Sebastian Fabijański brawurowo zagrał w nowym "Pitbullu" i jest nadzieją polskiego kina

Sebastian Fabijański w filmie "Pitbull. Niebezpieczne kobiety" gra gangstera "Cukra". Partneruje m.in. Joannie Kulig.
Sebastian Fabijański w filmie "Pitbull. Niebezpieczne kobiety" gra gangstera "Cukra". Partneruje m.in. Joannie Kulig. Fot. Anna Gostkowska ©ent One Investments / mat. promocyjne
Ma 29 lat, za sobą role w produkcjach filmowych i serialach. W takich, które dotąd nie przyniosły mu popularności. Ale to zmieni się po premierze 2. części "Pitbulla". Sebastian Fabijański wciela się w czarny charakter o złożonej osobowości. Mnie opowiedział, jak przygotowywał się do roli i jak chciałby wybić się na kinie pozornie niewysokich lotów.

Co pomyślałeś po seansie ostatniego "Pitbulla"?



Na początku nie bardzo mogłem się do tego odnieść, bo byłem strasznie zapatrzony w pierwowzór. Nie wiedziałem jaką optykę przyjąć, ani co mam z tym filmem zrobić, bo liczyłem na brudne, prawdziwe kino, jak to było w przypadku pierwszego"Pitbulla".

Dostałeś je?

Nie wziąłem pod uwagę wielu czynników, a mianowicie tego, że czasy się zmieniły, widz się zmienił, kino się zmienia. Po premierze poszedłem drugi raz do kina, ale miałem takie poczucie, że ja nie jestem odpowiednim widzem tego filmu.

Jak to?


Uprawiam taki, a nie inny zawód, więc jestem trochę „skażony” kinematografią i, co za tym idzie, bardziej wymagający wobec filmów, ale wszystko się zmieniło, kiedy poznałem Patryka. Człowieka, który oprócz tego że obraca się w sferze faktów, to samym kinem się po prostu bawi. Namawiam wszystkich, którzy mieli ten sam problem co ja, aby szerzej spojrzeli na tę sprawę, wzięli pod uwagę, że dzisiejszy "Pitbull" to zrównoważony produkt zawierający taką samą ilość potencjału rozrywkowego jak i brudnego, dokumentalnego dramatu.

Ktoś powie, że jego kino nie jest wysokich lotów. Warto się więc na takim wybijać?

Zobacz, jak w polskim showbiznesie można zdobyć popularność. Zrobiłem kilka filmów, które można wrzucić do worka "wyższych lotów", a nie były oglądane. Trzeba mieć bardzo dużo szczęścia, żeby zafunkcjonować w artystycznym kinie i zrobić karierę, ale niestety tym się rządzi ten biznes, że ilość propozycji filmowych często jest uwarunkowana miarą popularności, której ja na razie nie mam.
Jest szansa, że to się zmieni po "Pitbullu". Nawet bardzo duża.

Ten film jest niewątpliwie skazany na sukces komercyjny i teraz wracam do pytania, jeżeli mam się wybić i być rozpoznawalny przez masową widownię, no to czy można lepiej niż "Pitbullem"? No nie. W worku komercyjnych produkcji to jest najlepsza możliwa opcja. Popatrz na najbardziej cenionych dziś aktorów w Polsce. Kinga Preis mi kiedyś powiedziała, że pewnie dalej większość ludzi by jej nie znała, gdyby nie "Ojciec Mateusz". Andrzej Chyra, Marcin Dorociński czy Borys Szyc popularność zrobili przez udział w komercyjnych projektach typu "Oficer", " Vinci" czy "Pitbull" właśnie.

Idziesz teraz podobną drogą?

Walczę o to, żeby być znany szerszej publiczności z takich ról z jakich chciałbym być znany, a nie powinienem, żeby tylko zdobyć popularność. Oczywiście dostawałem propozycje udziału w komediach romantycznych, które by ją przyniosły, ale wtedy czułem, że to nie jest dobry kierunek, więc nie decydowałem się na nie. Czekałem na coś, czym się zafascynuję. I przyszło. W sumie to i tak mam dużo szczęścia, że przyszedł do mnie taki "Pitbull".

A może było tak, że pozazdrościłeś Piotrowi Stramowskiemu [Majami w "Nowych Porządkach" - red.].

