Chemiczny koktajl, od którego rosną piersi i stopy? To wyssane z palca zarzuty – zapewnia ekspertka

Lek. wet. Aleksandra Porada przekonuje, że informacje o faszerowaniu drobiu hormonami i antybiotykami są nieprawdziwe
Lek. wet. Aleksandra Porada przekonuje, że informacje o faszerowaniu drobiu hormonami i antybiotykami są nieprawdziwe Materiały prasowe
Bezpieczny produkt czy chemiczna bomba z opóźnionym zapłonem? Lepiej kupować go luzem na bazarku czy w folii z supermarketu? Chociaż na Starym Kontynencie jesteśmy absolutnym liderem w jego produkcji, zaczynamy podchodzić z dużą rezerwą do jego spożycia, mając w głowie niestworzone opowieści na jego temat. Drób – co o nim myślimy, a co powinniśmy wiedzieć?

To niesamowite, że wokół tak zdrowego dla nas wszystkich produktu jak mięso drobiowe, z którego słynie nasz kraj, narosło tak wiele mitów – dziwi się w rozmowie z serwisem naTemat dr Aleksandra Porada, lekarz weterynarii i ekspertka ds. bezpieczeństwa żywności i weterynarii Krajowej Rady Drobiarstwa - Izby Gospodarczej.

Jak często potrawy z drobiu goszczą u Pani w domu?

Aleksandra Porada: Drób to ulubione mięso wszystkich domowników. Jemy go w najróżniejszych postaciach: pieczonego w całości kurczaka, duszonej piersi z indyka, podrobów, wędlin, czy parówek.

A nie ma Pani obaw? Krążą przecież opinie, że drób jest naszpikowany chemią.

Niestety spotykam się z nimi na co dzień.

I?

Nie ma w nich krzty prawdy. Głównym mitem jest to, że drób tak szybko rośnie, ponieważ jest faszerowany hormonami. Jest to absolutna nieprawda. Od ponad 20 lat zarówno w Polsce, jak i Unii Europejskiej istnieje zakaz podawania hormonów wzrostu drobiu. A od 11 lat nie można podawać tzw. antybiotykowych stymulatorów wzrostu.

To jakim cudem na tak masową skalę hoduje się szybko kurczaki?

Szybki wzrost u kurczaków spowodowany jest pracą hodowlaną. To efekt wieloletniej pracy specjalistów, którzy uzyskali współczesną rasę szybko rosnącego kurczaka. Nazywamy ją brojlerem W ciągu 4 tygodni jest ona w stanie osiągnąć taką masę ciała, jaką oczekują konsumenci, i absolutnie nie ma to nic wspólnego z chemicznymi stymulatorami.
Z jakim jeszcze mitem na temat drobiu się Pani zetknęła?

Pokutuje też przekonanie, że mięso drobiowe, które trafia na półki sklepowe, zawiera szkodliwe dla naszego zdrowia antybiotyki. To również jest nieprawdą. Od wielu lat obowiązuje zakaz ich profilaktycznego podawania, czyli nie można ich aplikować przed wystąpieniem ewentualnej choroby. Za złamanie tego przepisu grożą surowe kary.

To profilaktyka, ale w sytuacji choroby sprawa wygląda zgoła inaczej.

Nie przeczę, że kiedy w stadzie wystąpi choroba o podłożu bakteryjnym, rzeczywiście takie leczenie powinno zostać wdrożone. Natomiast, zanim do tego dojdzie, musi przyjechać lekarz weterynarii, który zbada takie ptaki i pobierze próbki do badań, aby upewnić się, czy jest to faktycznie choroba bakteryjna, a nie wirusowa. Ponadto należy sprawdzić, na jakie ewentualne antybiotyki są wrażliwe bakterie, które wywołały daną chorobę.

Czemu ma służyć to rozróżnienie patogenów?

