Denerwuje cię nagonka na upodobania estetyczne Polaków? Trudno, o gustach warto (próbować ) dyskutować

Skarpety noszone do sandałów nabrały już niemal wymiaru symbolicznego. 123rf zdjęcie seryjne / Simone Resca
O gustach i guścikach rodaków padło już wiele słów. Najczęściej niepochlebnych. Wznawiana co jakiś czas medialna dyskusja na ten temat stanowi pożywkę idealną. Ma w sobie coś z plotki, choć pozornie jest zagadnieniem szlachetnym. Rozmawia się przecież o pięknie.

Wnioskując po komentarzach internetowej społeczności, oburzonej tego typu rozważaniami, smak traktujemy poniekąd jako cechę immanentną. Nie podlegającą zmianie, a więc i dyskusji. Zresztą dyskutować z klasą o gustach jest niezmiernie trudno. Wielkomiejscy specjaliści ubrani za kilka krajowych najczęściej mówią o upodobaniach w kategoriach nieomal dobra i zła, pokazując wydelikaconymi paluszkami czego powinniśmy się wstydzić. Ewidentnie mamy z estetyką na pieńku. Pytaniem pozostaje dlaczego.

Prawa ewolucji

Rozmawiając o guście estetycznym zapominamy, że ten, jak każde inne upodobanie, ewoluuje. Oczywiście z wiekiem, ale także wraz ze zmianę środowiska, miejsca zamieszkania, tym, co oglądamy w mediach, czy ilością obejrzanych filmów (o ile nie są to produkcje pokroju tych, w których występuje Steven Segal). Zmienia się podobnie, jak wrażliwość naszego podniebienia. Jako dzieci akceptujemy jedynie kilka prostych smaków - rosół, jeśli jajka, to tylko na twardo, kajzerki z Nutellą (/wstaw dowolne). Z czasem dzięki namowom i z czystej ciekawości poszerzamy menu. Kiedy kilka razy przełamiemy się i próbujemy czegoś, co nie odpowiada nam pod względem faktury czy wyglądu (ostrygi? kapary?) uczymy się, że pozory i skojarzenia są mylące. Stajemy się bardziej otwarci na nowości.

Analogicznie ewoluuje gust w każdej innej dziedzinie. Lubiany w liceum kolega słucha zespołu Bauhaus, więc i my zaczynamy, a że na studiach podziwiana za erudycję wykładowczyni zachwyca się Wojaczkiem, a za nią i my odkrywamy uroki jego wierszy. Poszukujemy bez uprzedzeń, ale po osiągnięciu względnej dojrzałości zaczynamy identyfikować się z własnym gustem. Postrzegać go jako część nas samych. I to najczęściej bez racjonalnej refleksji dlaczego wolimy ambient od indie rocka i Joannę Bator od Sylwii Chutnik.

Z gustami estetycznymi jest jeszcze trudniej. Oczywiście nie sposób sprecyzować dlaczego bardziej podoba się nam zielony niż niebieski. Ale z tłumaczeniem wyborów dotyczących garderoby czy przedmiotów, którymi się otaczamy, można by pokusić się o teorie na temat preferencji. Rzeczy, którymi się otaczamy mogą zaznaczać status materialny, przypisywać nas do określonej grupy/subkultury, zachwycać formą lub jakością, albo po prostu pasować do tych wybranych wcześniej. Opcji jest wiele. Ewolucja gustu w każdej materii wiąże się z wiedzą - na temat nas samych, ale też tą konkretną, nieomal naukową. Znajomością techniki gry na instrumentach muzycznych i historią literatury. Dzięki wiedzy rozpoznajemy co jest nowatorskie, a co jest siódmą wodą po kisielu oryginału.

