Z drogi śledzie, pick-up jedzie. Nissan Navara to praktyczny wielkolud, nie tylko do lasu

Nissan Navara to wyjątkowo ładny pick-up. Fot. naTemat
Nie wiem, czy kiedykolwiek w moim życiu nadejdzie etap, w którym będę potrzebował TAKIEGO auta. A mimo to jazda nim sprawiła mi sporo frajdy. Sprofilowane pod bardzo konkretne oczekiwania i potrzeby. Lata temu powiedziałoby się pewnie, że w sam raz dla stereotypowego drwala, ale dziś nowy Nissan Navara to samochód, który można pokazywać nie tylko w lesie.

Pick-up – rodzaj samochodu, który na polskich drogach jest prawdziwą rzadkością. Nie tylko pod względem długaśnych gabarytów, ale głównie przez swój typ nadwozia. Mowa o sporej skrzyni załadunkowej, która znajduje się tuż za kabiną. W Stanach Zjednoczonych należą do stałego krajobrazu. Mniejsze, większe, zniszczone, nowe, klasyczne, a także podrasowane do typowego „wożonka”. Poważnie – to, co wyprawiają tam z samochodami (także z pick-upami) momentami przechodzi ludzkie pojęcie. W Polsce pick-up ciągle jest czymś nietuzinkowym, ale jeśli już się pojawia to… zazwyczaj jest to Navara.
To właśnie w USA w dzieciństwie miałem okazję po raz pierwszy jechać samochodem tego rodzaju. Niestety było to lata temu i nie pamiętam modelu. Pamiętam za to dwie rzeczy. Pierwszą, że z tyłu nie było za dużo miejsca. I drugą, że jadąc autostradą kierowca w pewnym momencie przegapił zjazd (a wiecie, w USA przegapienie zjazdu może oznaczać naprawdę kawał drogi do nadrabiania). Co wtedy zrobił? Siarczyście zaklął, rozejrzał się na boki i praktycznie nie zwalniając ściął drogę, gdzie przez trawę i piach zdążył do swojego „exitu”. Tak poznałem niewątpliwą zaletę terenówek, które niewielu rzeczy się boją.
Nissana Navarę znam także dość dobrze z Polski, bo przez lata jeździł nią jeden ze znajomych. Przy okazji testu Jeepa Wranglera, wzięliśmy też dla porównania właśnie Navarę. Przez swoje rozmiary była oczywiście mniej zwinna, ale radziła sobie niewiele gorzej.
I teraz jesteśmy tutaj, w grudniu 2016 roku, gdzie miałem okazję zapoznać się bliżej z nowym Nissanem Navarą. Pomarańczowym gigantem, który w tym kolorze wygląda bardziej jak auto z programu „Pimp my ride”, niż faktycznie terenowy samochód.
Nowa generacja tej półciężarówki nie jest… toporna. To ładne auto, które mimo swojego bardzo konkretnego przeznaczenia prezentuje się atrakcyjnie. Projektanci przywiązali uwagę nie tylko do kwestii praktycznych, ale także tych wizualnych. Navara ma 22-centymetrowy prześwit, jest potężna, wysoka i ze swoimi 5,3 metrami naprawdę długa (o czym za chwilę). Po raz pierwszy zdarzyło mi się, żeby wjeżdżając do garażu zahaczyć antenką o sufit. Nie sprawia wrażenia niezgrabnej kolubryny, ale mimo wszystko całkiem proporcjonalnego auta.
Wzrok oczywiście od razu wędruje do pojemnej „paki”, którą możemy ładować albo od góry, albo poprzez otwarcie klapy. Co ważne, stabilnej, po której możemy wsunąć cięższe przedmioty. Jeśli załadowany samochód musimy zostawić gdzieś na dłużej, jest też opcja zakrycia „paki” klapą od góry.
Potencjalni klienci mają do wyboru dwie wersje: dwudrzwiowa tzw. King Cab i czterodrzwiową tzw. Double Cab. Na testach mieliśmy tę drugą, bardziej ludzką. Jeśli w domu będziecie mieli tylko jedno takie auto, ale koniecznie potrzebujecie, by było ono praktyczne także w zwykłej codzienności, dużo lepiej będzie zdecydować się właśnie na taką „czwórkę”.