W hodowli drobiarskiej co do zasady nie ma ślepego podawania antybiotyków, tak jak niestety możemy to zaobserwować w przypadku ludzi, gdy przykładowo chorujemy na grypę i profilaktycznie zaleca się nam antybiotyk. Takie sytuacje nie mogą mieć miejsca w hodowli drobiu. To zbyt duża odpowiedzialność i naprawdę ogromne koszty. Hodowcy, a w Polsce mamy naprawdę bardzo nowoczesnych i świadomych hodowców, dbają więc o to, żeby po te antybiotyki nie sięgać bez absolutnej potrzeby.

Ale czasem nie ma innego wyjścia i co wtedy?

Jeśli rzeczywiście już się ta choroba pojawiła i ma podłoże bakteryjne, to wtedy takie antybiotyki są podawane. Natomiast jest to obłożone również ścisłymi restrykcjami i po skończeniu takiej kuracji musi minąć tzw. okres karencji.

To znaczy?

Odpowiedni czas, w trakcie którego ptaki pozbywają się wszelkich pozostałości antybiotyku ze swojego organizmu. Później wyrywkowo bada się, czy mięso, które trafia na nasz rynek, nie zawiera żadnych resztek tej substancji.

A czemu w ogóle antybiotyki budzą taki niepokój?

Mówiąc kolokwialnie, jest to niedawny wynalazek ludzkości. Na całym świecie mamy teraz problem, że bakterie coraz częściej wykazują oporność na antybiotyki. Im częściej mają one styczność z nimi, tym bardziej stają się na nie odporne. Stąd kładzie się nacisk na to, aby antybiotyki podawać wybiórczo i wyłącznie w przypadku bakterii, które są na nie wrażliwe.

Jak to myślenie przekłada się na praktykę w hodowli drobiu?

Najprościej mówiąc, chodzi o to, aby nie strzelać z wielkiej broni (czyli nowoczesnych antybiotyków o szerokim spektrum działania) do małego ptaszka, bo potem, kiedy rzeczywiście będziemy potrzebowali konkretnego antybiotyku, nie będzie on już działał.
Co musimy jeszcze wykorzenić z naszej świadomości na temat drobiu?

Chociażby pogląd głoszący, że dziewczynki, które jedzą dużo kurczaków, szybciej dojrzewają. Niestety, tego typu mity też musimy obalać. Wcześniejsze dojrzewanie u dziewczynek to problem bardzo złożony, wynikający z wielu czynników, jednak absolutnie żadne badania na świecie nie udowodniły, że może mieć jakikolwiek związek z jedzeniem drobiu.

Co znajduje się w paszy, jaką karmiony jest polski drób?

Niestety wiele mitów narosło też wokół podawanej ptakom paszy. Wbrew niektórym opiniom, pełnowartościowa pasza dla drobiu składa się przede wszystkim ze zbóż (kukurydza, pszenica, jęczmień, żyto czy owies) oraz śrut zbożowych, które powstają w procesie produkcji oleju. Dodatki do pasz dla drobiu są również pochodzenia naturalnego: przykładem mogą być drożdże, susze roślinne, zmielone skorupy muszli czy probiotyki.

To wszystko?

Kaczki i gęsi otrzymują jeszcze dodatkowo zielonki – najlepiej z koniczyny czy pokrzywy. Jak widać ptaki są żywione w sposób naturalny, a pogłoski dotyczące „faszerowania” drobiu antybiotykami i hormonami są nieprawdziwe i krzywdzące dla branży drobiarskiej.
Czy polski drób karmiony jest paszą zawierającą GMO?

Faktycznie, aktualnie dopuszcza się możliwość karmienia drobiu paszami zawierającymi GMO. Jest to głównie śruta sojowa, będąca znakomitym i pełnowartościowym źródłem białka dla ptaków.

Przeciwko GMO podnoszone są zarzuty ciężkiego kalibru. Ta pasza białkowa nie powinna przysparzać nam trosk?

Czy jest się czego bać? Chyba żaden inny temat nie został tak wyczerpująco i wielostronnie zbadany przez naukowców. Dane publikowane przez specjalistów, w tym z Polski, wskazują jednoznacznie, że materiał genetyczny zarówno zmodyfikowany jak i nie zmieniony, jest rozkładany w przewodzie pokarmowym. W związku z tym żaden fragment DNA nie ma możliwości przedostania się do krwi, mięśni, mleka, czy jaj.

