Obcesowy ojciec, złośliwe ciotki, wścibski teść? Podpowiadamy jak można uporać się z nimi przy świątecznym stole

Największe dramaty rozgrywają się przy zastawionych stołach. Nie tylko w życiu. kadr z filmu „Sierpień w hrabstwie Osage”
Co roku jest podobnie - te same zapachy, smaki, te same ozdoby i ta sama płyta z kolędami. Pomimo to uwielbiasz Boże Narodzenie. Tak samo jak wtedy, kiedy miałaś 7 lat. W czasie zmienił się tylko zestaw pytań, które słyszysz przy świątecznym stole. I była to zmiana na gorsze. Jeśli na myśl o dorocznym spędzie rodzinnym cierpnie ci skóra, a przed wyjściem z domu masz zamiar zalać profilaktycznie trzy melisy, to tekst dla ciebie.

Nie nawykliśmy do familijnych biesiad, które dla rodzinnych południowców są nie tyle rytuałem, co elementem codzienności. Trudno więc dziwić się, że czterogodzinne posiedzenie przy stole staje się w wielu domach sytuacją stresogenną na miarę pierwszej randki, czy rozmowy o pracę.

Intryga zostaje zawiązana podczas pełnego uśmiechów i objęć składania życzeń. Tłoczony we wzory szopek i aniołków opłatek pęka ze złowieszczym chrzęstem, a przyszli przeciwnicy poklepują się serdecznie po plecach. Na tym etapie doskonale rozumiesz, że babcia chciałaby jeszcze zatańczyć na twoim weselu i nie widzisz podtekstu w życzeniach ojca, który uważa, że tym, czego potrzebujesz w życiu najbardziej, jest podwyżka. W pierwszym akcie na stół wjeżdżają śledzie i jeszcze raz śledzie, komplementowane ze znawstwem przez zgromadzonych.

Wraz z rozpinanymi kołnierzykami i przepinanymi na dalszą dziurkę paskami rozluźnia się też podniosła atmosfera dyktowana dotychczas przez beat „Mizernej cichej”. Widziani raz do roku wujowie i stryjeczne babki postanawiają położyć rękę na pulsie twojego życia prywatnego i zawodowego. Od tego jest rodzina.
Alergia na aluzje
Nie jesteś bezpieczna nawet, jeśli pławisz się w sielance młodej matki i szczęśliwej małżonki, a twoja kariera zawodowa to seria fortunnych zdarzeń. Krewni mogą zawsze rozpocząć pełną aluzji dyskusję o młodych pracownicach korporacji, którym wydaje się, że można wychowywać dziecko w weekendy (otóż nie, nie da się). Ciotka nauczycielka zacznie wygłaszać tyradę, że tylko praca z ludźmi ma w życiu jakąś wartość, a patrzenie w komputer prowadzi niechybnie do wypalenia zawodowego i ciężkiej depresji.

Aluzje mają to do siebie, że niezwykle ciężko się do nich odnieść. Przecież nie mają adresata i znakomicie udają przypadkowy temat do dyskusji. Możesz oczywiście nie zabierać głosu, ze stoickim spokojem wybierać ości z karpia, a jeśli temat przeciągnie się, zacząć liczyć ile razy przeżuwasz swoją kolację przed połknięciem (to ponoć zdrowy zwyczaj).

Problem jest jeden - chowanie głowy w piasek w sytuacji, w której odnosisz przykre wrażenie, że mówi się o tobie i to niekoniecznie dobrze, kończy się często wspomnianymi melisami i powtarzającym się co roku przedwigilijnym stresem. Znosząc aluzje nie dajemy sobie szansy na przerwanie ich kręgu i bardziej niż prawdopodobne jest, że usłyszymy podobną dyskusję w wydaniu Wielkanocnym. Zdajemy się na pastwę opinii przyjmując pozycję dziecka, które przecież „nie rozumie o co chodzi”.

Asertywność, w której poradnikach tak chętnie zaczytujemy się przed rozmową o nadgodzinach z szefem, jest umiejętnością więcej, niż przydatną. Również w życiu prywatnym. I nie polega, a przynajmniej nie wyłącznie, na mówieniu „nie”. W asertywności chodzi w pierwszej kolejności o bycie sobą bez poczucia winy i lęku. Nie ma sensu obnażać aluzji, jeśli czujemy, że jesteśmy w jakiś sposób atakowani. Za łatwo jest się z nich wycofać - „Karolinko, dziecko, przecież nikt tu nie mówi o tobie! Uspokój się, tak tylko z mamą rozmawiamy”.

W takiej sytuacji można spróbować włączyć się do dyskusji, jak gdyby rzeczywiście wcale nas nie dotyczyła i wyłożyć swoje racje. Energię potrzebną do grzebania w talerzu jak gdyby nigdy nic, lepiej spożytkować na kontrolowanie tonu głosu. Spokojne wypowiedzi nie zamienią rozmowy w świąteczną awanturę, po której możemy czuć się równie fatalnie, co po zmilczeniu zakamuflowanych prztyczków w nos.
Wigilia na dołku
Są jednak rodziny, których członkom bliżej niż do aluzyjnych dyskutantów jest do wnikliwych śledczych. W każdej chwili może paść pytanie z gatunku: „Dlaczego jesteście w separacji?”, „Kiedy znajdziesz sobie narzeczoną?”, „Ile zarabiasz?” czy „Kiedy Patryczek będzie miał rodzeństwo?”.

