paliwem dla bolesnych porażek.

Tuż przed wakacjami w Warszawie odbyły się warsztaty psychologiczne, nad którymi patronat objął Pharmaton Geriavit. Pharmaton Geriavit to marka, która dodaje energii i inspiruje pokolenia. 6 par matek i córek z całej Polski spotkało się, aby porozmawiać o specyfice tej wyjątkowej relacji oraz istnieniu sposobów na jej udoskonalenie. Pod czujnym okiem psychoterapeutki Katarzyny Miller, panie przeprowadziły szczerą wiwisekcję własnych historii oraz wzięły udział w specjalnie zorganizowanej sesji zdjęciowej z udziałem Jacka Poremby. Rozchodząc się powiedziały, że to doświadczenie wiele je nauczyło. Postanowiliśmy sprawdzić, jakie przemyślenia wzięły sobie do serca najbardziej.


Oto 4 najważniejsze wnioski, które wyciągnęły uczestniczki tegorocznej edycji warsztatów „Energia od pokoleń powered by Pharmaton Geriavit”:

1. Pogódźcie się z tym, że nie zawsze się zgadzacie
Jabłko z reguły nie pada daleko od jabłoni, co nie znaczy, że matki i córki mówią zawsze jednym głosem. Przeciwnie. Miłość nie wyeliminuje od tak tarć wynikłych z różnic charakterów czy światopoglądów. Jesteśmy dwoma różnymi pokoleniami wychowanymi w innych czasach i innych światach. Oczywiście, że to musi być źródłem odmiennych opinii i tym samym łatwym punktem zapalnym. Sztuka polega na tym, żeby nie dać się sprowokować. Nic prostszego niż zwykły zgrzyt zmienić w masywną kolizję. Niektórzy twierdzą, że kłótnie są niezbędne dla higieny psychicznej, ale to grząski grunt. Wyplutego jadu już nie połknie się z powrotem, a niewłaściwe słowo może poważnie zaciążyć nawet na tak solidnej relacji.
Elżbieta, mama Agnieszki, kilka razy podkreśla, że są z córką bardzo różne. Nie działają na siebie jak płachta na byka, ponieważ nauczyły się zgadzać, że się nie zgadzają i przechodzić nad tym do porządku dziennego. - Jestem po 60., czuję że czas mnie goni. Zrozumiałam, że nie warto go marnować na przepychanki z własnym dzieckiem. Ona jest perfekcjonistką, a ja nie przywiązuję wagi do szczegółów. I to jest jak najbardziej ok, cieszę się, że ma własną, zdecydowaną tożsamość. Trzeba wyczuć moment, kiedy najlepiej się zamknąć i pójść przewietrzyć. Życie jest wystarczająco wypełnione przez niesnaski z obcymi ludźmi. Dokładać sobie do pieca sprzeczkami z ukochaną osobą? Zwykła głupota. Gorzej. Strata czasu.

2. Komunikujcie się
Jagna, mama Zuzanny uważa, że miłość między matką a córką to uczucie, które niezależnie od naszej woli załatwia za nas instynkt macierzyński. - To zwykła biologia. Tak już nas natura wymyśliła, że (poza skrajnymi przypadkami) matka kocha swoje dziecko ponad życie. Cała sztuka polega więc nie na tym, żeby się kochać, ale żeby się ze sobą przyjaźnić - dodaje. A tu już potrzebna jest inicjatywa, dobre chęci i co zgodnie przyznają wszystkie uczestniczki – rozmowa. – Na warsztatach okazało się, że mimo że jesteśmy sobie bliskie, nie potrafiłyśmy się szczerze komunikować i dlatego odkryłyśmy, że każda z nas ma co nieco za uszami – mówi Iwona, mama Zuzanny. Umiejętność przyznania się do tego, że jest się dalekim od ideału to paradoksalnie pierwsze, co pozwala się ludziom do siebie zbliżyć. Obie popełniałyśmy błędy, ale powiedzenie sobie tego głośno okazało się dla naszej relacji prawdziwym katharsis.
Elżbieta dodaje, że szczerość jest walutą nie podlegającą negocjacji. - Nie można igrać z zaufaniem. Oliwa i tak zawsze wypłynie na wierzch. Choćby prawda miała się drugiej stronie nie spodobać, trzeba sobie mówić także o rzeczach bolesnych i niewygodnych oraz nauczyć przepuszczać przez gardło słowo "przepraszam". Najgorsze, to komunikować się poprawnie, ale powierzchownie.