Diabeł w szczegółach

W jednej ze scen filmu „Diabeł ubiera się u Prady” Anne Hathaway, grająca stażystkę w redakcji magazynu modowego, parska pod nosem, widząc jak Meryl Streep zastanawia się który z pasków różniących się rozmiarem klamerki wybrać do sesji. Skarcona tłumaczy, że nie widzi między nimi żadnej różnicy. Streep, wcielająca się w rolę redaktor naczelnej rzeczonego magazynu, obrzuca ją pogardliwym spojrzeniem i wygłasza perorę na temat ubioru stażystki. Chociaż nowa w branży Hathaway uważa, że nie ma z modą nic wspólnego i wciąga na grzbiet pierwszy z brzegu błękitny sweterek, usiłując pokazać światu, że zbyt poważnie traktuje siebie, żeby przejmować się modą, w istocie jest ignorantką. Nie zdaje sobie sprawy, że ubranie, pozornie demonstrujące jej ignorancję, w istocie jest ściśle związane z branżą. Do sieciówek trafiło jako popłuczyna po kolekcji Oscara della Renty sprzed czterech lat.

Zaledwie minutowy fragment tego całkiem przeciętnego filmu precyzyjnie obnaża jedno ze złudzeń dotyczących gustu, którymi się karmimy. Żaden z naszych wyborów estetycznych nie jest zawieszony w próżni. Często po prostu nie mamy świadomości skąd się wziął. Gust może być co prawda oryginalny na tle ogółu, ale w lwiej części przypadków nie jest autorski.
Ładna i brzydka

Nie przywykliśmy do argumentowania swoich wyborów estetycznych. Funkcjonujemy w tyle bipolarnej, co pełnej paradoksów osi przymiotników. Coś jest ładne, albo brzydkie. Ładne jest najczęściej po prostu to „co się komu podoba”. Brzydota z kolei zdaje się podlegać kolektywnej ocenie. Jeśli pociągają cię kobiety o rubensowskich kształtach, kolektyw (pod postacią kolegów i rodziny) przekona cię, że nie, to niemożliwe, ponieważ są obleśne. Nie podobają się nikomu. Więc i tobie nie mogą.

Zdaje się, że zapomnieliśmy o tym, że wygląd może być także interesujący czy niepokojący. Sugerować coś innego niż ocenę atrakcyjności, proste rozróżnienie tak/nie. Być może za nieumiejętnością rozmawiania o gustach stoi zresztą cały system polskiej edukacji, w którym nikt nie pyta nikogo, co się komu podoba i dlaczego. Nie przypadła ci do gustu poezja Słowackiego, który wielkim poetą był, więc najpewniej go po prostu nie zrozumiałeś. Ale nie martw się, Pani pomoże ci wyjaśnić dlaczego to znakomity wiersz. Wspaniała rytmika! Co za epitety!

Polska szkoła gustu

Jeśli chodzi o edukację wizualną, nie ma nawet tego. Uczymy się jedynie bezrefleksyjnie pokazywać i nazywać. Tu jakieś kropki, znaczy się puentylizm, a tam zdeformowana babka, to chyba znany malarz hiszpański, Picasso Pablo. Tak wyekwipowani ruszają w zdominowaną przez obrazy współczesność przyszli robotnicy budowlani i prawniczki, fryzjerki i lekarze. A potem człowiek, który ma doktorat z historii sztuki i zjadł zęby na projektowaniu identyfikacji wizualnych będzie ich wyśmiewał z ekranu, że stawiają sobie okropne domy i nie potrafią dobrać koszuli do garnituru.

Smak i styl są uznawane za coś ważnego, a jednocześnie za rodzaj dopustu bożego, a nie efekt bodźców i edukacji. Plastykę w szkołach traktuje się po macoszemu, jest przedmiotem mniej ważnym niż wf czy religia. Jasne, że są dzieci, które lepiej od innych rozumieją kulturę wizualną. Podobnie jak są takie, które szybciej liczą w pamięci. Tyle, że nikt nie dba o to, żeby w ciągu 11 lat spędzanych obowiązkowo w szkole każdy dzieciak zastanowił się (choćby i raz) nad postrzeganiem piękna i brzydoty. Tak, jak dba się o to, żeby wszyscy nauczyli się na pamięć układu okresowego pierwiastków.

