Nieprzebyte bagna „friend zone", najgorszej z nieodwzajemnionych miłości

W filmie Xaviera Dolana „Wyśnione miłości” para przyjaciół zakochuje się w tym samym chłopaku. kadr z filmu „Wyśnione miłości” (2010)
Określenie „friend zone” popularność zawdzięcza w znacznej mierze serialowi „Przyjaciele”. W wyemitowanym w 1994 roku odcinku Joey nazwał Rossa „burmistrzem friend zone”, odnosząc się do faktu, że jego kumpel wciąż jeszcze nie wyznał uczucia Rachel. Faceci na całym świecie zyskali wdzięczną nazwę dla swojego problemu, a zarazem przedmiotu kpin.

Friend zone (w dosłownym tłumaczeniu „strefa przyjaciół”) to określenie sytuacji, w której przyjaźń damsko-męska przeradza się w uczucie romantyczne. Problem polega na tym, że tylko dla jednej ze stron. Wnioskując po memach, dla których twórców termin okazał się niezwykle inspirujący, mężczyźni, którzy znaleźli się we friend zone bardziej niż na kpiny, zasługują jednak na współczucie. Friendzonowani często są określani mianem „braci” odwołującym się jak gdyby do wspólnego doświadczenia pokoleniowego.
Męski problem
Czyżby friend zone dotyczyło przede wszystkim facetów? Z pewnością są częściej od kobiet narażeni na bezpośrednie odrzucenie, jako że zgodnie ze społecznymi konwenansami to do nich należy zrobienie pierwszego kroku. Ale nie tylko o odrzucenie tu chodzi. Badania dotyczące przyjaźni damsko-męskich pokazują, że to mężczyźni odczuwają silniejszy pociąg fizyczny do przyjaciółek, niż ma to miejsce w drugą stronę.


– Moim zdaniem większość tak zwanych przyjaźni damsko-męskich jest na początku podlewana jakiegoś rodzaju pociągiem fizycznym, który potem zostaje „odfiltrowany”. Mówi się, że w przyjaźni ważne jest, żebym nikt nie czuł się lepszy, bo tylko wtedy można zbudować relację bez zazdrości i współczucia. A jak tu nie współczuć przyjaciółce, którą jako heteroseksualny facet uważa się za odstręczającą seksualnie? Moim zdaniem ludzie, którzy lądują po długoletniej przyjaźni we friend zone nie mogą sobie nikogo znaleźć, więc wybierają na obiekt uczuć kogoś, kto jest pod ręką. Faceci robią to częściej, bo mają tendencję do seksualizowania kobiet – mówi 26-letni Łukasz, pracujący jako grafik.

W badaniu przeprowadzonym przez April Bleske-Rechek na Uniwersytecie Stanowym Wisconsin ankietowani mieli anonimowo ocenić jak atrakcyjni seksualnie są dla nich przyjaciele przeciwnej płci. Przeważała odpowiedź „dość atrakcyjni”, przy czym w dziesięciopunktowej skali mężczyźni przyznawali przyjaciółkom średnio o punkt więcej, niż robiły to kobiety.

W kolejnym badaniu Bleske-Rechek poprosiła kilkaset kobiet i mężczyzn, aby pomyśleli o najbliższej osobie płci przeciwnej z którą nie są w związku, a następnie wskazali definicję, która określa ich stosunek do niej. Do wyboru mieli „osoba z którą się przyjaźnię” i „osoba w stosunku do której odczuwam pociąg fizyczny” (mogli też uznać oba stwierdzenia za prawdziwe). Definicję mówiącą tylko o pociągu fizycznym wskazało aż 42 proc. mężczyzn i 29 proc. kobiet, a tę niewykluczającą przyjaźni i pociągu seksualnego 17 proc. mężczyzn i tylko 5 proc. kobiet.
Ławka rezerwowych
Sytuacje, w których para przyjaciół nie zdaje sobie sprawy, że darzą się uczuciem może zdarzyć się co najwyżej w piosence (o tym jest zresztą „Girl Afraid” The Smiths) albo w reżyserowanym reality show („FriendZone” produkcji MTV). Większość młodych kobiet, które nastoletnią uczuciowość mają już za sobą, orientuje się, lub przynajmniej domyśla, że facet marzy o przeniesieniu znajomości na inny poziom.

Wbrew obiegowym przekonaniom uznającym, że friend zone jest wynikiem nieśmiałości i braku sugestii, że pragnęłoby się czegoś więcej, większość facetów jest friendzonowana bardzo szybko. Po jednym spotkaniu kobieta jest w stanie określić czy dany mężczyzna pociąga ją fizycznie. Nie chodzi o sam wygląd, ale też o tembr głosu, zapach, sposób w jaki się śmieje, gestykuluje, patrzy na nią. Jeśli nic nie zaiskrzyło, ale nowo poznany mężczyzna ma podobne poczucie humoru, zainteresowania lub po prostu „nie mogła się z nim nagadać” znajomość jest na drodze do friend zone. Może nie jest to droga prosta i szeroka, ale nietrudno się domyślić gdzie prowadzi.

Do uznawanego za romantyczny, ale w istocie raczej erotycznego konceptu „miłości od pierwszego wejrzenia” na dalszym etapie znajomości dochodzi jeszcze podziw, który czasem odwraca losy znajomości. Trudno wyobrazić sobie mężczyznę, który spojrzy inaczej na dziewczynę na którą nie zwrócił wcześniej uwagi, ponieważ dowiedział się, że zarabia pięciocyfrowe kwoty, a po pracy uczy charytatywnie Tai chi. Kobieta szybciej zostanie sklasyfikowana jako ładna (lub nie) buzia, niż jako mistrzyni warcabów stupolowych i pracownica miesiąca.

Mężczyźni mają znacznie większe szanse nadrobić niezbyt spektakularne pierwsze wrażenie, niekoniecznie za pomocą papierów na willę z basenem w Konstancinie. Niektóre dziewczyny spojrzą z nowej perspektywy na wcześniej niezbyt pociągającego faceta dowiedziawszy się, że ma doktorat z literatury średniowiecza albo pomaga w schronisku. Innym zaimponują zdobyte czterotysięczniki i prestiżowe stanowisko. Nic nie zaiskrzyło i nic nie zaimponowało, ale mężczyzna jest sympatyczny i w pobliżu? Witajcie we friend zone!

Wychodzona
„Była kulawa i kaprawa, ale po 20 latach małżeństwa Markiz docenił brak rozrzutności, milczące usposobienie i psie oddanie Marietty. Czasem żałował nawet swych dworskich romansów i zaniedbywania obowiązków małżeńskich” – brzmi prawdopodobnie? Chyba tylko na gruncie XIX-wiecznej powieści o aranżowanych małżeństwach.

Oczywiście niektóre dziewczyny da się czasem „wychodzić” otrzymując nagrodę za miesiące wsparcia i niemego zachwytu w oczach. Tyle że to związek na tykającej bombie, zachodzi bowiem spore prawdopodobieństwo, że na horyzoncie wkrótce zamajaczy ktoś, kto dla naszej ukochanej będzie pierwszoligowym graczem, a nie ucieczką od przedłużającej się samotności.
– Kilka lat temu byłam w takiej sytuacji. Mój znajomy, jeszcze z czasów liceum zaczął w pewnym momencie traktować mnie inaczej. Wcześniej widywaliśmy się od czasu do czasu, ale nagle coś się zmieniło. Kiedy wspominałam, że fatalnie się czuję i chyba będę chora, on pojawiał się w drzwiach, jak mówił „zrobić mi herbatę”, zaczął prawić mi komplementy, pisać do mnie co rano. To nie był kolejny typ, który chciał mnie poderwać jakimiś głupimi tekstami. Lubiłam go i dobrze czułam się w jego towarzystwie. Wiedziałam też o co chodzi, ale w tamtym momencie bardzo poprawiało mi to samoocenę, więc nic z tym nie robiłam. To, że nie doszło między nami do żadnej poważnej rozmowy było mi na rękę – opowiada 27-letnia Magda, która pracuje w PR.