Nissan Navara to samochód typowo „do roboty”, ale mimo to w środku wcale nie jest „po roboczemu”. Nawet głupio byłoby wskakiwać w brudnym kombinezonie roboczym, choć użyte materiały bardziej niż eleganckie, są po prostu praktyczne. Mimo wszystko patrząc i dotykając poszczególnych elementów czułem się inaczej niż w osobówce. Fotele przypominały mi trochę te, które zapamiętałem z Nissana X-traila. Może i niezbyt wyględne, ale za to jakie miękkie i wygodne. Siedzi się w nich naprawdę wysoko.
Miłe „rozczarowanie” także z tyłu, gdzie miejsca jest zaskakująco dużo, choć kabina teoretycznie wydaje się malutka. Przy opcji czterodrzwiowej jest tam prawie jak w zwykłym aucie z tą różnicą, że ze względu na tylną szybą siedzi się trochę zbyt pionowo. Z Navary zapamiętam też wyjątkowo wysoką i drgającą dźwignię zmiany biegów. Trochę jak w ciężarówkach. Podobnie jest jeśli chodzi o odgłosy, bo wewnątrz bywa głośno – głównie za sprawą warczącego silnika.
Prowadząc Navarę czuć, jakim wielkoludem się jedzie. Pierwsze manewry na ciasnym parkingu mogą być lekko szokujące. Promień skrętu tego samochodu jest gigantyczny. Jeśli zawracasz, naprawdę upewnij się dokładnie że uda ci się zmieścić „na raz”. Za wytrzymałość tego auta odpowiada specjalna stalowa rama kratownicowa, dzięki której jest to jeden z najbardziej wytrzymałych nissanów w historii. Wszystkie delikatne elementy schowano nad nią, dzięki czemu nie ma obaw podczas jazdy w terenie.
Nowy Nissan Navara na „pakę” może wziąć nawet 1 tonę, a pociągnąć aż 3,5. Auto sprawnie radzi sobie na wymagającym terenie, dając kierowcy dużą pewność. Nie miałem okazji wziąć go w prawdziwy offroad, ale wszelkie zjazdy, podjazdy, grząski, błotnisty grunt nie stanowił dla Navary żadnego problemu. Zresztą, pobrudzona dopiero wizualnie dostawała charakteru.

Do dyspozycji kierowcy jest oczywiście napęd na cztery koła, który działa w trzech trybach jazdy. Kierowca zmienia je za pomocą małego pokrętła.

– 4WD High do jazdy w łatwym terenie
– 4 WD Low do jazdy w trudnym terenie, piasku, śniegu, głębokim błocie
– 2WD do jazdy po asfalcie

Dodatkowo kierowcą wspiera system wspomagania ruszania, który podczas wjeżdżania pod górę zabezpiecza pojazd przed stoczeniem się. Poza tym jest także system kontroli zjazdu, dbający o to, by zjeżdżając np. ze zbocza automatycznie kontrolować prędkość.
Do wyboru są trzy warianty Navary, wszystkie w 2,3-litrowym dieslu. Jedna 160-konna jednostka w manualu oraz dwie 190-konne w manualu i automacie. Spalanie było miłym zaskoczeniem, bo komputer pokładowy – nawet po jeździe z bardziej wymagającymi manewrami, pokazywał niecałe 10l/100km. Ceny nowego Nissana Navary zaczynają się od 118 tys. zł (King Cab) lub 125 tys. zł (Double Cab).
Navara to samochód, który jest ciekawym połączeniem surowego auta terenowego z czymś, czym można jeździć na co dzień. Projektanci postanowili tego brutala trochę upiększyć, dzięki czemu powstał samochód „i do tańca, i do różańca”. Kupując je, upewnijcie się tylko, że będziecie mieli kiedy wykorzystywać jego możliwości.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...