Czekał na własne M, został ofiarą systemu. Odbierał swoje mieszkanie trzy razy i poszedł na wojnę z deweloperem

W Warszawie nowe osiedla rosną jak grzyby po deszczu
W Warszawie nowe osiedla rosną jak grzyby po deszczu Fot . Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta
To była najgorsza decyzja, jaką podjąłem w życiu – mówi naTemat pan Tomasz, który kupił mieszkanie w Warszawie u jednego z największych polskich deweloperów. Ma krzywe sufity, a mieszkanie odbierał trzykrotnie, bo wykonawca wymigiwał się od wprowadzenia poprawek. Tylko w trakcie pierwszego odbioru protokół zawierający zgłoszone wady rozrósł się do dziesięciu (!) stron A4. W walce o swoje prawa pan Tomasz nie zawahał się nawet kupić akcji firmy, bo chciał wygarnąć prezesowi w twarz na walnym zgromadzeniu.

38-metrowe mieszkanie za ok. 300 tysięcy złotych na warszawskiej Woli (na końcu tekstu wyjaśniamy, dlaczego nie podajemy nazwy inwestycji) na pierwszy rzut oka wyróżnia się "tylko" modną aranżacją. Na ścianie w salonie wiszą płyty OSB, które pełnią funkcję dekoracyjną, z tych samych płyt została wykonana szafka RTV, z (krzywego) sufitu zwisają kable, a w pozbawione kloszów oprawki wkręcone są żarówki Edisona.



W biurze sprzedaży usłyszysz dokładnie to, o co poprosisz
Pan Tomasz przekonuje, że zanim wybrał tę inwestycję, sprawdził praktycznie wszystko. Porównał cenę z metra, całkowity metraż, balkon, rozkład, piętro, wszelkie plusy i minusy. – Wcześniej miałem kupić mieszkanie w innej klatce, niemniej zrezygnowałem. Doszedłem do wniosku, że jeśli mam wydać tyle pieniędzy, to nie mogę iść na zbyt dużą ilość kompromisów. W końcu to nie jogurt – mówi.

Według niego sprzedawca nie był rzetelny. – Osoba, która sprzedała mi mieszkanie, nie wzbudziła mojego zaufania. To był typowy sprzedawca, który zrobiłby wszystko, aby sprzedać produkt. Od niego dostałem informację, że nie będzie problemu, jeśli chodzi o wczesny (jako jedna z pierwszych osób na osiedlu – red.) odbiór mieszkania – wyjaśnia. Ten wcześniejszy odbiór był dla pana Tomasza bardzo istotny, a później odmawiano mu go w biurze obsługi posprzedażnej.

Zderzenie z rzeczywistością: tak ma wyglądać moje mieszkanie?
W styczniu 2016 roku udał się na dzień otwarty. Na Pana Tomasza czekał szereg niespodzianek.
Tomasz

Tynk przy części gniazd był napuchnięty i popękany. Najprawdopodobniej był kładziony "na szybko" i nie zdążył wyschnąć przed malowaniem, stąd spuchł i popękał.

– Część ścian była krzywa i nie trzymała kątów na łączeniach. Dodatkowo było bardzo dużo mniejszych niedociągnięć np. porysowana rama okienna, porysowana balustrada na loggii, ubytki tynku, krzywe glify w ościeżach okien, a do tego jeszcze krzywe sufity. Na tej powierzchni (siedzimy w pomieszczeniu o wielkości ok. 14 m² – red.) różnica sięgała 2 centymetrów – dodaje. Na dodatek pod drzwiami balkonowymi znalazł dziwny, kilkudziesięciocentymetrowy próg.
Deweloper próbuje się dogadać, czyli wysyła do rozmowy prawnika
Pan Tomasz na dodatek nie wiedział, że już po dniu otwartym mógł zgłaszać poprawki, choć wcześniej o to pytał. W biurze obsługi posprzedażnej został źle poinformowany. – Inni otrzymali informacje, że mogą zgłaszać "nieoficjalnie" poprawki, a ja nie. W zasadzie jednym z celów dni otwartych było takie przygotowanie mieszkań, aby potem można było je odebrać bezusterkowo – tłumaczy. Dlatego szybko zaczęła się ożywiona korespondencja z deweloperem. W końcu zaproszono go na spotkanie z dyrektor marketingu i sprzedaży.

Na pierwszym spotkaniu nakreślił swoją sytuację. Na drugie kierownik przyszła z inżynierem i radcą prawnym nie informując pana Tomasza, że tak będzie.
Tomasz

Celem tego było stworzenie przewagi w kompetencjach po stornie Dewelopera i coś na wzór "zastraszania" mnie. Gdybym wiedział, zabrałbym ze sobą swojego prawnika. Przygotowałem się jednak, zebrałem trochę informacji.