Może Pani podać jakiś przykład takich wiarygodnych badań?

Wyniki badań prowadzonych przez naukowców z Instytutu Zootechniki w Krakowie oraz Państwowego Instytutu Weterynaryjnego w Puławach. Wskazały one jednoznacznie na brak wpływu paszy modyfikowanej genetycznie na organizmy karmionych nimi zwierząt. Potwierdziły również brak pasażu zmodyfikowanego DNA z przewodu pokarmowego do organizmu badanych gatunków zwierząt oraz bezpieczeństwo konsumpcji przez człowieka produktów pochodzenia zwierzęcego. Dlatego też, mimo, że trzyliterowy skrót GMO brzmi groźnie – nie ma powodów do obaw.

A jak Pani skomentuje doniesienia, że drób hodowany jest, delikatnie mówiąc, w kontrowersyjnych warunkach?

Tu też pojawia się sporo przekłamań i niedomówień. Nie jest prawdą, że w Polsce drób przemysłowy, czyli utrzymywany na wielkich fermach, przeżywa męczarnie, żyjąc w ścisku czy po ciemku. Są odpowiednie przepisy prawne, które regulują ilość światła, przepływ powietrza oraz zagęszczenie ptaków w budynku. Np. w przypadku kurcząt brojlerów, muszą być one doglądane co najmniej dwa razy dziennie.

Chce Pani powiedzieć, że ferma to dla drobiu kraina mlekiem i miodem płynąca?

Może nie użyłabym takiego porównania [śmiech]. Warto jednak pamiętać, że warunki fermowe dają hodowcom wpływ i kontrolę nad tym, co i kiedy taki drób dostaje dokładnie do jedzenia. A to i dla nas, jako konsumentów, ma kolosalne znaczenie. Przykładowo, woda, która jest podawana takim ptakom, musi być takiej samej jakości jak woda zdatna do picia przez ludzi.

Ponadto, zwierzęta utrzymywane jak to się określa w „nieludzkich warunkach” po prostu by nie rosły, co oznaczałoby, że chów takich zwierząt zamiast przynieść oczekiwane korzyści, przynosiłby wyłącznie straty.

A może jest tak, że ludzie po prostu nie wierzą, że te przepisy są przestrzegane? Papier wszystko przyjmie, a jak wiadomo „prawo prawem a życie życiem”.

Oczywiście. Natomiast, działając na zasadzie tzw. ograniczonego zaufania, w Polsce funkcjonują odpowiednie służby kontrolne, które sprawdzają, czy hodowcy wdrażają „papierowe prawo” w życie i jakie są warunki utrzymywania drobiu na fermie. Dlatego ukuto taki ważny zwrot, który mówi, że produkcja żywności w Polsce i Unii Europejskiej jest kontrolowana „od pola do stołu”.

Czyli na wszystko mamy oko?

Każdy etap produkcji kontrolują odpowiednie służby. Z własnego doświadczenia, bo sama pracowałam 11 lat w inspekcji weterynaryjnej, mogę potwierdzić, że faktycznie takie działania są prowadzone.

Jakieś nieprawidłowości z pewnością są wykrywane.

Jak wszędzie, aczkolwiek coraz mniej jest przypadków, kiedy hodowcy są nieuczciwi, ponieważ zwyczajnie się im to nie opłaca. Raz, że mogą zostać bardzo surowo ukarani przez inspekcję weterynaryjną. Dwa, że wszelkie nieuczciwe praktyki powodują natychmiastowe wykluczenie z rynku, a biorąc pod uwagę, jak ogromną mamy produkcję drobiu w Polsce, kontrakt, który taki „grzeszny” hodowca utraci, od razu przejmą liczni konkurenci. Dlatego też, przykładowo w 2015 r. na ponad 10 100 przeprowadzonych badań u drobiu przez Inspekcję Weterynaryjną wykryto zaledwie 15 wyników niezgodnych.

