Płoty, domofony, kody i jeszcze "pan Marian" na portierni. Polskie osiedla zaczęły przypominać małe więzienia

Płoty, domofony, kody i jeszcze "pan Marian" na portierni.  Ludzie, zamieniliście swoje osiedla w więzienia!
Płoty, domofony, kody i jeszcze "pan Marian" na portierni. Ludzie, zamieniliście swoje osiedla w więzienia! Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta
Ludzie dzielą się na tych, którzy lubią stare mieszkania z duszą, oraz tych, którzy ponad wszystko cenią sobie nowe, strzeżone osiedla. Ci pierwsi pragną wysokich stropów w zabytkowych kamienicach i doskonałej lokalizacji, a drudzy metrażu i przede wszystkim – bezpieczeństwa. I to właśnie bezpieczeństwo, przybierające nieraz karykaturalną formę, potrafi doprowadzić do szału.

Zacznijmy od tego, że zaliczam się do grupy pierwszej. W życiu nie zamieniłbym starego mieszkania w centrum na dwa razy większe poza miastem. Nie robi na mnie wrażenia nowe budownictwo, nie muszę mieć podziemnego garażu, ani gładkich jak pupa niemowlaka ścian. Ale jak każdy, muszę czasem odwiedzić nowe osiedla i powiem szczerze – nie zazdroszczę ich mieszkańcom. Zwłaszcza, że spędzanie czasu w tych "małych więzieniach" wiąże się najczęściej z trzydziestoletnim wyrokiem kredytowym.

Krótka historia o sokowirówce
Kilka dni temu miałem okazję być na jednym z takich nowoczesnych osiedli w Warszawie. Omamiony chęcią zaoszczędzenia kilku złotych na przesyłce, pojechałem osobiście po ciężką jak wór kamieni sokowirówkę kupioną na aukcji. Wszystko przez to, że w mojej głowie utkwiło powtarzane w mediach hasło o jednej z dzielnic stolicy "bliska Wola", która w godzinach szczytu ma z bliskością tyle wspólnego, co PiS z prawem i sprawiedliwością.

– Jak pan będzie pod Biedronką, proszę do mnie zadzwonić. Wytłumaczę panu, jak do nas trafić – usłyszałem od właściciela sokowirówki. Oczywiście pomyślałem, że tylko idiota nie potrafiłby odebrać sokowirówki mając dokładny adres i mapę Google w kieszeni. Nie minęło 15 minut, a ja ponownie wybierałem numer telefonu do sprzedawcy.

Do bloku było kilka wejść od strony ulicy oraz brama z domofonem. Obszedłem go dookoła, bo nie zgadzał się numer. Zrobiłem kółko, po czym zatrzymałem się przy domofonie - okazało się, że muszę wejść klatką od strony podwórka. Ale żeby nie było zbyt łatwo, nie wystarczy - jak kiedyś - wybrać numer mieszkania i nacisnąć symbol dzwonka. Trzeba przeczytać instrukcję i wprowadzić odpowiednią dla danego bloku kombinację znaków. Do ogarnięcia? Na pewno. Ale kiedyś było to łatwiejsze, a wszystko zaczęło zmieniać się pod koniec lat 90-tych.
Miałem szczęście, bo akurat ktoś wchodził i uprzejmie mnie wpuścił za sobą (to by było na tyle jeśli chodzi o skuteczność tego "zabezpieczenia"). Mieszkanka osiedla wolała otworzyć mi bramkę, niż czekać aż rozgryzę zasady używania domofonu. Tą samą drogą dostałem się do klatki, pokonując kolejne "zabezpieczenie" - drugi domofon. Na szczęście w tym bloku wszystkie windy działały jednakowo i wsiadłem do pierwszej. Bywa tak, że do konkretnych pięter trzeba wybrać właściwą windę, o czym też nie zawsze wszyscy wiedzą.

Sokowirówka ostatecznie trafiła w moje ręce. Przy okazji utwierdziłem się w przekonaniu, że nigdy nie chciałbym mieszkać w takim miejscu. Wiem, że nowe mieszkanie w Warszawie to marzenie naprawdę wielu Polaków. Ale czy nowe mieszkania naprawdę muszą przypominać twierdzę? Nieco inaczej rozumiem słowo "luksus", a podobno to właśnie ogrodzenia mają zwiększać prestiż nowych osiedli.

Koszmar dostawców
Po kilku rozmowach z przyjaciółmi okazało się, że nie tylko mnie irytują labirynty nowych osiedli. Szczególnie dużo na ten temat miał do powiedzenia mój znajomy z dawnych lat - Kuba, który przez trzy lata pracował w firmie cateringowej. Będąc niby już "na miejscu" czasem przez 20 minut szukał drzwi, do których powinien zapukać. Zgadnijcie, kto miał ochrzan i nie dostawał napiwku za "spóźnienie"?

– Zdarzało się, że był jeden domofon na całe osiedle. Szukałem właściwego bloku, klatki, mieszkania. To była masakra, zwłaszcza zimą – wspomina Kuba. To jednak obchodzi zamawiających tyle, co zeszłoroczny śnieg.

Krzysztof Wądołowski z agencji Concierge House Nieruchomości tłumaczy, że pozamykane na cztery spusty osiedla są dokładnie tym, czego oczekują klienci. – To problem wyłącznie gościa. Jeśli ktoś kupił takie mieszkanie albo częściej tam bywa, doskonale wie, gdzie trzeba trafić – mówi agent nieruchomości.
– Mieszkańcy osiedli cenią sobie to, że dostęp do ich mieszkań jest ograniczony, bo to spełnia ich potrzebę bezpieczeństwa – mówi Wądołowski. Agent nieruchomości twierdzi, że nie ma nigdy problemu, aby trafić do mieszkania klienta, choć wierzy, że dla niektórych może być to trudne. Najważniejsze dla deweloperów jest jednak to, że mieszkańcy cenią sobie takie osiedla.

Każdy sam musi sobie zadać pytanie, czego tak naprawdę potrzebuje i czy odgradzanie się od reszty społeczeństwa jest dobry pomysłem? Coraz więcej osób jednak szuka alternatywnych rozwiązań. Marcin Pacura z M3 system zauważa, że klienci znacznie częściej niż kiedyś pytają o nieruchomości, w których nie będą czuli się jak w klatce.

– Dotyczy to szczególnie ludzi młodych, wykonujących wolne zawody. Preferują oni nieruchomości, które znamy raczej z amerykańskich filmów – ogrodzone jedynie żywopłotem. Niektórzy zaś idą jeszcze dalej i chcą zamieszkać w domu na wodzie. Już niedługo będzie to możliwe w Krakowie – mówi naTemat Marcin Pacura, z firmy budującej samonośne domy.

Napisz do autora: krzysztof.majak@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...