3. Znajdźcie złoty środek między bliskością, a byciem indywidualistkami
Złoty środek między tymi przeciwległymi biegunami to dla każdej matki i córki osiągnięcie na miarę znalezienia świętego graala. Bywa, że dochodzi do sytuacji skrajnych. Czasem córka tak bardzo chce zbudować własną tożsamość, że próbuje ostrym narzędziem odciąć się od matki. Albo odwrotnie – córka ma tak silnie rozwiniętą potrzebę posiadania bezpiecznika, że nie zrobi kroku bez akceptacji lub przynajmniej opinii swojej matki. Mimo dziesiątek milionów poradników parentingowych, certyfikat perfekcyjnej rodzinnej relacji to wciąż towar deficytowy.

Moje relacje z córką zawsze były dobre, więc nie mogę powiedzieć, że na warsztatach dowiedziałam się o jakimś ogromnym bałaganie, który muszę posprzątać – mówi Ania, mama Oli. - Pani Kasia zwróciła mi natomiast uwagę, że chociaż nie mam ku temu podstaw, trzymam córkę na zdecydowanie zbyt krótkiej smyczy. Zobaczyłam wreszcie jak na dłoni, że moja nadopiekuńczość zaszła za daleko. Co się zmieniło od czasu warsztatów? Powiedziałabym, że wypuściłam powietrze. Zrozumiałam, że muszę pozbyć się irracjonalnego lęku o nią, podobnie jak zwyczaju usuwania jej sprzed nóg wszelkich przeszkód. Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Chciałam ją chronić, a tak naprawdę blokowałam ją, podcinając jej w ten sposób skrzydła. Więcej dystansu, więcej przestrzeni – to coś, co zdecydowanie wyszło nam na zdrowie.

4. Zmieniajcie siebie, a nie tylko próbujcie zmieniać drugą stronę
Niby kobieta zmienną jest, ale prawda jest taka, że bardzo ciężko nam zrzucić jarzmo niechlubnych przyzwyczajeń, o intensywnej pracy nad sobą nie wspominając. Zwłaszcza, że to od innych, a nie od siebie zaczynamy diagnozę problemów w relacjach. W myśl zasady "takiego mnie Pan Bóg stworzył, takiego mnie ma" tkwimy w swojej zastałej konstrukcji, wierząc że to inni ludzie są nam winni odrobinę elastyczności - jeśli jej brakuje, to tym gorzej dla innych ludzi.

Agnieszka, córka Elżbiety, zrozumiała, że nadopiekuńczość jej mamy to nie tylko rezultat jej skłonności do nieumiarkowanej troski. Warsztaty pozwoliły jej zauważyć własną cechę charakteru, która podświadomie dawała jej mamie przyzwolenie na emocjonalny wampiryzm - totalny brak asertywności. Najprawdopodobniej podyktowany brakiem samoakceptacji, a skutkujący nieumiejętnością trzeźwego określenia wzajemnych granic. Od czasu warsztatów Agnieszka intensywnie trenuje trudną sztukę mówienia „nie” i powoli odkrywa uroki wykorzystywania własnego potencjału.

Iwona podkreśla, że to właśnie po uświadomieniu sobie własnych niedoskonałości, podjęła dojrzałą decyzję o złagodzeniu swojego autorytarnego podejścia do córki. - Doceniłam wartość inspirowania na miejsce wygłaszania kategorycznych sądów. Teraz wolę wyrazić swoją opinię, niż podać rozwiązanie, które akurat ja uważam za słuszne. Dzięki zdrowej dawce pokory nie wywieram presji, a córka, nawet jeśli popełni błędy, to przynajmniej wyciągnie z nich później lekcję.

Katarzyna Miller uważa, że aby zbudować jeszcze bardziej wartościowe relacje na linii matka-córka, potrzebne jest nie tylko to, co łączyło wszystkie uczestniczki warsztatów – odpowiednie zmotywowanie. Potrzebne są także otwartość i chęć szukania nowych sposobów bliskości, czyli to, co pokazały panie w trakcie pracy nad ulepszeniem swoich relacji w ramach warsztatów. Nad tak cennym kapitałem zawsze warto pracować.

Energia, którą włożymy w tę pracę, wróci do nas ze zdwojoną siłą, bo staniemy się silniejsze nie tylko we własnym zakresie, ale i jako para kochających się i zgodnych kobiet. Dlatego Pharmaton Geriavit warto podarować sobie jako symbol troski, a nawet wyraz inicjatywy zbudowania jeszcze bardziej wartościowej relacji międzypokoleniowej.

Artykuł powstał we współpracy z Pharmaton Geriavit.


napisz do autorki: karolina.ciesinska@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...