Przychodzi kobieta z niepełnosprawnością do lekarza, a on... mówi, że jej nie zbada. Wywiad z Beatą Świniarską

Beata Świniarska doświadcza dyskryminacji osób z niepełnosprawnością ruchową na własnej skórze. Pełnosprawni ludzie bezrefleksyjnie tworzą bariery, które utrudniają życie osobom z niepełnosprawnością.
Beata Świniarska doświadcza dyskryminacji osób z niepełnosprawnością ruchową na własnej skórze. Pełnosprawni ludzie bezrefleksyjnie tworzą bariery, które utrudniają życie osobom z niepełnosprawnością. fot. archiwum własne
– Chciałabym, żeby lekarze badali mnie w ludzkich warunkach. By szanowali moją intymność i nie dawali mi do zrozumienia, że jestem dla nich problemem. Czy to tak dużo? – pyta Beata Świniarska, osoba poruszająca się na wózku, wiceprezeska Stowarzyszenia Inicjatyw Kobiecych, która zwijając się z bólu musiała prosić lekarzy w dwóch szpitalach, by ją zbadali.

Od kiedy masz niepełnosprawność ruchową?



Beata Świniarska: Od urodzenia. Mam dziecięce porażenie mózgowe. Lekarz odbierający poród mojej mamy chciał ją zmusić do porodu naturalnego. Opóźniał cesarskie cięcie aż do momentu, gdy doszło do niedotlenienia.

Jak się objawia twoje porażenie mózgowe?

Mam tylko trochę władzy w nogach, ale o chodzeniu nie ma mowy. Na co dzień jeżdżę na wózku elektrycznym. W nogach mam przykurcze mięśni, więc nawet jeśli wstaję, to nie mogę wyprostować nóg w kolanach i muszę się czegoś trzymać, by się nie przewrócić. Moje ręce są słabsze niż u pełnosprawnej osoby. Mam opóźniony refleks, co powoduje że np. nigdy nie będę stukać w klawiaturę tak szybko, jak ty.

Kilka miesięcy temu trafiłaś do szpitala. Dlaczego?

Obudziłam się z bólem brzucha. Pomyślałam, że to ból przedmiesiączkowy, że to po prostu jajnik. Wzięłam jakieś proszki przeciwbólowe, potem kolejną porcję. I następną. Po dwóch dniach zażywania środków przeciwbólowych zaczęłam się niepokoić, bo ból nie ustępował. Zgłosiłam się do przychodni.

Co powiedział lekarz?

Zbadał mnie i wezwał karetkę. Uznał, że to może być coś poważnego. I, jak się okazało, miał rację. Karetka zawiozła mnie do Szpitala Grochowskiego. Była godzina osiemnasta.

Co było później?

Młody, sympatyczny lekarz skierował mnie na prześwietlenie brzucha – podejrzewał zapalenie wyrostka robaczkowego albo jakąś przypadłość ginekologiczną. Gdy techniczka, która miała mnie prześwietlić, zobaczyła, że poruszam się na wózku, to aż zbladła. Powiedziała, że jeśli nie wstanę, to mnie nie zbada. I już.

Co ty na to?

Odpowiedziałam, że jeżdżę na wózku właśnie dlatego, że nie mogę sobie od tak po prostu wstać. Mogę spróbować stanąć, ale muszę się czegoś przytrzymać, a poza tym potrzebuję, by ktoś mi w tym pomógł. Cały czas bolał mnie brzuch, więc byłam jeszcze mniej sprawna niż zwykle.

Zrobiła ci w końcu to prześwietlenie?

Tak, na szczęście się udało. Ale nie chciałam tego tak zostawić i zapytałam ją, czy osobie z przetrąconym kręgosłupem, w ogóle bez władzy w nogach, też powiedziałaby, że albo wstanie, albo jej nie prześwietli. Czy naprawdę zostawiłaby osobę z niepełnosprawnością bez pomocy medycznej? Natomiast jeśli chodzi o prześwietlenie, to okazało się, że nie widać na nim zapalenia wyrostka.