Absztyfikantów w bród
Nasze babcie prawdopodobnie określiłyby friendzonowanych kolegów mianem „adoratorów”. Być może popularność zjawiska bierze się właśnie z jakiegoś rodzaju tęsknoty za czasami, w których na względy kobiety trzeba było zasłużyć, a do skonsumowania znajomości nie dochodziło po przepisowej, trzeciej randce. Tyle, że jeśli adorator został już uznany tylko za przyjaciela, w towarzystwie którego chodzi się w starym dresie, bez makijażu i objada chipsami, ciężej o wszelkie subtelności i momenty niepewności, które sprawiają, że tak uwielbiamy się zakochiwać.

Nie chodzi wcale o mityczne uwielbienie dla „złych chłopców” i niedocenianie tzw. „miłych facetów”, ale raczej o to, że w znajomości tego typu nie ma miejsca na żadne podchody, gry czy staranie się. Nikt nie zakochuje się w rękawie do wypłakania się i w prywatnym szoferze, ale raczej w wyobrażeniu sprzężonym z podobającą się nam osobą otoczoną początkowo aurą tajemnicy. Czasem chodzi też po prostu o „rynkową” kalkulację wyobrażeń o sobie i o potencjalnym partnerze. „Wielki Gatsby” to opowieść o niczym innym, jak o próbie sprostania wyobrażeniom ukochanej kobiety. Friendzone’owanym adoratorem, tylko w nieco archaicznym wydaniu był wszak dla Izabeli Wokulski, w którym do dziś podkochują się wrażliwe polonistki.
Doświadczenia kobiet we friend zone zazwyczaj znacząco się różnią. Zakochana w przyjacielu dziewczyna najczęściej bez większego problemu przekracza granicę, która w odwrotnym układnie jest rzadziej naruszana. Friend zone przeistacza się w przyjaźń, którą co słowniki miejskiego slangu określają mianem „friends with benefits”, czyli układem w którym para przyjaciół uprawia ze sobą seks, jednak bez romantycznego zaangażowania i zobowiązań. Dziewczyny z którymi rozmawiają wskazują jednak częściej na romantyczne uczucia w stosunku do przyjaciela geja, czyli miłości bez najmniejszej szansy na związek czy spełnienie.

Kilka lat temu dyskusja wokół friend zone zyskała nowy wymiar za sprawą kilku feminizujących blogerek amerykańskich, temat podchwycili też publicyści, którzy zastanawiali się czy coś takiego jak friend zone rzeczywiście istnieje. Być może jest to tylko rodzaj zgrabnej etykietki pozwalającej ukryć bolesne poczucie odrzucenia i zrzucić winę na „okrutną” kobietę.

Koncepcja używana jako zarzut w stosunku do kobiety jest rzeczywiście odrobinę mizoginistyczna. Między wierszami zakłada bowiem, że otoczona troską i opieką „przyjaciółka” powinna odwdzięczyć się uczuciem, a także, rzecz nieodzowna, seksem. Inaczej staje się w niejednych męskich oczach manipulatorką, starającą się wykorzystać mężczyznę.

Wielu mężczyzn żywi podświadome przekonanie, że „zasługują” na coś ze strony kobiety, której poświęcają wiele czasu i uwagi. W analogicznym układzie, w którym to mężczyzna byłby obiektem uczuć, prawdopodobnie nie uznałby, że jest coś winien dziewczynie. Układ zostałby skwitowany prostolinijnym stwierdzeniem „to przykre, ale takie jest życie”.

Koszmar friend zone nie polega tak naprawdę na nieodwzajemnionej miłości, a przynajmniej nie tylko na niej. Układ tego typu wymusza w końcu zakończenie znajomości. A nie jest to znajomość przypadkowa i oparta na kilku średnio udanych spotkaniach, ale na prawdziwej bliskości i zaufaniu. Choć jest to związek niewątpliwie toksyczny, przy jego zakończeniu nie da się ulżyć swojej psychice wskazując winnych.


Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...