"Kodery" jak "mohery". 5 przykładów zachowań w sieci, które pokazują jak na naszych oczach ginie zdrowy rozsądek

W walce o poszanowanie zasad demokratycznych gdzieś po drodze zginął zdrowy rozsądek.
W walce o poszanowanie zasad demokratycznych gdzieś po drodze zginął zdrowy rozsądek. Mirosław Maciąg
Przez wiele lat słowo "moher” było synonimem starszych osób, które miały swoje zdanie - luźno związane z rzeczywistością - i co by się nie działo, to nie zmieniały go. Przedstawiano więc "mohery” jako osoby, z którymi nie warto podejmować rzeczowych dyskusji, bo nie liczą się dla nich fakty. Tymczasem okazuje się, że na naszych oczach ginie rozsądek także po drugiej stronie barykady.

Spiskowa teoria dziejów
O co chodzi z fakturami wystawianymi Komitetowi Obrony Demokracji przez firmę, której współwłaścicielem jest Mateusz Kijowski? Wydawać by się mogło, że sprawa jest prosta. Oto lider ruchu wystawił kilka faktur i zainkasował pieniądz. Wcześniej w mediach po wielokroć zapewniał, że jest bezrobotny, że nie płaci alimentów co do złotówki, bo nie zarabia pieniędzy i jest na utrzymaniu żony. Nagle uregulował swoje zobowiązania, a po pół roku wychodzi na jaw, że … na podobną kwotę opiewały wystawione przez niego faktury.
Tymczasem wystarczy poczytać trochę komentarze internautów w sieci, by dojść do wniosku, że cała ta afera to … spisek. Bo przecież już za dwa miesiące mają się odbyć wybory nowego lidera, więc to, że dokumenty wypłynęły akurat teraz to nic innego jak nieczyste metody walki o władzę. Pewnym usprawiedliwieniem dla głoszących tę teorię jest to, że jako pierwszy o możliwym spisku mówił sam Mateusz Kijowski. Czy jednak bezgraniczna wiara w lidera KOD rzeczywiście nie ma granic?
Kto miałby stać za tym przeciekiem? Jeszcze nie wiadomo, ale już za dwa miesiące może będzie to jasne. Dziś podejrzani są wszyscy, od Władysława Frasyniuka przez Radomira Szumełdę do Magdaleny Filiks. Nikt już nie mówi o tym, czy Kijowski postąpił właściwie, czy nie biorąc pieniądze. Gdzieś w półmrokach ginie przekaz o tym, że Mateusz Kijowski przez wiele miesięcy dawał do zrozumienia, że pracuje charytatywnie w KOD. To nie istotne, słowo „spisek” zamyka temat. W publicznej świadomości zapanowała teza, że ktoś chce się pozbyć Kijowskiego i dlatego rozpętał tę nagonkę.



Zaklinanie rzeczywistości
Z drugiej strony jest spora grupa ludzi, którzy próbują zaklinać rzeczywistość i twierdzą, że nic złego się nie stało. Przekonują, że Mateusz Kijowski i jego afera fakturowa to nic takiego, bo komitet to tysiące członków, 16 regionów, jeden Kijowski KOD-u nie czyni.
Problem w tym, że właśnie czyni. Przez rok Kijowski był obecny w mediach i na demonstracjach. Można był stawiać znak równości między osobą lidera i wielotysięcznym tłumem, na zasadzie „mówisz KOD – myślisz Kijowski”. I na odwrót. Kijowski jeździł na swoim słynnym już motorze po całej Polsce, tu się pojawił na mównicy, gdzie indziej szedł w pierwszym szeregu wielotysięcznej demonstracji, jeszcze innym razem rozmawiał z dziennikarzami w studiu radiowym lub telewizyjnym. Śmiano się, że nie można otworzyć lodówki, żeby nie wyskoczył z niej Mateusz Kijowski.

