BMW X6 M50d – samochód do denerwowania innych. Mężczyźni patrzą z zazdrością, kobiety z fascynacją

BMW X6 M50d to intrygujące połączenie SUV-a i klasycznego coupe. Fot. naTemat
Gdy do kalendarza testów wpadła pozycja o nazwie BMX X6 M50d, wiedziałem, że będzie wyjątkowo. Odbierając tego bydlaka kilka miesięcy później, jeszcze bardziej utwierdziłem się w tym przekonaniu. A gdy uwagę na niego zwróciły redakcyjne koleżanki w ogóle nie związane z motoryzacją, nie można było mieć już żadnych wątpliwości. X6-tka to auto kłujące w oczy.

Bydlak to słowo dobrze oddające sylwetkę tego samochodu. X6 wygląda jak ten wielki wyrzeźbiony i wiecznie wkurzony gość, którego za każdym razem widujesz na siłowni. I trochę taki ma wizerunek. "Złego chłopca", który właśnie tym do siebie przyciąga. Faceci patrzą na niego ze skrywaną zazdrością. Kobiety z nieskrywanym podziwem. Ten model nie ma grzecznej aparycji. A wygląd w połączeniu z tą ciągle stereotypowo odbieraną marką, dla wielu jest wystarczającym powodem, by kłuć w oczy.
Tyle metafor. Już konkretniej BMW X6 to osobliwy crossover, który dziś wyglądem zwraca uwagę, ale już nie szokuje. A gdy powstawał dekadę temu, wcale taki oczywisty nie był. To bowiem auto będące połączeniem SUV-a i sportowego coupe. Niecodziennie, prawda? Pojeździ i sportowo, i praktycznie. Wygląda? Tak samo. To dla tego modelu BMW po raz pierwszy w historii wprowadziło nazwę tzw. SAC, czyli Sports Activity Coupe. Dzięki tej zabawie motoryzacyjną genetyką, udało się stworzyć wielkoluda ze skrajnie dynamiczną i agresywną sylwetką.
I choć opisując wygląd tego auta, używam sporo słów o pejoratywnym znaczeniu, BMW X6 swoją sylwetką zachwyca. Nie tylko mnie. Trzeba by mieć w sobie dużo złej woli, by nie docenić tego, jak model w tym kolorze prezentuje się na tle śnieżnych krajobrazów. Trochę taki niemiecki "niedźwiedź polarny". Kolor, postura, moc, zwinność - wszystko pasuje.

Szeroki, przysadzisty, a jednocześnie w ogóle nie ociężały. Przód tego auta jest zwyczajnie... niezwyczajny. Standard od najnowszych modeli BMW doprawiony wlotami powietrza łapczywie wciągającymi wszystko, co nawinie im się pod nos. Widok goniącego nas BMW we wstecznym lusterku jest ciekawym doświadczeniem.
BMW X6 góruje wszędzie tam, gdzie się pojawi. A na parkingu przysporzy kierowcy sporo kręcenia i wymusi koncentrację. Na szczęście nad wszystkim czuwa seria aniołów stróży w postaci jakiegoś miliarda czujników i kamer, dbających o to, by broń boże tym cackiem w coś nie puknąć.

Wracając na moment do początkowej metafory "wielkiego gościa z siłowni". Nie ma tu miejsca na słabości czy wizualne niedoróbki. Wszystko jest wyćwiczone proporcjonalnie. Wielka "buda", wielkie wloty powietrza, wielkie felgi, wielkie opony (serio, kawał szerokich kapci) no i wielkie pieniądze.
W tym wszystkim moją uwagę bardzo szybko zwróciły ciemne śruby powkręcane od wewnątrz nadkoli. Przy sporej ilości wolnego miejsca między kołem a "blachą" bardzo szybko rzucały się w oczy. Świetny kontrast podkreślający twardszy charakter samochodu w tym - bądź co bądź - przeważającym luksusie.

Model, który widzicie na zdjęciach przykuwa taką uwagę także z innego powodu. To wersja z pakietem M, który za pomocą magii (i dodatkowych pieniędzy) doprawia nasze BMW. Między innymi za sprawą wizualnych zmian przedniego i tylnego pasa, progów, nadkoli, większych i ładniejszych felg, loga M, lusterek, końcówki rury wydechowej, "skrzeli" itd.
To oczywiście nie tylko zmiany wizualne. Model wyposażono m.in. w adaptacyjny układ jezdny, dzięki czemu uwypuklono sportowe właściwości auta. Amortyzatory są kontrolowane w sposób dynamiczny, a przy współpracy z pneumatycznym zawieszeniem tylnej osi zestrojone są właśnie z myślą o sportoywch osiągach. Choć auto ma napęd na cztery koła, większe akcenty położono na tylną oś, co zgodnie z charakterem BMW, pozwala utrzymać sportowego ducha.
No dobra, wsiadamy do środka. Zacznijmy jednak od tyłu, gdzie drzwi ze względu na taką sylwetkę samochodu otwierają się wyjątkowo wąsko. Z tego samego względu, choć z tyłu jest przestronnie, wyżsi użytkownicy mogą czasem zahaczyć głową o sufit.

Zacząłem od tego, bo to właściwie jedyna rzecz, do której można przyczepić się w środku tego modelu. Wyposażony w standardzie BMW Individual. To taka fajna opcja, która pozwala klientom wymyślić sobie wnętrze swojego BMW tak, jak tylko im się zamarzy. Tutaj postawiono na odważne wiśniowe (?) skóry, które pewnie w wielu innych wariantach byłyby dyskusyjne, natomiast tutaj w kontrze do jasnego lakieru sprawdzają się bardzo dobrze. Dodają ciepła i sprawiają, że w środku jest przytulniej.
Poza wspomnianym sufitem z tyłu o miejsce nie musimy się martwić. Siedzi się wygodnie, w fotelu, który można regulować w tylu pozycjach, że chyba mało kto korzysta z nich wszystkich. Wiadomo, że duży samochód wszystko ma duże, ale początkowo chwilę zajęło mi się oswojenie właśnie z dużą kierownicą. Prowadząc takie auto kierowca dostaje naprawdę duże poczucie pewności i bezpieczeństwa.

Wnętrze to to, co znamy ze wszystkich innych modeli BMW. Wysokiej jakości materiały, nieprzekombinowany kokpit i spory, niedotykowy ekran. Przedni panel jest delikatnie skierowany w stronę kierowcy, dzięki czemu od razu wiadomo, że "pilot" jest tylko jeden.
Przy tych mrozach doceniłem opcję podgrzewanych foteli, ale w tak bogatym wyposażeniu zabrakło (albo jest wyjątkowo nieintuicyjnie rozmieszczone) podgrzewania kierownicy. Wsiadanie po nocy w ok. -20 stopniach nie należy do przyjemności. Auto odpala wtedy bez najmniejszych problemów, ale zauważyłem, że elektroniczny wyświetlacz temperatury itd. potrzebował chwili na dojście do siebie. Cyferki były lekko "rozmazane".
Kierowca poza puknięciem skrzyni biegów w tryb sportowy, może także wrzucić tryb jazdy: eko, komfort, sport i sport plus (z wyłączoną kontrolą trakcji). Tę ostatnią można wyłączać też dedykowanym do tego przyciskiem. Nie ma za to żadnych opcji dotyczących mniej lub bardziej terenowej jazdy lub nawierzchni.
Te kilka dni testu przypadły na jeden z bardziej zaśnieżonych i mroźnych okresów tego roku. Idealna okazja, by sprawdzić takie auto. I na śniegu, i na lodzie, i w lesie, i na trasie. Wspomniany napęd na cztery koła z akcentem na tył gwrantował kierowcy dużą pewność prowadzenia. Elektroniczne systemy wspomagające kierowcę nie pozwalały autu niebezpiecznie uciekać na boki, jednocześnie pozwalając przeć do przodu trochę jak odśnieżarka.
Ewentualne wyłączenie kontroli trakcji pozwoli także na śnieżną zabawę tam, gdzie jest to bezpieczne. Testowe hamowanie na oblodzonej lub mocno zaśnieżonej drodze bardzo szybko uświadamiało, jak w takich warunkach łatwo o wypadek. Nagłe hamowanie zamienia się w jeden wielki ślizg. Jeśli jednak dochodziło już do takiej celowo sprowokowanej sytuacji, auto sunęło przed siebie, nie gubiąc toru jazdy.
3-litrowy diesel o mocy 381 koni mechanicznych nawet nie brzmi jak diesel. Niemniej, nie będzie tutaj euforii dla fanów brzmienia silnika. Do tego dochodzi niecałe 2,3 tony masy własnej, 5,2 sekundy do pierwszej setki, prędkość maksymalna 250km/h i 8-stopniowa skrzynia biegów, w razie czego możliwa do zastąpienia łopatkami, choć realnie normalny kierowca nie ma w ogóle takiej potrzeby. Umiejętne operowanie trybami jazdy/skrzyni w zupełności wystarcza. Niezależnie od tego, co robiłem i jak jeździłem tym autem, spalanie utrzymywało się na poziomie 12l/100km - jak amen w pacierzu.
Tyle tych przyjemności, bo pora przejść do fundamentalnego pytania, które zawsze w takich przypadkach pada. No dobra, ale ile? Sporo. BMW, które widzicie na zdjęciach, czyli X6 M50d zaczyna się od 430 tys. złotych. Zwykła X6-tka jest trochę tańsza, ale też potrafi przyprawić o zawroty głowy. Tam ceny zaczynają się od 328 tys. złotych.
BMW X6 jest trochę jak władca dusz. To auto, które sprawia, że kierowcy bije szybciej serce z podniecenia, a innym z zazdrości. Można się oszukiwać, ale to ciągle samochód do bardzo wyraźnego podkreślania swojego statusu. To luksusowy samochód z charakterem, który w doskonałym stylu łączy kilka tak wydawałoby się rożnych rodzajów. Mniam.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...