Nie miałem jakiegoś poczucia zazdrości. Popularność podobnie zbudował Marcin Kowalczyk czy Mateusz Kościukiewicz. Film "Jesteś Bogiem" automatycznie miał masową publiczność, "Wszystko, co kocham" też miało niezły wynik. Mimo że były to dobre filmy, to ich sukces był zbiegiem okoliczności. Generalnie w życiu trzeba mieć szczęście. Chłopaki mieli.

To ty miałeś nieszczęście?

Na pewno nie jest przyjemnie zrobić film, którego ludzie nawet nie obejrzeli. Można nawet dostać nagrodę na festiwalu w Gdyni, jak to było w moim przypadku i mało kto o tym wie, bo film był frekwencyjną porażką. Np. film "Jeziorak". Większość nie kojarzy o czym w ogóle mowa. Chociaż akurat wyzwanie aktorskie w "Jezioraku" kontra wzywanie aktorskie w "Pitbullu" to jak niebo i ziemia.
Grasz gangstera, już nie policjanta. Na roli "Stracha” dużo zyskał Tomek Oświeciński. Chodziliście razem na siłkę?

(śmiech) Nie, nie. Tomek Oświeciński to w ogóle fenomen. Facet na portalu filmowym Filmweb jest najlepiej oceniony za rolę aktorską w "Pitbullu". To w sumie paradoks - bo przecież Tomek nie jest aktorem. Ale wkomponował się idealnie w ten film. Co oczywiście też jest sukcesem Patryka, bo przecież on go obsadził. Życzę mu świetnej kariery aktorskiej. To fajny facet. Poznałem go, mieliśmy sporo wspólnych scen.

Ok, nie trenowaliście razem, ale też przygotowywałeś się fizycznie do roli. Ile miałeś czasu?

5-6 tygodni. (Sceny rozbierane były zaplanowane w połowie zdjęć do filmu). Biorąc pod uwagę gotowość, którą miałem w ciele i to że genetycznie nie jest mi się trudno wyrzeźbić, to czasu było w sumie dużo. Ale nie chcieliśmy, żebym był jakoś przesadnie napakowany. Chodziło nam o stworzenie dobrze zbudowanego gościa, który mimo wszystko jest też bardzo "suchy". Taki wygląd zdeterminowało to, że "Cukier" jest chory na cukrzycę.
Wygląd to jedno, druga sprawa - przygotowanie aktorskie.

Dowiedziałem się, że będę grał w "Pitbullu" 16 kwietnia, w urodziny mojego ojca, a zdjęcia zaczęliśmy chyba 18 maja. Więc czasu na wejście w rolę nie było jakoś specjalnie dużo, bo musieliśmy na podstawie tego co na papierze, stworzyć coś, co żyje. Wtedy czasu zawsze wydaje się mało.

Mówiłeś, że dostałeś materiał, w który trzeba było wejść bez asekuracji. Co to znaczy?

Czyli bez świadomości, że w razie poczucia jakiegokolwiek zagrożenia, czy psychicznego czy fizycznego, mogę się wycofać. Przyjąłem na siebie bardzo mroczną filozofię Schopenhauera i funkcjonowanie w rollercoasterze emocjonalnym wynikającym z cukrzycy typu 1, czyli insulinozależnej. Robiłem wywiady z ludźmi, którzy na nią chorują i okazuje się, że potrafią zachowywać się jak schizofrenicy. Do tego "Cukier" jest socjopatą, psychopatą i ekscentrykiem dość skrajnym. Z takim bagażem, z chęcią wejścia w rolę na 100 proc., musiałem ponieść jakieś konsekwencje…

Co masz na myśli?

Na przykład, że mój ojciec powiedział mi po filmie, że bał się do mnie dzwonić w trakcie zdjęć. Wygląda na to, że musiało to wszystko, co w "Cukrze" we mnie też być. A ja cały czas miałem poczucie, że czegoś jeszcze brakuje, nie ma. Z perspektywy czasu widzę, że byłem strasznie wypełniony nienawiścią i pesymizmem. Za stanem emocjonalnym szedł też fizyczny charakter roli - czyli to jak siedzę, jak chodzę, jak konstruuję słowa, jak patrzę.

Próbowałeś tego wszystkiego przed zdjęciami?

Zarywałem noce, eksperymentując, szukając i próbując układać te klocki. Poprosiłem o kostium, który mieliśmy już gotowy, ubierałem się i chodziłem po ulicach. Cały na czarno, w nocy, lekko zgarbiony i taki jakiś zapatrzony w podłogę… tak sobie łaziłem. Pamiętam, że chodziłem po pasach, wzdłuż drogi, na samym środku ulicy. Ludzie hamowali, wyprzedzali mnie i zaraz po od razu przyspieszali. Nikt nie trąbił nawet. Pewnie się bali. Poczułem wtedy siłę. Poczułem, że to ja decyduję. Więc niby "Cukier" emanuje siłą, ale funkcjonuje też w jakimś totalnym rollercoasterze emocjonalnym.

Kosztownym?

Raz jest na kompletnym zjeździe cukrowym, czego objawami są pocenie się, słabość, tunelowe widzenie, majaczenie, ciche mówienie, niekontrolowane utraty świadomości, a za chwilę wpada w absolutną furię. Moje badanie pod tym kątem zaczęło się od momentu, kiedy przeczytałem, że cukrzycy potrafią zareagować nieracjonalnym gniewem, jeżeli zaproponuje się im np. pączka albo czekoladę, co zresztą wykorzystaliśmy w filmie. Poczułem, że na takich skrajnościach można zbudować tę rolę. Przez tą niestabilność połączoną z bezkompromisowością czynów, było to ciężkie emocjonalnie zadanie. Troszkę to odchorowałem.
Vega dał ci wolność i empatię, o których sam mówi, gdy idzie o współpracę z aktorami?

Ja mam wrażenie, że myśmy się po prostu rozumieli. Czasami bez słów. Nie spotkałem się wcześniej z czymś tak granicznie fascynującym. To był dynamiczny, napięciowy i ciężki, ale piękny czas. Każdemu życzę takiej przygody w życiu, obojętnie w jakiej dziedzinie.

Powiedz, Patryk kazał ci się spotykać z gangsterami?

Gangsterami? Ludźmi interesu raczej. Była możliwość poznania paru osób. Skorzystałem. To były spotkania bardzo elektryzujące i fascynujące, ale koniec końców zawsze się okazywało, że moi rozmówcy to ludzie, którzy reprezentują cechy wymarłe niemal w dzisiejszych czasach. Lojalność, szczerość itd.

Vega poświęca bardzo dużo uwagi im i samej tematyce mafii. Można odnieść wrażenie, że odcina kupony.


Błagam. Jakie odcinanie kuponów? To jest nic innego jak płodność artystyczna, facet ma drive, jedzie i już. Ludzie mu zazdroszczą i wkładają w szufladę karierowicza, pazernego na poklask. Tak jest łatwiej, bo sami się usprawiedliwiają i mają za lepsze jednostki. Hipokryzja. Pokaż mi artystę, który by nie szukał akceptacji szerszej publiczności. Patryk ją dostał, wchodząc na jego fanpage, zobaczysz 90 proc. wielbiących komentarzy. Fajnie, że Patryk wierzył w to, że chce coś temu światu powiedzieć. Tak samo zresztą jak i ja.

Co?

Jeżeli ktoś płacze podczas mojej sceny, następuje jakaś niebywała alchemia. No więc jak mogę tego nie szanować i nie próbować czegoś z tym robić? To, że teraz mnie słuchasz, że my tutaj siedzimy, też do czegoś mnie zobowiązuje. Nie mogę przyjść na wywiad i udawać wielkiego gwiazdora.

Po "Pitbullu" możesz.

Nie sądzę, żeby groziła mi "sodówa". Trzeba być pozbawionym autorefleksji i zgubić czujność, żeby nagle stać się centrum wszechświata w swoim mniemaniu. Oczywiście chciałbym bardzo dostać właśnie akceptację, ale po to żebym pomyślał: warto podejmować walkę o swoją godność w tym zawodzie, o słuszne wybory, o to żeby nie dać się „kupić”, tylko robić to, co się czuje, wierzyć, że serce zawsze podpowiada najlepiej a nie żeby poczuć się gwiazdą.

Ale masz opinię, nie obraź się, bufona.

Ludziom się wydaje, że tak bardzo siebie kocham, że nie zauważam świata naokoło. Bzdura. Nie mam jakiejś nadzwyczajnie dużej miłości własnej, raczej przez autorefleksję właśnie jestem cholernie krytyczny wobec siebie i zakompleksiony.
Taki przystojny i z kompleksami?