Aż tu nagle jednego dnia tysiące komentatorów informują o tym, że człowieka, który od roku był zawsze na czele protestów, bez problemu można wygumkować na zdjęciach. Bo nie liczył się lider Komitetu Obrony Demokracji, tylko ten tłum. Bo nikt nie przychodził dla Kijowskiego, tylko żeby demokracji bronić. To prawda, ale z drugiej strony przez osobę lidera można teraz zdyskredytować całych komitet. Nic już nie będzie takie samo, mleko się rozlało. Przed szefostwem KOD stoi teraz arcytrudne zadanie odbudowania zaufania. O tym, jak bardzo spadło z powodu afery można będzie się przekonać już przy najbliższe demonstracji, zaraz po otwarciu puszek. Kilka osób pewnie się zastanowi, czy chce dalej fundować Kijowskiemu najnowsze telefony i laptopy.

Polacy, nic się nie stało
Zaklinanie rzeczywistości to nie tylko domena ludzi związanych z KOD. Jak się okazuje, ten sport uprawiają także zwolennicy Nowoczesnej, którzy twierdzą, że wycieczka do Portugalii lidera tej partii nie ma żadnego znaczenia. Gdyby mieli rację to media i politycy nie zajmowały by się tym tak długo.
Niejaki Ryszard P. ma prawo lecieć z kim chce, dokąd chce i kiedy chce. Wciąż jesteśmy w Unii Europejskiej, nikt nas nie cofnie spod granicznego szlabanu do domu. Niestety, to co się tyczy osób prywatnych nie ma już zastosowania w przypadku osób publicznych. Zwłaszcza wtedy, gdy chwilę wcześniej mówią o konieczności zaangażowania wszystkich w obronę demokracji, a zaraz potem dają się sfotografować na pokładzie samolotu do Portugalii.

Formalnie lider Nowoczesnej nie zrobił nic złego, poleciał „za swoje”. Szkoda tylko, że zapomniał powiedzieć o tym swojej klubowej koleżance, przez co Katarzyna Lubnauer musiała świecić oczami przed dziennikarzami pytającymi o to, jaki charakter ma wyjazd jej szefa. Wyborcy długo nie zapomną tej sceny, gdy posłanka próbowała ratować Ryszarda Petru wymyślając na poczekaniu powody wyjazdu.
Jeszcze żeby poleciał sam albo z żoną, ale nie – towarzyszyła mu klubowa koleżanka, która na wielu zdjęciach patrzy na niego jak urzeczona. Gdy w tle pojawia się kłamstwo i możliwy romans Petru, trudno liczyć na to, że wizerunek szefa partii pozostanie bez skazy. A to rozleje się na całą partię, bo choć nabroił Petru, to odium spadnie i na Lubnauer, i na Gasiuk-Pihowicz, i Scheuring-Wielgus, a także resztę posłów tej partii. Trudno dziś przewidzieć, jak przełoży się wyjazd Petru na poparcie dla Nowoczesnej, można nawet przypuścić, że notowania Nowoczesnej będą spadać wolniej niż wiarygodność lidera formacji. Ale twierdzenie, że nic si nie stało to nic innego, jak pobożne życzenia.

Wiara w zgodę ponad podziałami
Osobnym tematem jest wiara wyborców PO i Nowoczesnej w zgodę i porozumienie ponad podziałami. Gdy zagłębić się w komentarze, zewsząd przebija przesłanie o „zjednoczonej opozycji”. To jest hasło, które tłum skandował pod Sejmem 16 grudnia i kilka następnych dni. I choć na pierwszej fali protestu można było mieć nadzieję, że oto rodzi się w bólach opozycja zdolna realnie wstrząsnąć Jarosławem Kaczyńskim, to w praktyce okazało się, że na nadziei się skończyło.

Gdy wyłamał się Władysław Kosiniak-Kamysz, a posłowie PSL zaczęli opuszczać salę plenarną, pod Sejmem wciąż jeszcze stali ludzie przekonani o tym, że wszystkie partie opozycyjne będą działać ramię w ramię w obronie demokracji. Gdy zauważono rejteradę ludowców przekonywano się wzajemnie, że to nic, to zaledwie kilku posłów, ale prawdziwa siła jest w połączonych Platformie Obywatelskiej i Nowoczesnej.

