Koszmar normalsa - wywiad z ekspertem od savoir vivre. Ile wpadek można zaliczyć przez 5 minut bycia sobą?

Spotkałem się z ekspertem od savoir vivre. Ile błędów można popełnić w zaledwie 5 minut bycia sobą?
Spotkałem się z ekspertem od savoir vivre. Ile błędów można popełnić w zaledwie 5 minut bycia sobą? Fot. Kamil A. Krajewski
Czy biletem do klasy średniej jest mieszkanie na kredyt i BMW? Chyba nikt z nas nie chciałby żyć w takiej rzeczywistości. Popularyzator savoir vivre Wojciech S. Wocław w wywiadzie dla naTemat wyjaśnia, dlaczego warto nie przechodzić ze wszystkimi na "ty" i dlaczego nigdy nie powinniśmy jeść popcornu w kinie.

Spotkaliśmy się 5 minut temu. Jakie błędy popełniłem w tym czasie? 



Wojciech S. Wocław: Nie popełnił pan żadnych! A nawet gdyby, to bym panu ich nie wytknął. Mijałoby się to z celem, gdybym chciał przyłapywać kogoś na błędach. 

A co jest celem?

Chcę popularyzować zasady savoir-vivre’u, ale w żadnym wypadku nie łapać ludzi na błędach. Unikam tego jak ognia! Osoby, które uczestniczą w moich szkoleniach często spodziewają się, że będę ich poprawiał. A to zupełnie nie o to chodzi. Najważniejsze dla mnie jest to, aby przekazać ludziom wiedzę, która pomoże im odnaleźć się w różnych sytuacjach.

Kiedyś kod zachowań był o wiele bardziej usystematyzowany i restrykcyjny. Za złamanie pewnych zasad groziły srogie konsekwencje. Dziś jest trochę inaczej, choć trzeba przyznać , że w konsekwencji nieznajomości zasad dużo może stracić na przykład profesjonalista - biznesmen czy pracownik, któremu zależy na awansie. Bliscy i przyjaciele są cierpliwsi. Chociaż ta cierpliwość kiedyś się kończy.

Mimo wszystko, siedząc przed Panem czuję się tak, jak dawno się nie czułem. Jak na egzaminie. 

A dlaczego tak się Pan czuje?

Bo z pewnością istnieją zasady, o których nie wiem. Być może nieodpowiednio się zachowałem witając się? Kto powinien pierwszy podać dłoń? Myślę też o swoim ubraniu. Nie jestem pewien, czy jest odpowiednie. 

[śmiech] Śmieję się, bo w czasie wspomnianych szkoleń ludzie zachowują się tak samo. Idąc ze mną na obiad czują, że będą w kłopocie. A ja czuję się jeszcze bardziej zestresowany, bo wiem, że wszyscy będą mi patrzeć na ręce. 

Czyli to Pan, znając zasady savoir vivre jest w trudniejszej roli! 


Występując w roli autora poradnika, popularyzatora, czy, jak mówią niektórzy, „eksperta“ - absolutnie tak. Ale ja też czasem przeklinam, piję alkohol i w dodatku mam układ trawienny. Ważne, aby wiedzieć, w jakich sytuacjach na co sobie pozwolić. Gdybyśmy mieli przysłowiami streścić zasady savoir-vivre’u, moglibyśmy przywołać przynajmniej dwa: "Kiedy jesteś w Rzymie, zachowuj się jak rzymianin“ oraz "Nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe". 

Jest Pan w czasie promocji książki i "kursuje" po całej Warszawie. Co zwróciło pańską uwagę na mieście choć by dziś? Pytam o codzienne błędy, które popełniamy.