O ile świetnie radzimy sobie z pytaniami tego rodzaju, jeśli padają z ust dalekiego znajomego czy koleżanki z biura, o tyle w obliczu rodzinnego gremium bywamy skonfundowani. Z jednej strony nie mamy ochoty odpowiadać na pytania, które uznajemy za zbyt prywatne, a z drugiej od najmłodszych lat jesteśmy karmieni przeróżnymi frazesami dotyczącymi siły, mocy i świętości rodziny. Mamy poczucie, że nie wypada powiedzieć krewnym, że nie mamy ochoty rozmawiać na dany temat.

W takich sytuacjach należy w pierwszej kolejności założyć dobre intencje rozmówcy. Być może pytanie o pracę za którą nie przepadamy kryje w sobie obcesowo wyrażoną troskę. Podstawowa wiedza psychologiczna upowszechniła się wcale nie tak dawno temu. W czasach naszych dziadków, czy nawet rodziców, w kioskach nie było popularnonaukowych magazynów psychologicznych, o tematycznych blogach, forach i poradnikach można było tylko pomarzyć. Babci wychowanej w kulcie rodziny może po prostu nie przyjść do głowy, że pytanie o brak potomstwa lepiej byłoby zadać na stronie i sformułować je inaczej niż „Kiedy wreszcie będę miała wnuczka?”

Zagrania taktyczne
Kiedy nie mamy siły albo nie widzimy sensu w konfrontowaniu się w danym momencie czy towarzystwie, możemy uciec się do jednego z tyle prostych, co skutecznych zagrań. W wielu sytuacjach przyzwoicie sprawdza się odpowiedź pytaniem na pytaniem - "To kiedy planujecie pierwsze dziecko?" - "A wy kiedy planujecie drugie?". Można w ten sposób zaakcentować niestosowność i dać do zrozumienia, że niekoniecznie uśmiecha nam się rozmowa na dany temat.

Na pytania o zarobki, kwoty, które wydaliśmy na prezenty czy ceny elementów garderoby bardzo łatwo jest udzielić odpowiedzi wymijającej - "Ile ty za to zapłaciłaś?" - "Dokładną cenę rynkową" / -"A ile ty teraz zarabiasz?" - "A dziękuję, niczego mi nie brakuje". Dla gaduł i domorosłych aktorów krojonym na miarę rozwiązaniem może być rozwlekły monolog. Ciotka pyta o miłość twojego życia? Znakomicie, zacznij od zdefiniowania tego, co właściwie oznacza dla ciebie ten termin, jak różni się jego odbiór w zależności od kultury, nie zapomnij wspomnieć o wadze horoskopu urodzeniowego i opowiedzieć szczegółowo o wszystkich miłostkach, poczynając od narzeczonego z zerówki.

Podział wigilijnych win
Zanim obierzemy technikę wigilijnego przetrwania należałoby też zadać sobie pytanie dlaczego tak często krygujemy się i robimy ze swoich emocji sekret wagi państwowej. Mówienie o negatywnych odczuciach pozwala często oswoić temat o wiele lepiej niż rzucanie przez zaciśnięte zęby, że „wszystko w porządku”.

Jeśli na pytanie o brak partnera odpowiemy zgodnie z prawdą, że cenimy niezależność i wolny czas, czasem jest nam trochę smutno, ale przecież miłości nie znajduje się na zawołanie, zachodzi spore prawdopodobieństwo, że zamiast pokpiwań o „starych pannach” i niedelikatnych aluzji, otrzymamy empatię. Szczerą reakcję wywołaną szczerą odpowiedzią.

Trudno udzielić wsparcia czy rady osobie, która udaje, że ich nie potrzebuje. Rodzina, która w naszych głowie została już dawno temu ułożona w szufladce z napisem „bliscy” to często zbiór nieznających się osób, które łączą geny.
Święta to idealny czas, żeby poznać się lepiej i wymienić między sobą informacjami wykraczającą poza podpunkty z not biograficznych. Zamiast wymieniać ze znajomymi sztampowe poświąteczne uwagi, że „z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu” możemy przynajmniej spróbować zobaczyć, czy z dotychczas dalekimi krewnymi da się nawiązać prawdziwie bliski kontakt.

Jeśli nie, przynajmniej nie będziemy sobie mogli zarzucić, że nie próbowaliśmy. Przynajmniej zyskamy okazję, żeby za rok zastanowić się bez poczucia winy czy wigilijna kolacja na 16 osób to dobry pomysł i czy nie lepiej byłoby spędzić ten czas z ludźmi, których naprawdę lubimy.


Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU