"Teraz nie mogę, jem serniczek". Sylwia Kubryńska przedstawia polską biurwę: zagubioną, nieszczęśliwą i bardzo wkurzoną

Sylwia Kubryńska sama kiedyś pracowała w urzędzie, sama jadła serniczki i biegała za burmistrzem. Teraz własne doświadczenia opisuje w książce "Biurwa".
Sylwia Kubryńska sama kiedyś pracowała w urzędzie, sama jadła serniczki i biegała za burmistrzem. Teraz własne doświadczenia opisuje w książce "Biurwa". Fot. Aleksandra Gigowska
Dostajesz pismo z urzędu i już jest wk*rw. Najpierw, bo trzeba je rozszyfrować, potem, bo okazuje się to absolutnie niemożliwe i tak czy inaczej trzeba pofatygować się do urzędu. A tam, wiadomo, przyjdzie ci użerać się z tymi… tymi… biurwami! Sylwia Kubryńska, pisarka i felietonistka w swojej ostatniej książce udowadnia, że biurwa też człowiek. Zagubiony, nieszczęśliwy i będący na najmniejsze skinienie każdego ze swoich pięciu czy sześciu szefów, ale jednak człowiek.

Byłaś kiedyś w urzędzie, w którym załatwiłaś wszystko od ręki, bezstresowo i z uśmiechem?

Myślę, że tak… To nie jest tak, że wszystkie urzędy są tak straszne, naprawdę dużo zmienia się na lepsze. Szczególnie w małych miasteczkach urzędniczki są bardziej przyjazne dla klientów. Ale oczywiście są i takie urzędy, jak ten, który opisałam w książce, za którym ciągnie się betonowy schemat "nie da się”, a starsza kadra czuje się nietykalna. Ja chciałam spojrzeć na ten świat od strony pracownika urzędu, którym sama kiedyś byłam.

Nic tak nie łączy Polaków, jak szczera nienawiść do urzędów. Jak Polak musi iść do urzędu, to już na samą myśl robi się chory i wkurzony.

Wystarczy, że Polak dostanie pismo, to już jest wkurzony. Bo już ono jest tak nieprzyjazne i niezrozumiałe, że napawa niechęcią i odrzuca. Czytamy i mamy wrażenie, że jesteśmy głupi.
Bo pismo nie musi być zrozumiałe dla obywatela, musi być za to nadęte, najeżone paragrafami i z oddaniem honorów dla Tych, Których Tytuły Pisze Się Wielką Literą.

Kiedyś przez tydzień przeprowadzałam szkolenia dla urzędników z Ministerstwa Obrony Narodowej z zakresu komunikacji językowej. Chodziło o to, by nauczyć ich komunikować się bardziej zrozumiale i skutecznie. Przez tydzień tłumaczyłam urzędnikom, jak można zawiłe zdania zamienić na proste i przystępne dla obywatela. Po warsztatach usłyszałam, że było bardzo fajnie, wszystkim się podobało, ale to jest dla nich zupełnie niepotrzebne. Bo nikt w życiu nie pozwoli im na to, by komunikować się z petentami zrozumiale - właśnie o to chodzi, by komunikować się zawile!

To wiele wyjaśnia.

Nawet tłumaczyłam — słuchajcie, jesteśmy w Unii, to w końcu przyjdzie, będziemy musieli zmienić ten język! Ale nic z tego. Więc sens urzędowego listu wciąż ukryty jest gdzieś pomiędzy wielce skomplikowanymi zdaniami złożonymi z paragrafów i numerów. Przeciętny, nawet wykształcony Polak nie jest w stanie tego zrozumieć. Jest widocznie jakaś korzyść w tym, by człowiek, który otrzymał list z urzędu, niczego nie zrozumiał.

Co mityczna biurwa robi w urzędzie? Siedzi, nic nie robi i je serniczki?

Serniczki - jak najbardziej. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie koleżanka. Powiedziałam jej — Słuchaj, nie mogę rozmawiać. — Tyle masz pracy? — Nie, po prostu jem sernik.

Ale to, że ktoś kogoś poczęstuje serniczkiem, to pół biedy. Inną sprawą jest to, że w urzędach jest bardzo duża grupa ludzi, którzy nie zajmują się niczym. Spędzają osiem godzin dziennie na jedzeniu ciasta i na przykład dyrygowaniu innymi. Gdy tymczasem dużo mniejsza grupa ludzi zapieprza, odwalając robotę i za siebie, i za całą resztę. Bo w urzędach zawsze są osoby, które naprawdę ciężko pracują i takie, które nie robią prawie nic. Nie ma równego podziału obowiązków. Na dodatek wszyscy pracownicy doskonale wiedzą, że na przykład tam siedzą ludzie, którzy właściwie nic konkretnego nie robią.