Rozmowa nie była długa. Pan Tomasz szybko zwrócił uwagę, że umówił się z dyrektorką, a nie z całą trójką. Po krótkiej sprzeczce udało mu się wyprosić inżyniera, który wyszedł z trzaskiem drzwi. W pomieszczeniu został on, dyrektorka oraz prawnik. – Zacząłem wywierać presję. Ona z kolei zaczęła strzelać fochy, ponieważ nie miała potrzebnych informacji i nie była przygotowana do spotkania. W końcu po pół godziny wyszła i zostawiła mnie z prawnikiem – wspomina.

Po nieudanych negocjacjach pan Tomasz zaczął dokładniej przeglądać plany inwestycji. – Weryfikowałem plan architektoniczno-budowlany. W planie wykonawczym wszystkie ściany zostały "odchudzone" o 3 cm (międzylokalowe i zewnętrzne). Dzięki temu na takim mieszkaniu, jak moje, udało się uzyskać dodatkowy metr, który można było sprzedać. W mojej ocenie ma to wpływ na wartości akustyczne – przekonuje.
Tomasz

Cały blok został obcięty maksymalnie, jeśli chodzi o to, gdzie można było oszczędzić. Nie wygląda jak na wizualizacjach. Nie ma nawet odbojników przy barierkach, które przy zamykaniu uderzają metal o metal.

Trudne sprawy na budowie
Sprawa trafiła jeszcze do szefowej biura obsługi posprzedażnej, gdzie walczył o swój wcześniejszy odbiór, poprawienie błędów i konsekwencje wobec pracowników. Ostatecznie kiedy zaczęły się odbiory, pan Tomasz był jednym z pierwszych. Deweloper, przygotowany na ciężkie starcie, przygotował się w osobliwy sposób. – Przed blokiem wyszedł do nas (z panem Tomaszem była firma zajmująca się pomocą przy odbiorach – red.) pan, który nie jest pracownikiem dewelopera, a firmy, która jest outsource'owana i świadczy dla niego usługi. Na dzień dobry powiedział mi, że na co dzień nie robi odbiorów, tylko... trudne tematy – opowiada.

Odbiór rzeczywiście był trudny – trwał sześć godzin, gdzie typowy trwa około godziny. Do tego dziesięć stron poprawek. – Mieszkania nie odebrałem. Nie dowiedziałem się, dlaczego jest ten próg (przy drzwiach balkonowych – red.) tutaj, usłyszałem tylko, że i tak miał być.

Według relacji pana Tomasza okna miały porysowane szyby i ramy, ściany nadal były napuchnięte przy gniazdkach. Nie było kątów na ścianach, które zresztą rozjechały się i nie były równoległe. Sufity nadal byłe krzywe. – Na dachu jest ugięcie stropu, więc koniec końców nie było to możliwe do naprawy. Większość usterek w mieszkaniu rzeczy wynikała z niechlujstwa ekipy tynkarskiej. Było tego niestandardowo dużo – mówi.

Deweloper tak późno wykańczał mieszkanie, że w jednej z wnęk okiennych pan Tomasz znalazł... mokrą zaprawę. Można było w nią wkładać palce.
Taki jest system
Pan Tomasz nie odebrał mieszkania, choć w całej inwestycji deweloper dążył do jak najszybszych odbiorów. Normą było odbieranie mieszkania z błędami, które deweloper deklarował usunąć w ciągu 30 dni. Bo potem może się z tym ociągać.

Jak twierdzi, "to jest model prowadzenia tego biznesu". – Większość deweloperów buduje w fast-foodowym tempie. To proces biznesowy. Im szybciej wybudujesz, tym szybciej możesz sprzedać, im szybciej oddajesz, tym szybciej można rozliczyć środki z rachunku powierniczego z banku. To jest proces, który oni chcą skracać. Przez to jakość tych mieszkań nie jest zawsze idealna. Przy czym to nie są błędy o charakterze konstrukcyjnym, ale estetycznym. Oni liczą na to, że ludzie chcą szybko odebrać mieszkanie, zgodzą się przyjąć z tymi błędami albo nawet ich nie zauważą. Wiele osób nie dostrzega niuansów albo mówi "eee, spoko", bo zadowalają się innym standardem. Ja nie i mnie to gryzie – opowiada.

Ponieważ mieszkania nie odebrał, zostało mu czekanie na drugi termin. To z kolei była typowa gra na wyczerpanie.
– Jak nie odbierasz mieszkania, to deweloper ma 14 dni na odpowiedź na zastrzeżenia z protokołu. I zawsze czternastego dnia była wysyłana odpowiedź, a potem na poprawki jest 30 dni – mówi. Dopiero wtedy można się zgłosić (bo deweloper nie wychodził z inicjatywą) po nowy termin, co oznacza np. płacenie za wynajem w innym miejscu.

Temat prawie dotarł do prezesa – dosłownie
Następne tygodnie pokazały, że pan Tomasz miał rację, nie odbierając mieszkania. Z początku było jednak dobrze – w końcu deweloper większość wad uznał.

Po drodze założył już nieistniejącego bloga, w którym opisywał swoje perypetie z walką o mieszkanie.
Tomasz

Wkrótce dostałem wezwanie do usunięcia contentu szkalującego dobrego imię spółki. W wezwaniu nie zostały wskazane elementy, które by miało rzekomo działać na niekorzyść spółki, zatem wg mnie to była zwykła próba zastraszenia. Podobno tam w firmie każdy czytał mojego bloga.

W ocenie mojego prawnika treści, które tam były, były do obronienia. I mam prawo pisać, więc sprawa była do wygrania. Ale zapytał, czy chce mi się biegać po sądach w tej sprawie i czy na pewno chcę angażować w to dodatkowe środki. Więc zamknąłem go. Blog miał pokazać współpracę z mojej perspektywy – i się udało. Może deweloper nie mógł znieść prawdy na swój temat? Może król jest nagi?

Kupił też jedną (!) akcję firmy, aby dostać się na czerwcowe walne zgromadzenie spółki. – Chciałem pojechać i powiedzieć prezesowi, co myślę. W końcu byłem jednym z właścicieli, pewne sprawy w działaniu spółki leżały mi na sercu – mówi ironicznie. – Finalnie nie pojechałem z bardzo prostego sposobu. Swój udział trzeba zgłosić odpowiednio wcześniej. Ja się spóźniłem o dwa dni – dodaje.

Uznane wady nieuznane
Na drugi odbiór przyszedł także pan od trudnych spraw. – Wiele wad, które zostały uznane w protokole po pierwszym odbiorze, nie zostało naprawionych. Wciąż miałem nierówne sufity, na niektórych ścianach nie było kątów 90 stopni itd. Ten odbiór trwał trochę krócej, ponieważ "tylko" 4 godziny. Co zaskakujące, przy drugim odbiorze deweloper nie uznał niektórych wad, które... uznał w pierwszym protokole. – To nie ma żadnego sensu. Z tym mogłem spokojnie iść do sądu – mówi pan Tomasz.

Są klucze, niedoróbki też
Dalej sprawy potoczyły się standardowym trybem. 14 dni na pismo, 30 dni na poprawki. W międzyczasie pan Tomasz wysłał maila prosto do prezesa spółki. Wiadomość chyba dotarła, bo tym razem deweloper sam zaproponował nowy termin odbioru.

I tym razem pan Tomasz klucze wziął. – Dogadałem się, podczas odbioru jak pokazywałem problem, to od razu ktoś przybiegał i malował, szlifował czy wprowadzał inne poprawki. Ale krzywe sufity zostały. Dogadaliśmy się, że za ilość błędów zrobią mi kilka zmian aranżacyjnych. Skrócili ścianę w kuchni, przenieśli grzejnik, rozprowadzili odpływy i dopływy wody – wylicza. A na dodatek dostał w gratisie trochę materiałów budowlanych.
Krzywe sufity, choć utrudniają aranżację mieszkania, choćby wstawianie szaf do sufitu, nie rzucają się tak bardzo w oczy od wejścia do domu. Uwagę gości przykuwa głównie absurdalnie wysoki próg do skrzydeł balkonowych. – To był pewien niuans. Plan mieszkania i legenda do mieszkania to dwa oddzielne pliki pdf. Do tego mieszkania dostałem wyłącznie plan, bez legendy. Na tym planie masz znak, że albo jest belka konstrukcyjna, albo nie ma. Na moim był planie próg, ale ja tego nie wiedziałem. Nikt mi też o tym nie powiedział. Nie miałem legendy, która tłumaczyłaby konkretne znaki na planie mieszkania. W mojej ocenie nie zostałem poinformowany. W projekcie architektonicznym tej belki nie ma. Sam nie brałem pod uwagę, że coś takiego może mnie spotkać, zobaczyłem to dopiero w dniu otwartym. Do umowy deweloperskiej był z kolei dodany rzut mieszkania bez żadnych wymiarów i danych. Robią tak, żeby nie można było ich z tego rozliczyć – podsumowuje pan Tomasz.

W tekście nie podajemy nazwy dewelopera, ponieważ firma nie chciała odpowiedzieć na nasze pytania bez ujawnienia danych naszego rozmówcy – m.in. numeru lokalu. Nasz rozmówca z kolei nie chciał się ujawniać firmie. Deweloper nie odpowiedział na żadne z pytań, choć niektóre dotyczyły kwestii systemowych dla budownictwa mieszkaniowego, np. niepoprawiania uznanych usterek. Nie odpowiedział także na kwestie dotyczące całej inwestycji, a nie tego konkretnego lokalu – np. czy rzeczywiście "odchudzono" ściany.

"Spółka, przy realizacji swoich zobowiązań wynikających z zawartych z klientami umów, przestrzega zasad odbioru lokalu określonych przez umowę deweloperską oraz tzw. ustawę deweloperską" – przekazano nam.

Też masz nowe mieszkanie? Napisz do autora o swoich problemach: piotr.rodzik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...