Dlaczego umawiamy się tyle do przodu, a odwiedziny bez zapowiedzi są faux-pas

gosphotodesign / 123RF Zdjęcie Seryjne
Kiedy ostatnio wpadłeś do znajomego czy kuzynów bez zapowiedzi? Ot tak, bo przechodziłeś obok ich domu i pomyślałeś, że miło byłoby się przywitać? No właśnie. Najpewniej były to lata 80. (może początek lat 90.), gdy niespodziewane pukanie do drzwi wywoływało ciekawość i radość z odwiedzin. Trudno dokładnie określić, kiedy te uczucia zastąpiły inne – wkurzenie i niezadowolenie, wynikające z faktu, że ktoś nas nachodzi bez uprzedzenia.

– „A kogo to do nas znowu niesie” – tak mawiał mój tata, gdy byłam mała i gdy słyszeliśmy dzwonek do drzwi. To było jakby hasło, na które mama automatycznie stawiała wodę na herbatę, a ja z siostrą cieszyłyśmy się, że rodzina będzie miała chwilę wytchnienia od codziennych obowiązków, zatrzyma się, wspólnie posiedzi z gościem – wspomina dziś 34-tetnia Magda z Warszawy.



To jej ostatnie ciepłe wspomnienia związane z odwiedzinami bez zapowiedzi. – Rok temu, podczas rozdawania zaproszeń na ślub, przekonałam się dość boleśnie, że dziś niezapowiedziane wizyty kończą się grymasem na twarzy osoby, którą nachodzimy, rozmową w drzwiach albo udawaniem, że nie ma nikogo w domu – opowiada Magda.

– Razem z narzeczonym mieliśmy do wręczenia blisko sto zaproszeń. Trudno było nam każdego uprzedzać, kiedy i o której będziemy, bo rozwoziliśmy te zaproszenia w każdej wolnej chwili, chociażby będąc w okolicy. Zwykle zajmowaliśmy znajomym i rodzinie od 5 do 20 minut, więc byłam zdziwiona, że nasze wizyty upływały w pewnego rodzaju napięciu – opowiada. Koleżanka, którą oboje znali od podstawówki, nie otworzyła im drzwi. – Po tym, jak zapukaliśmy, dźwięki w mieszkaniu ucichły, widzieliśmy, jakby ktoś zajrzał przez wizjer i odszedł na paluszkach. Nie wróciliśmy już z zaproszeniem – mówi.

Gość w dom, Bóg w dom? Tylko zapowiedziany

Nie tylko Magda czuje, że odwiedzimy bez zapowiedzi są wielkim faux pas. – Doszło do tego, że dzwonię do siostry, która mieszka za ścianą w bliźniaku – mówi Katarzyna, z Warszawy. – Ostatni raz byłam u niej na niedzielnym, umówionym obiedzie, a wcześniej miesiąc temu. Zdarzyło się, że chciałam wpaść na chwilę, ale siostra poprosiła o wizytę w innym terminie – mówi 28-latka dodając, że siostra nie stosuje już tej zasady wobec siebie i często wpada „po coś” bez uprzedzenia. – Tłumaczy, że nie może się odzwyczaić, bo dopiero od 4 lat nie mieszka w tej części domu – mówi Katarzyna.

Z kolei Andrzej zawsze wcześniej dzwoni do rodziców. - Umawianie z nimi weszło mi w nawyk po jednej spontanicznej wizycie. Mama wówczas stwierdziła, że lepiej, żebym dawał znać przed przyjazdem, bo „dziś mam pełne ręce roboty i nie ma czasu siedzieć” – cytuje Andrzej.

Właśnie pranie, sprzątanie, niechęć do tego, aby ktoś (nawet bliski), plątał nam się po mieszkaniu sprawia, że przysłowie „Gość w dom, Bóg w dom” nabiera nowego wymiaru i wpisuje się w nie tylko gość zapowiedziany.

Wróciliśmy do zasad z minionego stulecia

- Anonsowanie wizyt było ważnym elementem form towarzyskich w minionym stuleciu. „Wpadanie” bez zaproszenia mogło się skończyć informacją służby, że „państwa nie ma w domu”. Bo jakże przyjmować gości w domowym stroju w niewystarczająco posprzątanym salonie bez fryzury i stosownej biżuterii? – mówi Maria Bujas Łukaszewska z Akademii Dobrych Manier.

Diametralnie inne podejście do odwiedzin nastało w czasach minionej epoki komunizmu. Wizyty o dowolnej porze były praktycznie normą i nikt z tego powodu nie wychodził na człowieka bez ogłady. - Wpadali znajomi, sąsiedzi „po coś” i najczęściej zabierali gospodyni sporo czasu. To były czasy, choć siermiężne, to towarzyskie. Poza tym nie było telefonów komórkowych, a i telefon stacjonarny był rzadkością, więc trudno było się umawiać – mówi ekspertka savoir – vivre.

Teraz ponownie wróciliśmy to zasad z minionego stulecia, tyle że gońca, który uprzedzał o potencjalnej wizycie, zastąpiły sms-y, komunikatory, Facebook i telefon. – W dzisiejszych, zabieganych czasach, skrzętnie zbieramy chwile odpoczynku, a nadmiar czasu przeznaczamy na przyjemności np. oglądanie filmów czy surfowanie po Internecie. Wielu ludzi nie czuje także konieczności spotkania się w tzw. realu, skoro można porozmawiać na Skypie – mówi.

Nie chcemy, żeby nam przeszkadzano. Nie lubimy być zaskakiwani niespodziewaną wizytą. - Obserwuję, że i goście zaczynają dostrzegać ów galop zapracowanych i aktywnych ludzi. Zaczynamy pilnować pór prywatnych rozmów telefonicznych do znajomych i bliskich, aby nie przeszkadzać - mówi Maria Bujas Łukaszewska z Akademii Dobrych Manier dodając, że według zasad savoir- vivre, taktownie jest zadzwonić i zapytać gospodarzy, czy bliskich, o możliwość złożenia wizyty.

Czasem potrzebujemy drugiego człowieka już, a nie za miesiąc

Z jeden strony jest savoir – vivre, z drugiej rozsądek podpowiadający, że należy się umówić, ale z trzeciej pojawia się ta myśl, że fantastycznie jest móc zapukać bez zapowiedzi do drzwi rodziców, sąsiada czy przyjaciółki, gdy mamy problem albo potrzebujemy przysłowiowej szklanki cukru i wiedzieć, że zostaniemy ciepło przyjęci.

- Mam wielkie szczęście, bo mam sąsiadów, do których mogę zapukać o każdej porze dnia i nocy. Dosłownie. Nie nadwyrężamy się, ale potrafimy wpaść do siebie bez zapowiedzi. Nie dalej jak w zeszłą niedzielę, byłam chora, więc sąsiedzi z naprzeciwka zapukali ok. 13 i przynieśli mi ciepły obiad. Sąsiedzi, którzy mieszkają w mieszkaniu obok, to z kolei nocne marki, ostatnio wydrukowali mi pracę na studia po północy, bo zabrakło mi tonera w drukarce. Nie ma nic złego w tym, że czasem potrzebujemy drugiego człowieka bez zapowiedzi – uważa 31-letnia Alicja, która ma bez anonsowania wizyty może odwiedzać jeszcze przyjaciółkę, która mieszka kilka ulic dalej.

Także Joanna, ma dwie kuzynki i koleżankę, do których może wpaść bez zapowiedzi. – Mam działkę ok. 40 km od Warszawy, na którą jeżdżę średnio co trzy, cztery miesiące. Kiedy jestem na miejscu zdarza mi się robić kumpeli niespodziankę. Dzwonię do drzwi i wyciągam ją na kawę. Ona zawsze autentycznie się cieszy i albo jak jest „w proszku” to zaprasza mnie do domu, a gdy jest wyszykowana to idziemy gdzieś posiedzieć – opowiada Joanna lubi to poczucie, że gdzieś jest mile widzianym gościem nawet takim, który odwiedza bez uprzedzania. Sama też ma grono osób, dla których drzwi jej domu są zawsze otwarte. Zaznacza jednak, że w takich odwiedzinach nie ma nic złego pod warunkiem, że są okazjonalne.