Kiedy zaczęłam pracować w urzędzie, była w nim nawet grupa, która zajmowała się sabotażem. Przez cały dzień sabotowali swojego szefa. To było przed wyborami, więc od rana do wieczora po prostu drukowali wywrotowe ulotki i projektowali konkurencyjne strony internetowe. Taka urzędnicza polityka wywrotowa. Dla mnie to był szok - jak można od pół roku przez 8 godzin dziennie zajmować się tylko i wyłącznie podkopywaniem pozycji swojego szefa?

Nie można było ich zwolnić?

Urzędnik jest "niewyp***dalalny”.

Bohaterka twojej książki, młoda, inteligentna kobieta, która zaczyna pracę w urzędzie, przechodzi przez różne fazy. Na początku jest tą, której zależy, która biega jak głupia po pokojach zbierając pieczątki.

Przychodzi do urzędu młody człowiek i wydaje mu się, że on wszystko zmieni. A potem napotyka mur "nie da się”. Bo ktoś kiedyś wymyślił jakieś głupie kropeczki na formularzu, które nie wiadomo, po co są, ale należy je zachować, a formularze bez kropeczek uznawać za nieważne.
Sytuacja jak u Kafki. Załatwienie kredek i kartek więźniowi okazuje się być przedsięwzięciem przerastającym możliwości jakiegokolwiek urzędnika.

Zaczyna się więc rezygnacja i wskakujemy na ten kołowrotek. Często człowiek ma na głowie jakąś sytuację rodzinną czy socjalną i po prostu nie może zwolnić się z pracy. Zaczyna więc wsiąkać i w końcu nabierać cech, które na początku wydawały się komiczne i niepotrzebne. Pojawia się rezygnacja i wskoczenie na kołowrotek. Po prostu dla świętego spokoju i po to, by zachować etat.

Niedawno odwiedziłam zaprzyjaźniony urząd, w którym koleżanka powiedziała mi, że ma początki depresji, zaczęła łykać leki i tak dalej. Pytam — dlaczego nie pójdziesz na zwolnienie, nie zadbasz o siebie? — Nie mogę. — Dlaczego nie możesz? — dopytuję. — Bo ja nie mogę zostawić tej pracy tutaj. — Ta praca, te formularze, te tabelki są ważniejsze od jej zdrowia. Nie potrafi się z tego wyrwać.

Twoja bohaterka mówi: "jestem, bo powinnam”.

Tak, kobieta często nie pójdzie zadbać o siebie, nie pójdzie do domu, bo czuje, że coś powinna. I kręci się w tym kołowrotku. Nie rozumiejąc nawet po co. A dziecięce pytanie "po co” to przecież fundamentalne pytanie o sens życia!

Pamiętam, że sama byłam w takim kieracie. Pewnego dnia trafiłam z córką do lekarza. W pewnym momencie lekarz, który zajmował się małą, mówi do niej:
— Czy mama dużo pracuje?
— Tak — odpowiada mała. Lekarz patrzy na mnie i pyta:
— Czy pani dużo pracuje?
— Tak — odpowiadam i łzy same zaczynają mi lecieć po twarzy.
— A po co? — pyta lekarz. I ja zastanawiam się po co, bo przecież to nie jest tak, że jak sobie odpocznę, to świat się zawali, to mnie wyrzucą, to przestanę mieć pieniądze na życie. Przecież to tak nie jest.

Bo ciągle coś "trzeba”, sama sobie mówi biurwa.

Tak, "trzeba”, ktoś mi kazał i teraz "muszę”. Muszę wypełniać czyjeś oczekiwania, bo tam siedzi mój szef, szefowa, czekają na mnie, nie mogę ich zawieść. Ale sama siebie zawodzę. A przecież ja tu mówię o urzędach, gdzie, jak myślę, i tak warunki dla pracowników są dużo lepsze niż w prywatnych firmach.
Pracowałaś kiedyś w miejscu, w którym, jak zwięźle określasz to w książce, "nie było spiny i było wiadome”? Czy tylko ja mam wrażenie, że ta sentencja powinna znaleźć się na złotej tablicy w każdym miejscu pracy?

Powiem szczerze, że nie przypominam sobie, by przytrafiła mi się taka robota! Nawet jak miałam własna firmę, to była spina, bo wszystko było na wczoraj i dobierały się do niej urzędy - bo urzędy w Polsce muszą się przecież przy****rzać do każdej firmy. Niezapłacone faktury, nieuregulowana sytuacja prawna, ZUS, Urząd Skarbowy na głowie… to niekończący się koszmar, który ciągle męczy przedsiębiorców, więc na swoim też jest spina i jest niewiadome.