Cechy zewnętrzne człowieka to sfera najbardziej złudna. Możesz tym manipulować. Autokreacja itd. Prawda jest taka, że jestem introwertyczny, dość aspołeczny i samotniczo usposobiony, a nie zarozumiały. Tyle że ludzie wolą mnie wsadzić w szufladę bufona. Ten dystans, który ode mnie czuć stwarza się sam, ja nie chcę go stwarzać. Nie mam na to wpływu jak ludzie mnie odbierają, a nie będę się zmieniał dlatego, że ktoś mnie nie akceptuje. Czuję się trochę pokrzywdzony, bo to znaczy, że ludzie tkwią w czymś, czego nienawidzę - w uprzedzeniach.

Prawda o tobie jest podkręcona, niektórzy mówią, że prawdę podkręca Vega.

Powiedz w jaki sposób jesteś w stanie zdzierżyć film, w którym ucinają palce, zakopują w rowie, wrzucają do rzeki, zabijają, skaczą po głowie, biją bejsbolem po brzuchu? Tylko kiedy spuści się z tonu żartem.

A może trzeba zrobić właśnie film na serio o tych dramatach?

Gwarantuję ci, że gdyby w "Pitbullu" nie było humoru, widownia byłaby 3 razy mniejsza. Nie byłoby półtorej bańki, tylko 500 tys. Film jest zjawiskiem, które musi być przede wszystkim zrównoważone - tak jak mówiłem. A w przypadku wydarzeń, które Patryk wykorzystuje w filmie, to cały pic polega na tym, że ci wszyscy, którzy byli ich świadkami, też muszą spuszczać z tonu. Ludzie by powariowali traktując wszystko super serio.

Ale są rzeczy, z których podobno nie wolno się śmiać.

Wolno ze wszystkiego. Czasami raczej z czegoś po prostu nie wypada się śmiać, ale w dalszym ciągu wolno. Może to wygórowane co powiem, ale porównuję Patryka do Tarantino. Ostatni używa brutalności, żeby przedstawić zakrzywiony obraz rzeczywistości, to jakie życie jest w zasadzie, ale jednak w krzywym zwierciadle, trochę surrealistycznie, trochę jak Salvador Dali.
I Patryk robi podobną rzecz - używa faktów, sytuacji, które miały miejsce naprawdę w sposób bardzo podobny. Układa z tego zajebistą historię, która tworzy kino rozrywkowe, mimo że powinna być ciężkim dramatem. Tak samo Tarantino - krew się leje, a ludzie się z tego śmieją. To też zależy jak opowiadasz film. Jeżeli serio, używasz brutalności chcąc wstrząsnąć jak Wojtek Smarzowski "Wołyniem", to w dość konkretny sposób opowiadasz historię i używasz do tego takiej a nie innej narracji. Gdybym grał "Cukra" u Smarzowskiego, prawdopodobnie zagrałbym tak samo, tylko że on inaczej by to opowiedział. Tak samo z dowcipem… Patryk używa dowcipu w taki sposób, że później cały internet cytuje "kanapki z ogórkiem".

Tego szukamy u Vegi.

To są absurdy. Niektóre teksty są nawet trochę żenujące, ale "Pitbull" jest esencją tego, co powinno być w kinie. Mówiłaś o filmach wyższych lotów, ja nie mówię o takich, które mają nas dotknąć w najbardziej czułe miejsca, ja mówię o takich, które chcesz oglądać po kilka razy, bo chcesz wracać do tego świata, do tych bohaterów. Ja np. filmy Tarantino mogę oglądać codziennie.

Co ty chcesz „zrobić” widzom?

Chcę im zrobić dobrze (śmiech). Nie chcę się na nic nastawiać, ani składać żadnych deklaracji, bo boję się, że różnie może być. Nieprzewidywalne są ten rynek i wyroki widzów. Na planie zrobiliśmy wszystko tak, by mieli z tego jak największy pożytek, a czy będą mieli? Spokojnie czekam, mając nadzieję, że dostaną coś, co zapamiętają.

Sebastian Fabijański - aktor, rocznik 1987. Warszawiak. Absolwent Akademii Teatralnej w Warszawie. Telewidzowie mogą pamiętać go z roli Piotrka w serialu TVP2 "Tancerze" czy "Młodego" w "Misji Afganistan". Na 39. Festiwalu Filmowym w Gdyni otrzymał nagrodę za najlepszy profesjonalny debiut aktorski w obrazach "Jeziorak" i "Miasto 44". Ostatnio kojarzony z ról: Adriana Kusia w serialu "Belfer" i "Cukra" w obrazie ""Pitbull. Niebezpieczne kobiety".

Napisz do autorki: karolina.blaszkiewicz@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...