I gdy mit zjednoczonej opozycji pryska jak bańka mydlana, internauci wciąż piszą o tym, że zjednoczona opozycja jest w stanie przeciwstawić się władzy Prawa i Sprawiedliwości. Wierzą w to, że pod wspólnymi sztandarami KOD, Nowoczesnej i Platformy będą dalej walczyć o swoje prawa i poszanowanie konstytucji. Nie dostrzegają tego, że liderzy dwóch głównych partii opozycyjnych to typowe samce alfa, które nie zgodzą się na jakąkolwiek daleko idącą współpracę, jeśli miałoby się to odbić na ich pozycji i popularności kierowanych przez nich formacji.

Świadczą o tym choćby szpilki, które wbijają sobie od kilku dni. Petru krytykuje Schetynę, Schetyna Petru, trudno tu mówić o pełnej współpracy. Nie można ich winić za to, że dbają o interesy własnych partii, ale widać wyraźnie, że żaden z nich nie chce pogodzić się z utratą wpływów. Grzegorz Schetyna walczy o to, żeby Platforma odzyskała głosy wyborców, Ryszard Petru wyraźnie kreuje się na lidera opozycji. Obaj mają świadomość faktu, że wzrost popularności jednej formacji będzie się odbywał w dużej mierze kosztem drugiej. A nie zanosi się na żaden kongres zjednoczeniowy.

Kaczyński jako ten anioł zniszczenia
Wystarczy wejść na dowolne forum, by po kilku minutach wiedzieć, że za całe zło tego świata odpowiada Jarosław Kaczyński. To on steruje Sejmem, Senat ma w prawej kieszeni spodni, rząd w lewej, a z tylnej kieszeni wystaje ręka Andrzeja Dudy. Temu ostatniemu czasem prezes PiS pożycza długopis do podpisywania ustaw, co prezydent czyni zwykle bezzwłocznie.
To, że posłowie PiS są jak orkiestra, a Jarosław Kaczyński dyryguje nimi niczym kapelmistrz nie ulega wątpliwości. Duda, który jeszcze jako kandydat na prezydenta lubił pokazywać się jako osoba niezależna i niezłomna dziś podpisuje niemal wszystko, co z Sejmu czy Senatu wpłynie na jego biurko. Czy jednak Kaczyński rzeczywiście jest demonem zniszczenia, który całymi dniami knuje jak by tu podeptać polską demokrację i prawa obywateli?
PiS wygrało wybory, ma większość, a prezes rozgrywa karty. Owszem, są znaczone i nikt jeszcze nie wie, ile tak naprawdę asów jest w tej talii, jednak prezes nie zamyka opozycji w więzieniach, nie internuje dziennikarzy, nie wyprowadził też wojska na ulicę. Porównywanie go do generała Jaruzelskiego jest co najmniej nie na miejscu. A takich porównań nie brakuje w sieci. Bo Jarosław Kaczyński jest jak diabeł wcielony, któremu można przypisać każde złe intencje.

Zwolennicy KOD, którzy wierzą w Mateusza Kijowskiego, zwolennicy Nowoczesnej, których nie zraziła portugalska eskapada lidera tej partii i wreszcie tysiące ludzi, którym nie jest obojętne to, co robi Jarosław Kaczyński, często popadają w przesadę. Bronią na siłę to, czego obronić się nie da. Piętnują to, co godne jest krytyki, popadając przy tym często w przesadę. Gdzieś po drodze zatracono cechę, która dotąd odróżniała "lemingi" od "moherów" – zdrowy rozsądek. I teraz jedni i drudzy stoją po obu stronach barykady, podobnie zacietrzewieni, podobnie odrzucający racjonalne argumenty. I tylko ta barykada jest coraz wyższa.

Napisz do autora: pawel.kalisz@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...