Europejczykom nie mieści się w głowach, że tak żyjemy. Zaglądamy do warszawskich mieszkań

Według raportu Lion's Banku Polacy wynajmują jedne z najgorszych mieszkań w Europie.
Według raportu Lion's Banku Polacy wynajmują jedne z najgorszych mieszkań w Europie. Fot. Chu**we mieszkania do wynajęcia / Facebook
Podobno w Europie gorzej od nas mają tylko Rumuni. Wynajmujemy mieszkania za ciasne, za drogie, bez mebli albo z gratami pamiętającymi słusznie minioną epokę. Z grzybami, rozwalonymi kaloryferami, namolnymi sąsiadami... Na dodatek "landlordzi" znad Wisły słyną z tego, że lubią zrywać umowy „bo tak”, a wysokość czynszu nie rozpieszcza. Czy rzeczywiście jest aż tak źle? Popytałam tu i tam, i historie, które mi opisano, rzeczywiście nie napawają optymizmem.

„Tymczas”, szafa i święta lokalizacja
Dla Filipa, studenta SGGW, zbyt mała powierzchnia mieszkania nigdy nie była problemem. Wspomina, że na pierwszym roku studiów wynajmował kawalerkę na Mokotowie, w okolicach ulicy Odyńca.



– Było naprawdę ciasno, na 22 metrach kwadratowych mieszkaliśmy w 4, czasem 5 osób. Kolega początkowo miał spać w kuchni, potem przeniósł się pod grzejnik... Ale wygoniła nas stamtąd sąsiadka. Wystarczył najmniejszy odgłos i już przychodziła walić nam pięścią w drzwi, dzwoniła do gospodarza domu albo do właścicieli mieszkania. Ci też w końcu mieli jej dość i sprzedali mieszkanie.

Dlaczego Filip zdecydował się żyć w takich warunkach? Zaważyła lokalizacja. Kolega, z którym chłopak początkowo wynajął mieszkanie, studiował na UW. Potrzebowali czegoś mniej więcej pomiędzy ich uczelniami. I, co najważniejsze, kawalerka znajdowała się tylko 5 minut od stacji metra.

– Jak możesz zapłacić trochę więcej, to wybierasz mieszkanie o lepszej lokalizacji. Nie zwracasz na nią uwagi, tylko jeśli chcesz maksymalnie zmniejszyć koszty – instruuje.
W kolejnym, trzypokojowym mieszkaniu na ulicy Wilanowskiej Filip też nie mógł liczyć na własny kąt – studenci mieszkali w piątkę lub szóstkę. Znowu, to nie brak prywatności stał się problemem, ale właścicielka mieszkania. – Przychodziła jak do siebie, żeby na przykład skorzystać z toalety. To było irytujące – wspomina chłopak.

Dziś Filip mieszka z dziewczyną, na 18 metrach kwadratowych. Ich kawalerka jest za to śmiesznie tania i umiejscowiona idealnie, przy Placu Zawiszy. Nie wydają pieniędzy na mieszkanie, ponieważ liczy się dla nich coś innego – sport i podróże. – Ktoś inny wytrzymałby tu dwa lata, ja wytrzymam pięć – śmieje się. Wszystkie weekendy para od dawna ma zaplanowane na wyjazdy w góry, biegi, kajaki i inne aktywne atrakcje. A to mieszkanie to taki „tymczas”, w którym i tak spędzają niewiele czasu.

Zresztą, 18 metrów kwadratowych to może być całkiem sporo. Gosia, dziś lekarka, w czasie studiów zamieszkała z chłopakiem w... szafie. – Łóżko, szafka i słupek na ubrania. Łącznie może 6 metrów kwadratowych. Nie mieliśmy gdzie chować ubrań. Na dodatek okazało się, że za łóżkiem, które idealnie mieściło się na szerokość pokoju, wyrosła pleśń – wspomina.
Gosia, lekarz internista

Jeśli ktoś jest masochistą i lubi klaustrofobiczne pomieszczenia, to mieszkanie w szafie jest dla niego idealne.

Do szafy wchodziło się przez przesuwane drzwi z pokoju kawalerki. – W ogłoszeniu mieszkanie było opisane jako dwupokojowe. Nikt nie wspominał, że to szafa – mówi. W dodatku wcale nie było tak oszałamiająco tanio. Luksus w klimacie "Opowieści z Narnii" kosztował 800 złotych miesięcznie.
Dziś para płaci dwa razy więcej za ładne, przestronne mieszkanie na Mokotowie. – O jego wyborze zaważyła cena i przede wszystkim lokalizacja. Jest blisko metra – dodaje. Ale na kupno własnego nie może się zdecydować. Trochę przeraża kredyt, a trochę nęci myśl o wyjeździe za granicę.

