Wyjątkowość procesu w sprawie Ewy Tylman sprowadza się do tego, że jest poszlakowy. Nagłośnienie tylko mu zaszkodzi

Sprawą zaginięcia Ewy Tylman żyła cała Polska. Czy tak samo będzie z procesem?
Sprawą zaginięcia Ewy Tylman żyła cała Polska. Czy tak samo będzie z procesem? Fot. archiwum rodzinne
Histeria najpierw opanowała media, prawdopodobnie dlatego, że zaginęła młoda dziewczyna. Potem amok ogarnął policję, która poszukiwania ciała zamieniła w spektakl, z niespotykanym na polską skalę nakładem sił i środków. Za ciosem poszła prokuratura, która już na starcie przyznała, że będzie wnioskować wobec podejrzanego o 25 lat więzienia. Teraz do gry włączył się sąd, wpuszczając na salę największe telewizje. Nic dobrego z tego nie wyniknie, a najdziwniejsze w tej całej sytuacji jest to, że ta sprawa nie jest specjalnie wyjątkowa – komentują eksperci.

"Zaginęła młoda kobieta. W stanie upojenia alkoholowego wyszła z klubu ze znajomym. Poszukiwania trwają". "W rzece odnaleziono ciało zaginionej kobiety. Znajomy podejrzewany o zabójstwo". Takie informacje pojawiają się w mediach regularnie. Dlaczego więc cała Polska żyła sprawą Ewy Tylman? Sprawa jakich wiele - mówią prawnicy. A wiele jest znacznie "mocniejszych".

Na wokandach polskich sądów
– Brutalne zamordowanie po uprzednim dręczeniu Joli Brzozowskiej czy podobna sprawa maturzysty Tomka Jaworskiego, a także ta uprowadzonych i zamordowanych dilerów telefonii komórkowej. To były duże, mocne sprawy – wspomina warszawska sędzia Ewa Leszczyńska-Furtak. Jak mówi rozumie, dlaczego tamte tragedie poruszyły Polaków i przyznaje równocześnie, że nie pojmuje gigantycznego szumu wobec sprawy Ewy Tylman, która jej zdaniem należy dość przeciętnych. Takich jak jedna z wielu. – Może rzecz w tym, że to sprawa poszlakowa? – zastanawia się sędzia.

Tyle że poszlakowych spraw nie brakuje: Nie żyje ojciec, córka, instruktor tańca i ksiądz z miejscowej parafii. O to, poczwórne morderstwo podejrzany jest poznany w kościele chłopak, którego małżeństwo sobie przysposobiło. Prawdopodobnie w celach seksualnych. Ciał ofiar nie odnaleziono, poszlakowy proces trwa przed sądem w Warszawie. Zainteresowanie mediów właściwie żadne.

Podobnie nikłe zainteresowanie dziennikarzy budzi kielecki proces w sprawie śmierci małżeństwa zabitego nożem. Oskarżony jest znajomy rodziny, który miał być im winien duże pieniądze, więc upozorował samobójstwo przez samookaleczenie. Zeznaje, że nic nie wie, a małżonków to on próbował godzić. Policjanci i lekarze, którzy byli na miejscu zbrodni, twierdzą, że takiej masakry jak tam, nie widzieli.

Przed gliwickim sądem toczy się sprawa mężczyzny, który miał zamknąć żonę i czworo dzieci w domu, po czym podłożyć ogień. Cała piątka nie żyje. Biegli nie są zgodni, czy oskarżony jest poczytalny czy symuluje chorego psychicznie. Prokurator żąda dożywocia, a mężczyzna cały czas powtarza, że był 10 km od miejsca zdarzenia. Reporterzy zaglądają na salę sporadycznie.

Presja
W sprawie śmierci Ewy Tylman było inaczej. Olbrzymia presja medialna i społeczna odciskała się na pracy organów ścigania od samego początku. Dziś oskarżony Adam Z. mówi, że został wplątany w sprawę, której nie popełnił, że nie pamięta okoliczności, w jakich miała zginąć Ewa Tylman, a do niekorzystnych wyjaśnień zmuszali go policjanci. Wcześniej w światłach fleszy błyszczała prokuratura. Organ zwykle raczej przed procesem milkliwy, tym razem zdradził np., że oskarżony był seksualnie pobudzony.

Teraz presji uległ też sąd. Adama Z. posadzono w pancernej klatce niczym groźnego gangstera, a to już przedstawienie pod publiczkę. Na salę trafiły kamery i choć zabroniono transmisji, to dziennikarze sobie poradzili. Wymyślili retransmisję z kilkuminutowym opóźnieniem. Tyle, że TVP poległa na kwestiach technicznych i poznaliśmy kilka jego tzw. wrażliwych danych.. Sędzia prowadząca sprawę jest wyraźnie zestresowana, nie do końca sobie radzi z sytuacją.

Czym to grozi dziennikarzom
– To niezły skandal i nadużycie. Dziennikarze powinni znać i stosować prawo prasowe, a tym razem zaczęli szukać kruczków – mówi o działaniu dziennikarzy na sali sądowej dr Barbara Mąkosa-Stępkowska z Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii UW. Podkreśla przy tym, że dziennikarz jest zobowiązany do ochrony nie tylko danych osobowych, ale i np. informacji o partnerach. – Takie informacje, w sposób nieunikniony padają ma sali rozpraw, a ich podanie do publicznej wiadomości to droga do procesu – podkreśla Mąkosa.

– Świetnie pamiętam przypadki niejakiego Cezarego F. ze sprawy Grzegorza Przemyka. Był świadkiem w czasie niezliczonej ilości rozpraw. W końcu zażądał, by media nie ujawniały jego nazwiska i skrupulatnie tego pilnował – opowiada doświadczony dziennikarz sądowy. – Za każdym razem, gdy przyłapał jakieś medium na podaniu jego pełnego nazwiska, kierował sprawę o odszkodowanie i zawsze wygrywał spore pieniądze. Niejedna redakcja na tym wpadła – wspomina.

Dlaczego sąd nie lubi kamer
Kłopoty mediów, to tylko wierzchołek góry lodowej. Prawdziwych problemów, kamery mogą przysporzyć składowi sędziowskiemu. – Nie bez powodu istnieją tzw. pokoje dla świadków, a kolejność ich przesłuchiwania jest ustalana. Chodzi o to, żeby osoba zeznająca nie wiedziała, co mówią inni świadkowie. Dzięki temu mogłaby zmieniać swoje zeznania, wpływać na przebieg procesu i jego ostateczny wynik. Często nawet nieświadomie – tłumaczy sędzia Ewa Leszczyńska-Furtak.

Jakby tego było mało, w obecności kamer zeznający się stresują. Zaczynają gwiazdorzyć lub się krygować. – Proszę pamiętać, że te osoby, często np. wśród sąsiadek na podwórku, opowiadają niestworzone historie, o tym co niby wiedzą. Gdy stają przed sądem, pod przysięgą, ta sytuacja je dyscyplinuje. Często w praktyce okazuje się, że ich wiedza jest mała, albo wręcz żadna. Ale to zostaje w czerech ścianach sali sądowej – opowiada sędzia. Podkreśla, że sama świadomość świadka, iż zeznania usłyszy cała Polska, w tym dawno nie widziana ciocia, może te zeznania wypaczyć.

Kamera a oskarżony, czyli show na sali
– To jest tak zwykła sprawa, że w sumie powinna interesować co najwyżej grono specjalistów, ze względu na jej poszlakowy charakter. Trudno zrozumieć tak wielkie nią zainteresowanie – przekonuje mec. Jerzy Naumann, który uczestniczył w wielu procesach z udziałem mediów. Dodaje, że o tym, jak na proces wpływa obecność szerokiej publiczności, można by książkę napisać. – Po pierwsze kamery, czy tego się chce czy nie, wpływają na mimowolne zachowanie każdego uczestnika, od sądu, przez adwokatów i świadków po oskarżonego. A wielu z nich ma w sobie pokłady niezłego aktorstwa – podkreśla prawnik.

Jak mówi Naumann, pomijając sprawy tak oczywiste jak uzyskanie odszkodowania za przypadkowe ujawnienie danych, oskarżony może wygrać wiele, swoją postawą. Np. wytwarzając obraz osoby niesłusznie poszkodowanej. – Może sobie kupić opinię publiczną a to, może mieć wpływ na sąd i finał sprawy. Patrząc po świecie, to np. procesy Chodorkowskiego, czy Sawczenko spowodowały nacisk opinii międzynarodowej. Na naszym podwórku, można przypomnieć np. zabiegi żony senatora Stokłosy, która robiła wszystko, by o sprawie było w mediach głośno. To zawsze ma wpływ na obraz sprawy – opowiada.

– A moim zdaniem, działania prokuratury, która tak tę sprawę nagłaśnia, mają za zadanie przykryć to, co dzieje się teraz np. w Ministerstwie Sprawiedliwości i odwrócić uwagę, od tego, co dzieje się dookoła nas – kończy dość złowrogo mec. Naumann.

Napisz do autora:przemyslaw.penconek@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...