Czasami zapalenia po prostu nie widać na prześwietleniu, ale równie dobrze mogło się okazać, że dolega mi coś innego. Lekarz wysłał mnie więc do szpitala ginekologicznego na Karowej, by wykluczyć, że ból jest spowodowany jakąś dolegliwością narządów płciowych. Krótko mówiąc, nie chciał mnie kroić bez potrzeby.

To dobrze.

Tak. Zresztą cały personel był tam bardzo miły, uprzejmy. Nawet ta techniczka od prześwietlenia. Po prostu była bezradna wobec faktu, że trafiła do niej pacjentka na wózku.

Co się działo w szpitalu przy Karowej?

Przywieźli mnie tam karetką o trzeciej nad ranem. W karetce musiałam siedzieć, co było już dla mnie bardzo trudne i męczące. Nie było jednak miejsca, bym mogła się położyć. To był dla mnie duży wysiłek fizyczny, miałam szczęście, że wyrostek wtedy nie pękł. Wreszcie trafiłam na izbę przyjęć. Pani doktor spojrzała na mnie ze skwaszoną miną i zapytała, jak niby ma mnie zbadać. Tak jakbym tym swoim wózkiem robiła jej na złość.

Szpital na Karowej twierdzi, że dysponuje fotelami dostosowanymi do potrzeb kobiet z niepełnosprawnością.

Może mają gdzieś na oddziale, ale na izbie przyjęć sytuacja wyglądała tak, jak opisuję. Przecież tego nie zmyślam.
Szpital kliniczny im. ks. Anny Mazowieckiej (przy ul. Karowej)
Odpowiedź na pytanie redakcji naTemat

Wszystkie fotele ginekologiczne w szpitalu Klinicznym im. ks. Anny Mazowieckiej są sterowane elektrycznie i mają możliwość obniżenia lub podwyższenia siedziska, istnieje również możliwość odpowiedniego ustawienia podnóżka i podłokietnika do potrzeb badanej pacjentki.

Posiadamy również wózki, które mogą pełnić funkcję fotela – można je odpowiednio ustawić. Badania osób z dużą niepełnosprawnością mogą odbywać się również nie na fotelu, tylko w łóżku lub na leżance.

Dotychczas nie mieliśmy problemu z opieką nad pacjentkami z niepełnosprawnością ruchową, takie pacjentki są otaczane szczególną opieką położnych i lekarzy, z zachowaniem szczególnego poszanowania godności i intymności podczas badania. Pacjentki z niepełnosprawnością ruchową zawsze wymagają pomocy ze strony personelu medycznego.

Zdenerwowałaś się?

Tylko trochę. Po pierwsze, bardzo bolał mnie brzuch. Po drugie jestem przyzwyczajona do tego, że lekarze zazwyczaj traktują osoby z niepełnosprawnością jak problem, więc nie byłam tym specjalnie zaskoczona. Poza tym mogło być gorzej.

Co masz na myśli?

Lekarze, tak jak inne grupy zawodowe, mają stereotypowe podejście do osób z niepełnosprawnością. Na przykład kobiety z niepełnosprawnością ruchową często muszą się wykłócać o badanie ginekologiczne, bo lekarze są przekonani, że skoro mają problemy z poruszaniem się, to muszą być dziewicami.

Co?

No tak właśnie myślą. Sama tego doświadczyłam. Dopiero gdy zgasiłam ginekologa informacją, że ostatni raz seks uprawiałam wczoraj o piętnastej, to przestał gadać głupoty i zabrał się do badania.

Dlaczego lekarze myślą, że kobiety z niepełnosprawnością ruchową są dziewicami?

Niektórzy myślą, że jesteśmy aseksualne i w ogóle nie odczuwamy takich potrzeb. Inni myślą, że nikt nas nie chce. Jeszcze inni wierzą w obie te rzeczy. I potem są różne niezręczne sytuacje, bo lekarz od razu zakłada, że nie może przeprowadzić badania.

Wróćmy do ginekolożki w izbie przyjęć szpitala na Karowej.

Lekarka zapytała, jak ma mnie zbadać. Chodziło o badanie USG. Wreszcie wymyśliła, bym naga od pasa w dół, w asyście kilku osób z personelu, wdrapała się na fotel ginekologiczny. Powiedziałam jej, że to wykluczone. To dla mnie zbyt duży wysiłek.