O jakich karach i sankcjach tutaj mowa?

Za nieprzestrzeganie przepisów dotyczących warunków chowu ptaków czy podawania niedozwolonych substancji grożą surowe sankcje karne, w tym kara grzywny czy nawet ograniczenia wolności. Natomiast warto też pamiętać, że często najdotkliwszą karą jest wykluczenie takiego producenta z rynku, co przy obecnej konkurencji w branży drobiarskiej może oznaczać konieczność likwidacji hodowli i pozostania z niespłaconymi kredytami.
Większość drobiu na polskim rynku pochodzi z rodzimej produkcji?

Tak. Jesteśmy absolutnym liderem produkcji drobiu w Europie.

A co z mięsem z importu?

Powiedziałabym, że stanowi 1/1000 tego rynku. A ten znikomy procent, sprowadzany do naszego kraju, i tak pochodzi z krajów Unii Europejskiej, które mają takie same standardy jak w Polsce. U nas szczególnie muszą być one na najwyższym poziomie.

Domyślam się, że z powodu eksportu?

Zgadza się. Jako największy producent drobiu, dużo go eksportujemy, więc tym bardziej dbamy o to, żeby był najwyższej jakości i bezpieczny dla konsumentów. Nie możemy pozwolić sobie na jakiekolwiek poważne wpadki, ponieważ tworzą one zły PR dla naszego kraju i mogą skończyć się zamknięciem priorytetowego dla naszego przemysłu rynku. A o prawie każdy rynek zabiegamy często przez wiele lat, mając za plecami ostrą konkurencję cenową ze strony Brazylii czy USA. Jednak my wygrywamy właśnie bezpieczeństwem i jakością.

Skąd zatem wzięły się te wszystkie mity na temat drobiu?

Głównie ze Stanów Zjednoczonych. Standardy hodowli i produkcji mięsa drobiowego w USA znacznie odbiegają od europejskich. Tam nie kładzie się nacisku na zapobieganie chorobom, czy pracę hodowlaną, tylko zwyczajnie podaje się ptakom antybiotykowe stymulatory wzrostu, a ich mięso jest chemicznie odkażane. W europejskiej rzeczywistości traktowanie mięsa jakimkolwiek środkiem chemicznym jest surowo zakazane.

Istotnie, USA kojarzą mi się z protestami aktywistów przeciwko okrutnym praktykom na fermach KFC.

Tutaj warto zwrócić uwagę, że polski drób trafia też do wielu restauracji, w tym do wspomnianej przez Pana marki. W polskim oddziale KFC nie znajdzie Pan więc amerykańskiego kurczaka, tylko mięso pochodzące od naszych polskich producentów. Ta jakość jest na tyle wysoka, że sieci fastfoodów na całym świecie chętnie podpisują kontrakty na zaopatrywanie swoich lokali w drób z Polski.

A jak obchodzimy się z drobiem w kuchni? Postępujemy według jakichś nieracjonalnych nawyków?

Weźmy przykład mycia mięsa. To jest taki mit, który wrył nam się głęboko w świadomość. A przecież zdecydowanie wystarczającym sposobem na pozbycie się jakichkolwiek patogenów, które potencjalnie mogłyby się znaleźć w mięsie, jest gotowanie, pieczenie i smażenie. Obróbka termiczna powoduje, że drobnoustroje giną.

Jakie inne błędy popełniamy w kuchni?

Chodzi o używanie tych samych noży, desek czy talerzy do obróbki surowego mięsa i innych produktów spożywczych. To muszą być oddzielne narzędzia kuchenne. Także przetrzymywanie mięsa luzem w lodówce, gdzie może ono ściekać i potencjalnie zakażać pozostałą żywność. W lodówce surowy drób należy przechowywać z dala od produktów gotowych do spożycia.

A jak długo powinniśmy trzymać mięso w lodówce?