Bo w grupie raźniej
– To było trzecie mieszkanie, jakie oglądałam i paradoksalnie w tej cenie najlepsze – zaczyna opowiadać Sylwia, farmaceutka. – Łazienka była po remoncie, więc robiła dobre wrażenie. Pierwsze, które oglądałam, wyglądało jak hotel. Długi korytarz, pięć pokojów. W drugim mieszkała już dziewczyna, z którą na pewno bym się nie dogadała. Taka młoda warszawska hipsterka, która na wszystko odpowiadała cool, ale z takim akcentem, że brzmiało to jak francuskie "cul" – krzywi się.

Niestety, trzecie mieszkanie, na warszawskim Ursynowie, okazało się nie być tym wymarzonym. Choć zapowiadało się dobrze. Miało fajny balkon, ze sztuczną trawą i ścianą odgradzającą od ulicy. – Latem, siedząc tam przy zapalonych świeczkach można było sobie wyobrazić, że jest się na wakacjach na działce – śmieje się kobieta.
W mieszkaniu była jedna klitka z samym łóżkiem, jeden średni pokój i jeden duży. Standard mocno przeciętny, żeby nie powiedzieć, marny. Poszarzałe linoleum na podłogach, mole spożywcze w kuchni. Typ raczej PRL-owy.

Ale najbardziej problematyczni okazali się być współlokatorzy. Wracającej po całym dniu pracy z apteki Sylwii przeszkadzało, że sąsiedzi z pokoju obok mieli kaprys w środku nocy wypróbować możliwości głośników swojego sprzętu muzycznego. Albo że wtrącali swój nos w jej prywatne sprawy.

– Miałam dwie takie sytuacje. Mieszkający ze mną chłopak o arabskich korzeniach wparował do mojego pokoju, żeby „zapanować nad sytuacją”, kiedy byłam tam sam na sam z chłopakiem. Była też dziewczyna, która krytykowała mnie za dosłownie wszystko, począwszy od sposobu, w jaki stawiam garnek na palniku, kończąc na niewłaściwym dobieraniu składników do shake’a.

Po kilku takich zdarzeniach kobieta zrezygnowała z mieszkania ze wspólokatorami i teraz jest szczęśliwą mieszkanką nowiutkiej kawalerki na Kabatach. I mówi – nigdy więcej.

Rodzina na swoim
Karol jest rodowitym warszawiakiem, ale w dorosłym życiu zmieniał mieszkania kilkakrotnie. Dziś jest już „na swoim”, lecz przez jakiś czas mieszkał u bliskiej rodziny w trzypokojowym mieszkaniu. I to nie był najszczęśliwszy okres jego życia.

W mieszkaniu urzędowało łącznie aż siedem osób – Karol, jego kuzynka z mężem i czwórka ich dzieci.
– Nie chodzi tylko o to, że było ciasno. Już samo mieszkanie było koszmarne, z rodzaju tych, w których nie wiadomo jak długo by sprzątać, a i tak wydają się brudne. Meblościanki, krzywe ściany, zapuszczona łazienka i tak dalej. W jednym pokoju spało kuzynostwo z najmłodszymi dziećmi, niemowlęciem i dwulatką, w drugim starsze dzieci. Ostatni pokój dostałem ja. Ale często ktoś do mnie zaglądał, nawet w nocy, bo w moim pokoju stał jedyny w domu komputer.

W takim domu człowiek uczy się funkcjonować wspólnie z innymi i dzielić niemal wszystkim. Sam Karol nie ma dzieci, mieszka z partnerką i psem w nowym, dwupokojowym mieszkaniu. I choć usilnie starają się pozbywać niepotrzebnych rzeczy, wciąż jest im w nim za ciasno.

Standard w Polsce i standard w Europie
Z ostatniego raportu Lion’s Banku, opartego na danych z Eurostatu wynika, że na 1 osobę wynajmującą mieszkanie w Polsce wypada średnio 1,1 pokoju (przy średniej 1,6 w Europie). 2/3 polskich wynajmujących żyje w przeludnionych mieszkaniach.

Przeludnionych – czyli jakich? Zgodnie z wytycznymi urzędu statystycznego, singiel oraz małżeństwo powinni mieć do dyspozycji oddzielną sypialnię i pokój dzienny. Osoby z dziećmi – odpowiednio więcej. To zbyt wygórowane wymagania? Cóż, na Zachodzie są standardem.

Standard mieszkaniowy według Eurostatu:
1) jeden pokój dla pary tworzącej gospodarstwo domowe
2) jeden pokój dla każdej samotnej osoby pełnoletniej
3) jeden pokój dla dwójki dzieci o tej samej płci w wieku od 12 do 17 lat
4) jeden pokój dla osoby w wieku od 12 do 17 lat, jeśli nie została uwzględniona w powyższych punktach
5) jeden pokój dla dwójki dzieci poniżej 12 roku życia

Z pewnością nie wszędzie jest tak źle. Trzeba brać też pod uwagę, że czegoś innego od wynajmowanego lokum oczekują studenci, a czegoś innego rodziny z dziećmi. Wszyscy spotykają się natomiast na wspólnej płaszczyźnie niełatwego kompromisu pomiędzy ceną mieszkania, jego powierzchnią i lokalizacją.

Napisz do autora: lidia.pustelnik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...