Nie powiedziałam, ale pomyślałam, że chcę, żeby lekarze badali mnie w ludzkich warunkach. By szanowali moją intymność i nie dawali mi do zrozumienia, że jestem dla nich problemem. Czy to tak dużo?

Dlaczego szpital ginekologiczny w państwie w środku Europy nie ma na izbie przyjęć fotela ginekologicznego przystosowanego do potrzeb kobiet z niepełnosprawnością ruchową? Przecież my też jesteśmy kobietami!

Zbadała cię?

Po dłuższej dyskusji przyjęła mój pomysł, by zbadać mnie na łóżku na kółkach. Jedna z położnych pomogła mi na nie wejść. Wcześniej jednak lekarka zrobiła wywiad. Zapytała, kiedy ostatni raz byłam u ginekologa i była bardzo zdziwiona gdy powiedziałam jej, że kilka lat temu.

Nie rozumiała, dlaczego tak dawno, więc wytłumaczyłam jej, że w polskich warunkach wcale nie jest tak prosto się zbadać, jak się jest na wózku. Wtedy skojarzyła fakty. Potem aż cztery razy zapytała mnie, czy byłam kiedyś w ciąży.

Dlaczego aż cztery razy?

Zapewne uznała, że skoro mam trudności z poruszaniem się, to muszę też mieć trudności z myśleniem. To kolejny stereotyp na temat ludzi z niepełnosprawnością ruchową. W końcu się zdenerwowałam i zapytałam ją, dlaczego mnie o to cały czas pyta. A ona na to, że zdarzają się niepokalane poczęcia. Bardzo mnie to zdenerwowało, bo wierzę w Boga.

Ateistka też miałaby powody, żeby się wkurzyć po takim tekście.

No ale wreszcie zrobiła mi to USG. Poprosiłam, by przy okazji zrobiła mi cytologię, bo skoro już bada mnie ginekolog... Ale powiedziała, że nie będzie mi robić żadnych nadprogramowych badań w środku nocy. Czekałam więc półnaga, przykryta jakimś cienkim materiałem, na wyniki USG.

Dopiero po trzech godzinach okazało się, że z moimi narządami płciowymi jest wszystko w porządku, więc wszystko wskazuje na wyrostek. O szóstej rano karetka przewiozła mnie z powrotem do Szpitala Grochowskiego. O dziewiętnastej miałam operację wyrostka. Okazało się, że faktycznie miałam zapalenie. Lada chwila, a wyrostek by pękł.

Jak wspominasz pobyt w szpitalu?

Lekarze i pielęgniarki byli bardzo mili, ale wygląda na to, że nie mają świadomości, że szpital nie jest przystosowany do potrzeb osób z niepełnosprawnością ruchową. To tak, jakby ktoś zakładał, że chorują tylko osoby pełnosprawne.

Możesz podać przykład?

Szpital niedawno został wyremontowany. Położyli mnie w pokoju dwuosobowym z łazienką. Fajnie, komfortowo. Okazuje się jednak, że prysznic ma wysoki próg, którego nie jestem w stanie pokonać. Na szczęście na piętrze jest ogólnodostępna łazienka, w której prysznic nie ma progu. Wchodzimy tam z pielęgniarką. Rozglądam się i pytam, gdzie są poręcze na ścianach. To przecież podstawowa rzecz, aby osoba z niepełnosprawnością ruchową mogła się przytrzymać.

I co odpowiedziała pielęgniarka?

Spojrzała na mnie zdumiona, a po chwili przyznała, że rzeczywiście coś takiego by się przydało. "O, dobrze że pani o tym mówi, nikt o tym nie pomyślał" – dokładnie takich słów użyła. Podobnie zareagowała, gdy jej powiedziałam, że na oddziale powinny być też przynajmniej dwa elektryczne łóżka, które mogłyby się obniżyć stosownie do potrzeb osoby z niepełnosprawnością ruchową.

Bardzo mnie boli to, że nawet szpitale tworzą bariery dla osób z niepełnosprawnością. A przecież dostosowanie oddziału nie jest drogie. Wystarczyłoby przed remontem skonsultować się z osobami z niepełnosprawnością. Przecież mamy XXI wiek.

Napisz do autorki: anna.dryjanska@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...