Były gubernator Massachusetts z reguły nie wypowiadał się na temat religii. Miał ku temu powód – należy do mormonów, którzy stanowią zaledwie 2 proc. społeczeństwa i w oczach wielu chrześcijan są niemal sekciarzami.
Tym razem jednak sytuacja była wyjątkowa.
Czas na larum
Na początku lutego Barack Obama podpisał dekret nakazujący amerykańskim pracodawcom – wliczając katolickie uniwersytety i szpitale - zapewniać pracownikom dostęp do darmowej antykoncepcji. Opozycja wspólnym głosem podniosła alarm, że ograniczy to wolność religijną – w tym przypadku wolność do bycia przeciwnikiem nienaturalnych metod zapobiegania ciąży.
Prezydent szybko ugiął się pod ciężarem krytyki i przerzucił odpowiedzialność za refundację prezerwatyw i pigułek z pracodawców na ubezpieczalnie. Ale łatka „wroga religii” już zdążyła się do niego przykleić. Wybory coraz bliżej, a atakowanie Obamy jest jednym z głównych zajęć republikański kandydatów do prezydenckiej nominacji. Temat wiary dostarcza im nowej amunicji. Krótko po aferze z dekretem Rick Santorum stwierdził, że głowa państwa trzyma się „jakiejś fałszywej teologii”.
Konserwatyzm popłaca - czytaj
Stany Zjednoczone to bardzo religijny kraj. 91 proc. Amerykanów deklaruje się jako wierzący (w większości to protestanci), a około połowy chodzi regularnie na msze. Według sondaży Gallupa, 53 proc. nigdy nie wybrałoby na swojego prezydenta ateisty. I nie ma tu większego znaczenia, na którą partię głosują. Naturalnym jest więc, że w okresie wyborczym większość polityków ostentacyjnie podkreśla swoją głęboką wiarę i wytyka jej brak rywalom. Czysta, polityczna kalkulacja.
Pozory i słabość
W tym roku wyziera jednak z tego jeszcze coś innego - polityczna słabość obecnych republikańskich kandydatów. - Bardzo trudno odebrać władzę prezydentowi, który nie popełnia jakiś wielkich błędów. Tymczasem republikanom w tym roku brakuje mocnych stron, nie mają konkretnych programów ani pomysłów na walkę ze skutkami kryzysu. Od dawna nie musieli się zresztą spierać w kwestiach ekonomicznych - tłumaczy nam amerykanista, prof. dr hab. Bohdan Szklarski. - Pozostało im więc chwytanie się sfery wartości, religii, kwestii gejów czy aborcji. W tym roku z Obamą niemal na pewno nie wygrają, więc testują i przygotowują teren na wybory za cztery lata. Liczą, że wtedy będą z tego skorzystają – dodaje naukowiec.
Jak finansowane są wybory w Stanach? - czytaj
Gdyby patrzeć na USA przez pryzmat amerykańskiej kultury masowej, można by odnieść wrażenie, że jest to najbardziej liberalny kraj świata. Prof. Szklarski zwraca jednak uwagę, że społeczeństwo tego kraju jest bardziej konserwatywne niż może się wydawać. - Amerykańskie swobody, tolerancyjność wobec mniejszości i poprawność polityczna w dużym stopniu zostały wymuszone w Waszyngtonie i to po długich bitwach. Gdyby o wielu sprawach decydowano w publicznych referendach, Ameryka mogłaby wyglądać zupełnie inaczej – zaznacza ekspert.
