W Hiszpanii chcą zakazać... memów. "Jeśli ta decyzja uruchomi lawinę, skończy się w Europie internet jaki znamy"

Dla władzy często nie ma nic groźniejszego niż to, gdy obywatele zbyt mocno zaczynają się z niej śmiać. Dlatego nawet w Europie są politycy, którzy chcą takich memów zakazać.
Dla władzy często nie ma nic groźniejszego niż to, gdy obywatele zbyt mocno zaczynają się z niej śmiać. Dlatego nawet w Europie są politycy, którzy chcą takich memów zakazać. Fot. imgflip.com
Trochę to dziwne, że jedna z najważniejszych dla współczesnego internetu spraw przeszła właściwie bez echa, a uwagę poświęciły jej pobieżnie tylko portale, które specjalizują się w rozrywce. Bo kto zdążył odnotować, że w Europie zaczyna się batalia przeciwko nieodłącznemu elementowi internetowej demokracji, czyli memom? A to tylko pierwszy symptom zapowiadający, że być może kończą się czasy sieci jaką znany.

Polityka taka memiczna...
Jednym z internetowych hitów ostatnich tygodni w Polsce, jest mem z najpopularniejszym aktualnie bohaterem tego typu "produkcji", czyli Andrzejem Dudą, w który to prezydent w trzech obrazkach "rozprawia" nad tą swoją "memicznością". Mówi się, że to jeden z takich memów, po zobaczeniu których uśmiech pojawi się nawet na ustach tego, z kogo się śmieją.
Prezydent Duda, nie jest jedynym politykiem z dystansem do siebie. Z najlepszych żartów internautów, a zarazem z samego siebie, publicznie potrafił śmiać się także były premier Donald Tusk. Podobno, nie jest to też obce, nierozstającemu się z tabletem Jarosławowi Kaczyńskiemu. Tak samo jest z Angelą Merkel, Barackiem Obamą, czy innymi przywódcami.



Co śmieszy z osobistego punktu widzenia, bywa jednak groźne z punktu widzenia działalności politycznej. Bo taka z pozoru internetowa błahostka, jak mem, potrafi zdobyć większy zasięg niż portale informacyjne, najpopularniejsze blogi, a tym bardziej klasyczna prasa. Poza tym, rzadko treść memów, zgadza się w stu procentach z prawdą i robi się z tego wszystkiego naprawdę potężne narzędzie w walce o władzę lub jej utrzymanie.

Żarty się skończyły
Dlatego w Hiszpanii postanowiono spróbować coś z tym wreszcie zrobić. Rządząca Partia Ludowa złożyła w parlamencie projekt, który zakłada, iż nielegalne i surowo karane byłoby "rozpowszechniania zdjęć, które naruszają godność innej osoby".
W zasadzie, można podpiąć pod to pojęcie bardzo wiele, ale nikt w Madrycie specjalnie nie ukrywał, że chodziło przede wszystkim o memy. Ukrywać się z tym nie było też sensu, bo premier Mariano Rajoy jest na celowniku tamtejszych twórców memów równie często, co Andrzej Duda w Polsce. W przeciwieństwie do polskiego prezydenta, hiszpański premier, nie ma jednak poczucia humoru.

Dystansem do siebie nie grzeszą w Hiszpanii także członkowie rodziny królewskiej i gwiazdy, szczególnie te ze świata sportu. Tymczasem właśnie kpiny z wszystkich tych osób dostarczają krewkim południowcom najwięcej uciechy. Od kilku tygodni, od kiedy do parlamentu trafił projekt zakładający oczyszczenie sieci z memów, Hiszpanie używają więc sobie szczególnie ostro.

– Hiszpanie zareagowali, jak zwykle, gdy robią coś przeciw nam. Gdy władza każe się rozejść, przychodzimy na demonstrację dwa razy liczniej. Gdy rząd żąda spokoju i debaty, my urządzamy paraliżujący strajk. Kiedy więc powiedziano, że czas skończyć z memami, do memgeneratorów rzucili się pewnie i ci Hiszpanie, którzy dotąd z nich nie korzystali. Tyle memów z Rajoyem, co przez te kilkanaście dni, nie powstało pewnie przez cały ostatni rok – mówi w rozmowie z naTemat socjolog Fernando Saca.

Na Hiszpanii się nie skończy?
I dodaje, że choć masowany memowy kontratak pod hasłem #SinMemesNoHayDemocracia ("Nie ma memów, nie ma demokracji"), może spowolnić pierwsze podejście do politycznej cenzury w sieci, to sprawa już powinna być szeroko komentowana przez internautów na całym świecie i to nie tylko w portalach, które z memów żyją.
Rajoy uruchomił lawinę. Jeśli jemu wreszcie uda się zdelegalizować memy i pomysł nie przepadnie przed sądami i europejskimi trybunałami, to w jego ślady pójdą inni w całej Europie. Który rząd się na to nie pokusi? Wasz w Polsce na pewno, skoro już ściąga od Rajoya pomysł na ograniczenie prawa do protestów – stwierdza Saca.

Nowa ustawa o zgromadzeniach autorstwa Prawa i Sprawiedliwości przypomina bowiem tę, którą w 2014 roku – wbrew masowym protestom – skutecznie przeforsował rząd w Madrycie. Już wtedy, wplatając w to wszystko wątek internetowy i surowe kary nie tylko za uczestnictwo w nielegalnych manifestacjach mogących "godzić w bezpieczeństwo państwa", ale i za ich organizację. A, jak najłatwiej organizuje się protesty w dzisiejszych czasach, wiadomo. Twitter i Facebook, to najlepsze narzędzia.

Trochę pogadano w Europie, że to autorytaryzm godny generała Franco, ale już po kilku miesiącach sprawa ucichła. Tak, jak i ogromne protesty, które jeszcze nie tak dawno były najczęstszymi obrazkami, które "szły w świat" z ulic hiszpańskich miast. Brzmi znajomo...? Nie tylko z Hiszpanii, ale kilku innych państw, które zdążyły pójść tą drogą.

Nie chodzi o memy
– Dlatego sam robię dziś memy sprzeciwu, bo tak trzeba. Trzeba walczyć do końca. Jednocześnie nie mam takiego przekonania, jak wiele osób, że z memami, a szerzej z social media i internetem politycy nigdy nie wygrają. Hiszpania już wiele razy była poligonem doświadczalnym tego, na co można sobie pozwolić w ramach Unii Europejskiej, więc tak może być i tym razem. Jeśli nie uda się w pierwszym podejściu, będą próbować do skutku – ocenia nasz rozmówca.

Zdaniem hiszpańskiego socjologa, gra toczy się też o znacznie większą stawkę niż prawo do swobodnego tworzenia memów. – To niby błahostka, ale tak naprawdę to pierwsze kroki do tego, by w Twitter i Facebook oraz inne trudne do okiełznania narzędzia, które daje obywatelom internet, zostały wyrugowane z polityki. Na podobieństwo tego, co stało się w Turcji, czy Rosji – podsumowuje Fernando Saca.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...