Nie zdarzyło mi się to dziś, ale często, gdy wchodzę do sklepu czy baru słyszę pytanie: "Co ci podać?“. To odstępstwo od zasad, ale zdarza się dziś bardzo często. W sytuacji obsługi klienta nie powinno mieć miejsca. Forma pan/pani wcale nie musi pozbawiać nas sympatii we wzajemnych relacjach. Babcia mojej koleżanki zna się ze swoimi sąsiadkami i przyjaciółkami kilkadziesiąt lat, a mimo to panie wciąż mówią do siebie "pani Jadziu", "pani Marysiu“, „pani Kaziu“. Czy to jest pozbawione sympatii?

Wielokrotnie zastanawiałem się słysząc w restauracji "co ci podać", czy mi to odpowiada. I przyznam, że czasem tak, a czasem nie.

Uważam, że przechodzenie na "ty" warto sobie zarezerwować na wyjątkowe chwile. Pamiętam pewną sytuację z mojego życia zawodowego. W jednej z pierwszych prac na etacie, po wywiązaniu się przeze mnie z obowiązków w należyty sposób, szef zaproponował mi przejście na "ty". Podobnie było, gdy mój profesor po obronie pracy magisterskiej zaproponował mi to samo. Takie doświadczenie zupełnie inaczej zapisuje się w naszej pamięci i we wzajemnych relacjach. Czujemy, że wydarzyło się coś ważnego. 

Ale przejście na "ty" może nam ułatwić życie w niektórych sytuacjach. A w knajpie pozwala poczuć się jak w domu. 

Według wielu osób to skracanie dystansu ma oznaczać brak udawania. Ale udawania czego? Zupełnie nie rozumiem, dlaczego mówienie sobie na pan czy przestrzeganie zasad savoir-vivre’u miałoby się wiązać z czymś, co człowieka krępuje. Możliwość stawiania kolejnych kroków w życiu i to, że nie wszystko dostajemy od razu, że coś jeszcze przed nami, to chyba kusząca perspektywa, nieprawdaż? A teraz wróćmy do restauracji. Kelner nie jest moim przyjacielem, tylko kelnerem. Po co udawać, że jest inaczej? Czasem mam wrażenie, że potrzebujemy skrócić ten dystans, żeby móc się usprawiedliwić z nieznajomości zasad, z braku obycia. Bo jeśli kelner mówi nam na pan, traktuje nas odpowiednio poważnie, to i odpowiednio poważnie musimy się zachować. Niektórym być może się wydaje, że w takiej sytuacji należałoby zamówić przystawkę albo aperitif, położyć serwetę na kolanach albo zostawić napiwek. Z Karolem albo Kaśką poszłoby łatwiej…

Podobnie z przechodzeniem na "ty" jest w rodzinach. Kilkuletnie dzieci zamiast do wujka Wojtka zwracają się do Wojtka.

Wujka, jak Wujka. Ale coraz częściej też Zosie czy Kazia, a nie mamę i tatę.


Nie zwracałbym się do rodziców po imieniu i odradzałbym to. Dobrze mieć w życiu mamę i tatę. 

Mam wrażenie, że przechodzenie na "ty" w restauracji powoduje niekiedy gorszą jakość obsługi. Kelner staje się naszym "ziomkiem" i możemy mu więcej wybaczyć. To, że nas nie zauważa przez dłuższy czas itd.

Ma pan rację. Psychologowie zwracają uwagę, że podobnie jest w pracy, kiedy jesteśmy po imieniu. Gdy pada pytanie, po co tych przestrzegać zasad savoir-vivre’u, odpowiadam pytaniem: Po co porzucać zasady, które dobrze się sprawdzały przez dziesiątki lat? W jakim celu wyważać otwarte drzwi? Starszym pokoleniom ta wiedzą się przydawała, savoir-vivre się sprawdzał i coś ułatwiał. To dlatego właśnie tak zatytułowałem swoją książkę - "Savoir vivre, czyli jak ułatwić sobie życie". 

A czy savoir-vivre ułatwia życie w dużych miastach? Mieszkają w nich ludzie, którzy reprezentują bardzo różne wzory zachowań. 

Każdy poradnik do savoir vivre dowodzi, że istnieje wspólny trzon zasad. W dużym mieście żyją potomkowie wielkiej arystokracji, osoby, które z pokoleń należą do grupy nazywanej mieszczaństwem, inteligencja, ale są i tacy, którzy przyjechali z mniejszych miejscowości. W każdym przypadku warto zmieniać się na lepsze i dbać o wspólny język, o to, by się dogadywać. 

27 lat po przemianach, kiedy zdążyliśmy już kupić dobre samochody, wyposażyć mieszkania i mamy się w co ubrać, warto zacząć zastanawiać się nad naszym zachowaniem. Tym bardziej, że często przejawiamy niezdrowy egoizm spod znaku "bądź sobą“. Cokolwiek to zresztą znaczy…

To daje realne korzyści?

Daje. Lubimy przecież przebywać w towarzystwie tych osób, które wzbudzają naszą sympatię, z którymi dobrze się rozmawia, które nas nie krzywdzą, do których chce się wracać. Ale o savoir-vivrze trzeba też myśleć w innej perspektywie: to jest wartość sama w sobie. Trzeba chcieć zachowywać się dobrze, bo to jest wartościowe i ma sens. Jeśli nasza kultura opiera się na dobru, prawdzie i pięknie, to savoir-vivre ma sens. 

Czy dobrze rozumiem, że osoba aspirująca do klasy średniej, pracująca np. w "Mordorze", nie powinna zadowolić się BMW czy pięknym mieszkaniem? Znajomość savoir vivre oznacza również przynależność do klasy średniej?

Powinien to być wręcz wymóg. Nie bałbym się również użyć słowa „elita“.

Niemodnego dziś. 

Strasznie niemodnego i bardzo wypaczonego! Słysząc „elita“, wyobrażamy sobie okropnie bogatych ludzi, dla których liczy się tylko własny interes i nic więcej. Dziś sukces rozumiemy przez pryzmatu nowobogactwa. Zacznijmy tymczasem myśleć o elicie jako o grupie ludzi, która opiera swoje życie na wartościach, na etosie, na wykształceniu, która czuje się odpowiedzialna: za siebie, przed sobą i przed innymi. I również za innych. Wierzę, że taka elita może inspirować innych do pewnych działań i pewnych zachować. Jak w taką elitę uwierzymy, to taka elita powstanie. Na razie wierzymy w inną.

Chcemy mieć ładny dom, ładne ubrania, ładny samochód... A dlaczego jeszcze do tego nie możemy się ładnie zachowywać? Dlaczego z tego nie możemy zrobić wartości? 

Tych wspólnych wartości brakuje w bardzo codziennych sytuacjach. Wczoraj jechałem tramwajem i jedna pani nieco za późno zorientowała się, że to jej przystanek. W drzwiach spotkała się z wchodzącymi. Teoretycznie ona miała pierwszeństwo, ale jednak "zaspała"... Doszło do delikatnej przepychanki.

Ile w tej sytuacji załatwiłby uśmiech... W sytuacji, o której pan mówi i podobnych nie ma co się rozdrabnia. Trzeba rzecz po prostu jak najszybciej rozwiązać.

Czy savoir vivre obowiązuje w każdej sytuacji? Na przykład w programie telewizyjnym, gdzie dziennikarz przerywa politykowi, który zamiast odpowiadać na pytania wygłasza autopromocyjne formułki?

Każdy z nas podskórnie czuje, jak powinna taka rozmowa przebiegać. Dla mnie wzorem takich widowisk są debaty oksfordzkie, typowe dla kultury anglosaskiej. Niestety, w Polsce rzadko kiedy można w takiej wziąć udział. Można je natomiast oglądać chociażby na youtubie.

Ale w telewizji czy w radiu nie ma tyle czasu. Program trwa kilka minut trzeba wydobyć z osoby unikającej trudnych pytań konkretne informacje. 

Z punktu widzenia savoir vivre zasady są proste. Nie należy przerywać i należy odpowiadać na pytania. 

Czyli nie jest tak, że w danej sytuacji savoir vivre można odłożyć na bok.


Wręcz przeciwnie, osoby występujące w mediach powinny dawać dobry przykład. 

Ale czasem opłaca się nie przestrzegać zasad, bo dzięki temu łatwiej się wygrywa. 

Ma pan rację. Donald Trump jest tego najlepszym przykładem. Wygrał wybory, bo na tle polityków, którzy wystudiowali pewne wzory zachowań, wydał się osobą prawdziwą, bo „mówił prawdę“. Tylko czy ten polityk cieszy się szacunkiem innych? Na krótką metę możemy coś wygrać, ale czy zbudujemy do siebie szacunek?

Skoro już rozmawiamy o szacunku. Wprawił pan w konsternację internautów historią z kina, a konkretnie filmu "Wołyń". "Strzał w potylicę, chrup popcornu, rozerwane ciało, chrup, żywcem podpalone dziecko, chrup" - tak pan opisał to, co działo się na sali. Może to kina nie powinny sprzedawać popcornu? A może ci, którzy kupili popcorn, powinni odstawić go na bok?

Tak rzeczywiście reagowała część gości - przestawali jeść. Dla mnie to pytanie o to, co oznacza wolność i bycie sobą. Czy osoba, która idzie do kina, kupuje popcorn i dwa litry coli, „bo tak się w kinie robi“ jest człowiekiem wolnym? Nie. Człowiek wolny to ten, który może sobie pozwolić na komfort pamiętania o innych. „Ja nic nie muszę, ale mogę, mogę chcieć“. Rzeczą, której nie rozumiem, jest "mechaniczność" jedzenia popcornu w kinie. To jak zły urok, którego - mam nadzieję - nikt nigdy na mnie nie rzuci. „Idę na film, muszę mieć popcorn“.

Mój znajomy opowiadał mi, że podczas ostatniej wizyty w kinie, tylko on i jego córka nie mieli popcornu. Wszyscy pozostali młodzi widzowie zostali podświadomie poinstruowani przez rodziców: kino równa się popcorn i cola. Niektórzy twierdzą, że jak zapłacą za bilet, mogą robić, co chcą. A to już zamienianie wolności na pieniądze. Czy ludziom się wydaje, że poumierają z głodu, jeśli przez dwie godziny nie będą jeść? Moim zdaniem w kinie lepiej przeżywać to, co się widzi, a nie jeść. 

Ma Pan na myśli film "Wołyń"?

Ja bym w ogóle nie jadł w kinie. Szeleszczenie, chrupanie, siorbanie czy zapach może przeszkadzać innym. Podobnie rozświetlony w ciemnościach ekran smartfona.

A jak jest ze zwracaniem uwagi, kiedy ktoś łamie zasady savoir vivre w codziennym życiu?

Zasada jest taka, że nie powinniśmy zwracać nikomu uwagi, na przykład dzieciom w obecności ich rodziców. Jeśli jednak ktoś wchodzi nam na głowę i narusza naszą przestrzeń, trzeba jakoś zareagować. Zawsze warto zacząć od uśmiechu i zwrócenia uwagi w uprzejmy sposób. Raczej nie atakujmy nikogo.

Ale Polacy lubią zwracać innym uwagę. Wracając do komunikacji miejskiej, niemal codziennie słyszę "najpierw się wychodzi!"

Mówimy tak z przekąsem, żeby komuś dopiec, czasem, żeby się wyżyć za coś, co nas spotkało. To nie ma wartości edukacyjnej. A gdyby tak powiedzieć z uśmiechem "Proszę pozwolić, że najpierw wyjdę. Będzie łatwiej“. Komunikat jest ten sam, ale jak inaczej brzmi… Jestem przekonany, że dla tej drugiej osoby będzie to również podwójna nauka: nie wchodź pierwszy i bądź miły.

Napisz do autora: krzysztof.majak@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...