- Polacy stoją w pewnym rozkroku. Już nie jesteśmy społeczeństwem z kręgu kultury kolektywistycznej, ale jeszcze nie jesteśmy w stu procentach w kulturze indywidualistycznej. To sprawia, że nie ma jednego podejścia do odwiedzania się bez zapowiedzi – komentuje dr Marta Penczek, psycholog kulturowy z Uniwersytetu SWPS. W kulturach indywidualistycznych, człowiek nie życzy sobie wchodzenia z butami w prywatną przestrzeń, w kolektywistycznych jest mile widziany, nawet gdy pani domu będzie w tym czasie prać i gotować. Gość może posiedzieć w tym czasie na tarasie, wypić kawę, po prostu być.

- Prywatność ma coraz większe znaczenie dla dzisiejszego pokolenia 30-latków, żyjących w dużych miastach. W mniejszych miasteczkach i wsiach nikt nie obrazi się za pukanie do drzwi – ocenia dr Marta Penczek, psycholog kulturowy z Uniwersytetu SWPS.

Jak doszliśmy do tego momentu? - Przyszły wraz z nowym pokoleniem dzisiejszych trzydziestolatków, które nie chce, aby ktoś zaglądał im pod przysłowiową pierzynę. Poznaliśmy smak niezależności, prywatności i zaczęliśmy się z tym dobrze czuć. Możemy wciąż cieszyć się, że sąsiad czy ktoś z rodziny przyjedzie z ciepłym rosołem, gdy jesteśmy chorzy, ale nic nie stoi na przeszkodzie, aby wcześniej dał nam znać, że jedzie. Wtedy nie przywitamy go w drzwiach w piżamie, ale założymy chociaż szlafrok - mówi dr Marta Penczek.

Indywidualizm, droga, z której wracają nieliczni

To co w Polsce już należy do rzadkości, wciąż ma się świetnie, chociażby w krajach Afryki, Ameryki Południowej, ale też krajach arabskich oraz Indiach i Chinach. Martina Zawadzka, która prowadzi bloga o podróżach lovelajf.pl, doznała największej gościnności na Bali. Odwiedzanie bez zapowiedzi i wspólne ucztowanie z przybyłymi gośćmi było na wyspie standardem.

- Mieszkałam z hinduską rodziną i spędzałam czas wyłącznie z miejscowymi. Uczestniczyłam w ich świętach, zwyczajach, poznałam tajemnice balijskiego kalendarza i doświadczyłam prawdziwego życia na Bali. Pewnego dnia zaproszono mnie nawet na balijskie wesele. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nigdy w życiu nie widziałam nawet na oczy państwa młodych. Byłam dla nich obcą osobą, którą posadzono przy stole, kazano częstować się pysznościami i radować towarzyszącemu im szczęściu. To fascynujące jak otwarci są ci ludzie. Nie sądzę, abym w Polsce miała okazję doświadczyć podobnej sytuacji – mówi Martina Zawadzka, podróżniczka.

Umiejętność spontanicznej bliskości łatwo utracić. – Znajomy z Chin, który przyjechał do Polski odczuł wielką ulgę, że w końcu nie ma na głowie całej rodziny. Okazało się, że był tym życiem w kolektywie zmęczony – mówi dr Marta Penczek, psycholog kulturowy z Uniwersytetu SWPS. Podobne odczucia towarzyszą Esterze, która ma włoskie korzenie. – Na południu Włoch, w której mam część rodziny uprzedzanie się o odwiedzinach nie istnieje. Wpadają ciotki, kuzynki, znajomi znajomych i nie ważne czy jest rano, czy wieczór. Do Polski wracam z ulgą, bo wiem, że nikt nie będzie mnie nachodził – opowiada. Przyznaje, że w dzieciństwie, które spędziła, właśnie we Włoszech takie odwiedziny były dla niej normą. Dziś nie mogłaby do tego wrócić.

Estera jest idealnym przykładem kulturowej przemiany. Jeśli raz wyjdzie się z kultury kolektywnej otwiera się jedynie droga do indywidualizmu. Z tej drogi wracają tylko jednostki, które na nowo potrzebują nielimitowanej zasadami bliskości.

Napisz do autora: jolanta.korucu@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...