Chyba człowiek musi coś sam sobie przebudować w głowie, żeby dojść do stanu, w którym w pracy nie ma spiny i jest klarowna sytuacja. System trudno zmienić, tym bardziej, że w pewnym momencie człowiek po prostu zaczyna rezygnować. Pozostaje praca nad sobą, nauczenie się dystansu, stawiania granic i mówienia, że czegoś nie zrobię.

W urzędzie, w którym pracowałam, była kobieta, która bardzo stresowała innych pracowników. Przychodziła w złym humorze, trudno było cokolwiek u niej załatwić, wszystkich goniła i strasznie obrażała. W pewnym momencie obsztorcowała wszystkich dokoła, po czym zadzwoniła do jednej z pracownic i też zaczęła na nią krzyczeć. Ale ta pracownica odpowiedziała — Proszę do mnie nie krzyczeć, proszę zadzwonić do mnie, jak pani się uspokoi — i odłożyła słuchawkę.

Więc jednak da się.

Jasne, tylko wymaga to od nas dorosłości i podchodzenia z troską do samych siebie. A z tym u nas w Polsce jest problem.

Bo my nad Wisłą mamy skłonność do wbijania sobie nawzajem szpilek, do rządzenia się, do rozpychania łokciami?

Nawet dzieci nie są uczone przez rodziców i w szkole współpracy - uczy się ich rywalizacji. Mało tego, są obarczane oczekiwaniami, że zrobią coś lepiej niż inni. W efekcie w dorosłym życiu też nie potrafimy współpracować i to jest największym problemem we wszystkich miejscach pracy, też w urzędach.

Dlatego w urzędach mnożą się szefowie, z których każdy chce być ważniejszy od innego? Rzeczywiście hierarchia urzędnicza jest tak skomplikowana?

Oczywiście, każdy chce być kimś, każdy chce mieć tytuł na wizytówce. I każdy potrzebuje kimś dyrygować. Kiedy ja przyszłam do urzędu, zanim się obejrzałam, a już okazało się, że mam sześciu szefów. Oficjalnie było dwóch, burmistrz i kierownik, ale po drodze się ich namnożyło, bo ktoś był zastępcą, ktoś był drugim zastępcą, drugim kierownikiem i każdy z nich chciał mieć kogoś pod sobą. Oczywiście wyższe stanowisko niekoniecznie przekłada się na kompetencje i posiadaną wiedzę.

W książce jest scena, w której Ewa zauważa w szkole ścianę ze zdjęciami prymusów. Tam - same dziewczynki. Potem patrzy na zaproszonych na uroczystość państwową gości. W dwóch pierwszych rzędach krzeseł nie ma ani jednej kobiety.

To rzeczywiście kiedyś mi się przydarzyło. Na początku nawet się ucieszyłam, że dziewczynki takie zdolne. Dopiero dziennikarka zwróciła mi uwagę na te krzesła. Wtedy do mnie dotarło - ja też kiedyś byłam prymuską, też zbierałam te filcowe wzorowego ucznia. A potem latałam za burmistrzem jak piesek i parzyłam mu kawę. A przecież bycie prymuską też było spełnianiem czyichś oczekiwań, nie moich, a moich rodziców. O tym też jest moja książka - jak strasznie można siebie zniszczyć życie, spełniając cudze oczekiwania.

Tak zostałyśmy wychowane. Dziewczynki są uczone, by się poświęcać. Czytam właśnie książkę o Beksińskich - żona Beksińskiego była mu całkowicie podporządkowana. Nawet nie skończyła swoich studiów, bo on nie chciał, bo ważniejsza była jego kariera! I na dodatek ona uznała to za coś całkowicie naturalnego. Jakbyśmy były czymś w rodzaju protezy do czyjegoś życia. I taki przekaz przez lata słyszałyśmy, nawet bardziej od innych kobiet niż od mężczyzn! Mam taką przewrotną nadzieję i życzenie na Nowy Rok, żeby nasze dzieci nie spełniały naszych oczekiwań. Niech spełniają swoje.

Sylwia Kubryńska jest pisarką, felietonistką i blogerką. Prowadzi Najlepszy Blog na Świecie. Autorka "Kobiety dość doskonałej", "Furii mać" i "Last minute". Jej ostatnia książka "Biurwa" ukazała się jesienią tego roku nakładem wydawnictwa Czwarta Strona.

Napisz do autora: lidia.pustelnik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...