Wszyscy jesteśmy wariatami, szukającymi sensu. Czemu "Toni Erdmann" to najlepsza komedia tego roku, a może i dekady

"Toni Erdmann" - doskonała niemiecka komedia, po której zastanowisz się nad sensem życia. Z szerokim uśmiechem na twarzy.
"Toni Erdmann" - doskonała niemiecka komedia, po której zastanowisz się nad sensem życia. Z szerokim uśmiechem na twarzy. Fot. materiały promocyjne / Komplizen Film
Niemiecka komedia brzmi niczym oksymoron. Ale prawie udławiłam się ze śmiechu, oglądając właśnie niemiecką komedię. Maren Ade sprawiła, że łzy ciekły mi po policzkach. Jej "Toni Erdmann" uderza humorem, zaskakującymi zwrotami akcji i pytaniami o sens życia przy tarciu sera na głowę i poduszce-pierdziuszce pod czterema literami.

Ojciec swojej córki
Winfried (Peter Simonischek) to nauczyciel muzyki i samotnik, mający kompana w ukochanym psie. Do jego ulubionych rozrywek należy straszenie listonosza sztucznymi, krzywymi zębami i peruką. Ma córkę Ines (Sandra Hüller), ale rzadko się z nią widuje. Praca dla firmy consultingowej pochłania większość jej życia, które od roku prowadzi w Bukareszcie. W rodzinnym mieście zjawia się od wielkiego dzwonu, nawet wtedy wisząc na telefonie. Jest spięta i pozbawiona poczucia humoru. Zaniepokojony tym, co widzi ojciec postanawia ją odwiedzić - bez uprzedzenia.
Od początku wizyta skazana jest na porażkę. Winfried nie zachowuje się zgodnie z przyjętymi normami. On woli funkcjonować ponad nimi. Dlatego w najmniej stosownych momentach wyciąga z kieszeni sztuczne uzębienie i potrafi wmówić klientowi Ines, że zatrudnił zastępczą córką, bo tej prawdziwej praktycznie nie widuje, a wynajęta przynajmniej... obcina mu paznokcie u stóp.


Ten i podobne wybryki ojca doprowadzają Ines do białej gorączki. Staje się opryskliwa, szczególnie kiedy padają trudne pytania, jakimi na co dzień woli nie zawracać sobie głowy. Trzyma wszystkie emocje na wodzy, bo wie, że kiedy dopuści je do głosu, będzie musiała się z nimi zmierzyć. Jedna sprzeczka przechodzi w drugą, aż następuje moment, gdy Winfried wyjeżdża. Chyba.

Mów mi Toni
Ojciec wsiada do taksówki, córka znów wchodzi w rolę zapiętej pod szyję korporacyjnej samicy alfa. Albo samca - bo funkcjonuje ponad podziałem na męskie i żeńskie, śmieje się w twarz feministkom i… mężczyznom, którzy chcą pokazać, gdzie jej miejsce. Jest sztywniarą i bestią mającą świra na punkcie kontroli, również w łóżku. Z dziewczyny, jaką kiedyś była, mało już zostało.
Towarzyszymy jej w szklanym biurowcu w Rumunii A oddzielonym płotem od Rumunii B, idziemy za nią do luksusowego baru, gdzie spędzi "damski wieczór". Ta scena zmienia w obrazie Ade dosłownie wszystko. Licytując się z koleżankami, która przeżyła najgorszy weekend życia, kobieta poznaje Toniego Erdmanna. Alter ego taty. Toni przedstawia się jako biznesmen i coach szefa Ines, a tej nawet powieka nie drgnie. Wchodzi w rozpoczętą grę, rzuca na głęboką wodę i nie ma ze sobą koła ratunkowego. Kołem Winfrieda jest bycie Tonim.
Maren Ade, autorka

Transformacja Winfrieda jest odważną próbą wyrwania się ze sztywnego schematu relacji ojciec-córka. Toni Erdmann narodził się z desperacji. (…) Winfried nie jest w stanie dotrzeć do córki w inny sposób. Próbował stworzyć tę relację na nowo, ale to się nie udało. Jest rozdarty pomiędzy pragnieniem zbliżenia się do Ines a żalem, jaki ma do niej.

Równowaga sił pomiędzy nimi zmieniła się dawno temu. Winfried znajduje rozwiązanie tego dylematu w bezczelnej propozycji, którą składa Ines w przebraniu Toniego. Humor jest jego jedyną bronią, z której zaczyna korzystać w każdej możliwej sytuacji.

Seria (nie)fortunnych zdarzeń
Toni za przyzwoleniem Ines pojawia się odtąd wszędzie. Jest integralną częścią życia dorosłego dziecka. Aczkolwiek nie wedle założonego planu pt. "Założę sztuczne zęby i ją uratuję". Ratunek ma wiele znaczeń, podobnie szczęście, któremu sam poświęcał uwagę przed metamorfozą. Teraz, skoro chce się bawić, musi zaakceptować zabawę, której pragnie Ines. Połączenie dwóch form tworzy mieszankę wybuchową. Stare ulega zniszczeniu i powstaje nowe. Boleśnie.

Złączeni więzami krwi ludzie przechodzą oryginalną terapię śmiechem przez łzy. Absurd goni absurd, lecą iskry, lody pękają. Im dalej w fabułę, tym silniejsze ataki żartem przemieszanym z nostalgią. Początkowo Ade interpretowała swój film jako dramat, nie komedię. Wyszła komedia posypana dramatem. Komedia naprawdę doskonała, nieprzegadana i bardzo filozoficzna. Ciągle z tyłu głowy pulsuje pytanie: "Co znaczy być człowiekiem i żyć jak człowiek?". Odpowiedzi nikt nie podaje na tacy. A odkrycie jej nie wywoła odruchu wymiotnego z przesłodzenia.
Główni bohaterowie są złożeni i nieprzewidywalni. Nie sposób przewidzieć też rozwoju wypadków, ale to dobrze. Oczekiwania zostawmy przed seansem, najpóźniej po pierwszym minutach dzieła ze znakiem "made in Germany". Dajmy się porwać absurdom i ryczmy ze śmiechu. Odpuśćmy. – Mój film bardziej niż apelem o to, by odpuszczać, jest apelem o to, by być ze sobą szczerym – precyzuje Ade. A po wyjściu z kina zadzwońmy do rodziców.
----

Korzystałam z materiałów prasowych Gutek Film

"Toni Erdmann" Maren Ade po światowej premierze w Cannes dostał najwyższe oceny ze wszystkich filmów recenzowanych w ostatniej dekadzie w rankingu międzynarodowej krytyki magazynu "Screen".

Maren Ade jest pierwszą kobietą w historii, której obraz otrzymał statuetkę dla Najlepszego Filmu Europejskiego. Na gali tzw. europejskich Oscarów zgarnął jeszcze 4 nagrody, we wszystkich najważniejszych kategoriach: Najlepszy Reżyser, Najlepszy Scenariusz, Najlepszy Aktor i Najlepsza Aktorka. „Toni Erdmann” był także nominowany do Złotych Globów 2016 w kategorii Najlepszy Film Nieanglojęzyczny.

Polska premiera filmu odbędzie się 27 stycznia 2017 r.

Napisz do autorki: karolina.blaszkiewicz@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...