Mięso, które kupujemy luzem, powinniśmy zużyć jak najszybciej, najpóźniej następnego dnia od daty zakupu. Natomiast dobrodziejstwem, z którego możemy dzisiaj korzystać, jest mięso paczkowane.

Dlaczego nazywa je Pani dobrodziejstwem? Niektórzy wzdrygają się na myśl o zakupie sprzedawanego w folii mięsa.

Takie mięso ma dłuższy termin przydatności do spożycia. I znowu, wbrew mitom, wcale nie zawdzięcza tego chemii. Pakuje się je w specjalnej zmodyfikowanej atmosferze, która powoduje, że wysysany jest tlen, w związku czym bakterie nie mają żadnych możliwości rozwoju. Dlatego mięso paczkowane możemy przechowywać dłużej od tego, które kupujemy luzem.

Z jakich jeszcze powodów – poza chroniącą przed rozwojem drobnoustrojów szczelnością – doradzałaby Pani zakup takiego mięsa?

Zdecydowanie większa świadomość konsumencka. Na opakowaniu, poza terminem przydatności do spożycia, znajdziemy wszelkie niezbędne informacje m.in. dotyczące pochodzenia drobiu oraz co istotne datę produkcji. Ponadto mięso paczkowane przechowywane w lodówce nie stanowi żadnego zagrożenia dla pozostałych produktów (wyciekający sok), nie obsycha i nie przejmuje tzw. „lodówkowych” zapachów.
A co z zatruciami po spożyciu mięsa? Zdarzają się przecież takie przypadki.

Tu wiele zależy od naszego postępowania, chociażby od czasu, jaki mija między naszymi zakupami a włożeniem mięsa do lodówki. Warto pamiętać, że w jego produkcji zachowany jest tzw. ciąg chłodniczy, czyli stałe przechowywanie we właściwej niskiej temperaturze od zakładu do sklepu. Słabym ogniwem niestety okazują się często konsumenci.

Gdzie leży nasza wina?

Prosty przykład. Załóżmy, że jest upał, 30 stopni. Po kupnie mięsa wkładamy jest do samochodu, ale idziemy zrobić jeszcze inne zakupy. I wówczas takie mięso nie ma ochrony, jaką jest niska temperatura. Dlatego należy zwracać uwagę, żeby mięso było ostatnim produktem, który kupujemy.

A co głównie nam zagraża w mięsie drobiowym? Salmonella?

Jeżeli chodzi o zakażenia Salmonellą, to badania wskazują, że główną przyczyną zatruć są jaja, a nie mięso drobiowe. Jak wspomniałam, bakterie bytujące na mięsie są bardzo wrażliwe na obróbkę termiczną. Poza tym w Polsce nie mamy nawyku jedzenia surowego mięsa. A jeśli mięso spożyte jest po obróbce, absolutnie nam nie zaszkodzi.

Trzeba zatem uważać na zakażenie okrężną drogą?

Tak. Jak mówiłam, wystarczy, że tej deski, tego noża od krojenia mięsa używamy później do krojenia marchewki czy pomidora, czyli produktów, których nie przetwarzamy termicznie. Mięso drobiowe, przechowywane w odpowiednich warunkach i dobrze przyrządzone, będzie całkowicie bezpieczne.

Jakie są obecne zalecenia co do spożycia drobiu?

Drób jest zalecany jako pierwsze mięso do podawania malutkim dzieciom, w wieku już 6 miesięcy. Również osobom starszym, które mają wrażliwszy przewód pokarmowy. Ale dla każdego mięso drobiowe stanowi wartościowy posiłek.

Nie ma Pani zatem wątpliwości, że powinniśmy pozbyć się uprzedzeń?

Tak. To zakrawa na paradoks, że wokół tak zdrowego dla nas wszystkich produktu jak mięso drobiowe, które jest zalecane każdej grupie – dzieciom, karmiącym matkom, kobietom w ciąży, sportowcom czy osobom starszym – narosło tak wiele mitów. Musimy je koniecznie zwalczać.
Więcej o zdrowym drobiu można przeczytać na www.dobrydrob.pl
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...