Estetyka wychowana w wielkiej płycie

Za nasze preferencje estetyczne odpowiada jednak nie tylko szkoła, ale i historia. W wywiadzie z „Gazetą Wyborczą", Janusz Górski, grafik i założyciel wydawnictwa słowo/obraz wspomina jak na pierwszym roku architektury jeden z wykładowców poprosił grupę o narysowanie swojego widoku z okna. Nie były to obrazki piękne, lecz raczej ponure i chaotyczne. Profesor podsumował zadanie słowami „właśnie dlatego będzie wam trudno być dobrymi architektami".

Ciężko być wrażliwym na piękno po latach życia w szarzyźnie i bylejakości, niektóre wzorce zakorzeniają się w nas bezwolnie. I jak tu się dziwić zwierzęcemu pożądaniu wyrobów plastikowych w latach 90., czy mrożącej krew w żyłam palecie kolorów na elewacjach polskich domostw. Wszystko, co przeciwne wcześniejszemu brakowi możliwości zaczęło nam wydawać się piękne. Bo egzotyczne i zagraniczne.

Znaczenie w kształtowaniu gustu zdaje się mieć nawet szerokość geograficzna pod którą przyszło nam dorastać. Inne postrzeganie kolorów i harmonijnego doboru kolorów będzie miała osoba wychowana w syberyjskiej tundrze, a inna w Paragwaju. Nie jest przypadkiem, że założenia programowe futuryzmu, mówiące o konieczności zerwania z tradycją i zniszczenia zabytków powstały właśnie we Włoszech. Zostały wymyślone przez ludzi od najmłodszych lat otoczonych z każdej strony jednymi z najstarszych na kontynencie budowlami, mnogością kościołów i muzeów.
Chętnie powtarzane porzekadło, głoszące, że o gustach się nie dyskutuje jest nie tyle próbą uniknięcia sporów i oznaką tolerancji, co po prostu przykrywką na dojmujący brak argumentów. Irytacja towarzysząca często zetknięciu się z rozbieżnością opinii jest być może spowodowana nieumiejętnością pełnego wyrażenia myśli. Dyskusja o guście staje się tabu, bo po prostu nie umiemy się do niej zabrać. Wartościujemy, bo brakuje nam argumentów. Gust staje się kolejną barierą społeczną, tymczasem często wyrasta z tego samego rdzenia, niezależnie od kapitału kulturowego.

Hipernowoczesne i superwymyślne powierzchnie drogich butików nie tyle zachęcają do zakupów i tworzą przyjemną przestrzeń, co dyscyplinują klientów i sprawiają, że czują się oni jak niepewne swojego statusu bóstwa. Chyba już przyjemniej być kapłanem domku jednorodzinnego o 8-kolumnowym ganku inspirowanym wakacjami na Peloponezie. Wbrew temu, co może wydawać się wykształconej klasie średniej z dużych miast, nie tylko w gustach mitycznych Grażyn i Januszów ujawnia się zbitek kompleksów, fantasmagorii na własny temat i wyobrażeń o luksusie. O niezrozumieniu użytkowych podwalin dobrego designu pisze w swojej książce „Jak przestałem kochać design” Marcin Wiecha. Dla przeciętnego rodaka „designerki" oznacza tyle, co udziwniony czy futurystyczny.

Uniwersalna rada psychoterapeutyczna głosi, żeby mówić o odczuciach związanych ze światem zewnętrznym ze swojej perspektywy. Można by to przełożyć także na dyskusje o gustach i guścikach. Nie trzeba od razu zapalczywie dzielić ludzi na idiotów i wieśniaków, którym nie podoba się to, co nam. Można wysilić się chwilę i wysnuć teorię dlaczego coś podoba się nam i z tej perspektywy zacząć rozmowę. Zwłaszcza, że gusta na prawdziwej dyskusji mogą jedynie zyskać - stać się mniej prostolinijne, bardziej świadome i złożone.

Choć ładne jest to, co się komu podoba o gustach trzeba dyskutować, żeby lepiej zrozumieć siebie i otaczający świat. Formy wizualne pod postacią obrazu w galerii, ale i narzuty zaścielającej łóżko są pełne znaczeń i nawiązań, tyle, że mało kto potrafi je odczytać.

Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...