7 dowodów na to, że pożegnałeś już definitywnie pierwszą młodość i nawet się nie zorientowałeś

Hugh Grant w filmie „Był sobie chłopiec” z 2002 roku kadr z filmu
„Masz tyle lat, na ile się czujesz” to zdanie, po którym można poznać strach. Mężczyzn z przerażeniem obserwujących przerzedzające się czupryny i kobiet drżących przed zmarszczkami wykwitającymi na twarzach wianuszkami i bukietami. Poza tym, jak dojrzały 20-latek, ma się czuć o dekadę starszy, skoro nigdy starszy nie był? I czy deklarujący, że „wciąż ma 35 lat” 50-latek nie wyznaje tym samym, że jego życie od piętnastu lat było właściwie letargiem?

Trudno powiedzieć czego tak naprawdę boimy się w starzeniu, wszak nie sposób posądzać osoby w średnim wieku, bez problemów zdrowotnych, o lęk przed śmiercią czy przemijaniem. Być może chodzi o strach przed ostateczną klasyfikacją w tych wszystkich rubryczkach, które mamy w CV, o przekonanie, że pewne rzeczy z każdym rokiem są coraz bardziej nieodwołalne.

Inspekcja doniczek

Zawsze podobały ci się te wszystkie roślinki. Geranium w glinianych doniczkach babci, kolekcja miniaturowych kaktusów najfajniejszej koleżanki z liceum, a nawet wyłysiała paprotka, która nieco ożywiała poczekalnię w Urzędzie Skarbowym oświetloną bzyczącą jarzeniówką. Tyle że rośliny, które trafiły w twoje ręce ginęły w niewyjaśnionych okolicznościach i nawet nie musiałeś w tym celu wyjeżdżać na weekend z miasta. Na twoim koncie botanika-amatora był dotychczas jeden spektakularny sukces: trzy grządki dorodnych konopi indyjskich, od których mimo zaledwie dwudziestu czterech lat dostałeś niemal zawału, po tym, jak współlokatorkę odwiedził pewnego dnia kolega z ujadającym owczarkiem niemieckim.

Twoja miłość do roślin w ostatnich latach zdaje się jednak coraz bardziej odwzajemniona. Storczyki nie omdlewają, sukulenty są coraz dorodniejsze…Czasem trawestujesz w głowie znane przysłowie i myślisz „kto nie ma szczęścia w miłości, ma rękę do roślin”. Nie łudź się, stajesz się po prostu coraz bardziej odpowiedzialny. Doniczki to pierwszy level symulacji instruktażowej pt. „rozmnażanie”. Kiedy go zaliczysz, musisz jeszcze odhaczyć hodowlę rybki lub kanarka, żeby przejść w końcu do poziomu trzeciego, czyli ssaka w postaci psa lub kota. Jeśli wszystkie stworzenia cieszyć się będą dobrym zdrowiem, to niechybny znak, że twój materiał genetyczny może pójść w świat, a jego nosiciel za kilkanaście lat może cię nawet nie znienawidzi.

Ta jedyna…

…katowana od rana do nocy, raz głośno, raz cicho. Zgrana na kasetę, potem na płytę, a w końcu na pierwszy odtwarzacz mp3. Żeby zawsze można było mieć ją pod ręką, usłyszeć i przeżyć to jeszcze raz. Twoja ulubiona piosenka. Utwór, który rozumiał cię jak najlepszy przyjaciel, sprawiał, że kochałeś się w wokaliście, który stworzył to miniaturowe arcydzieło opisujące najdelikatniejsze drgnienia twojego płochego serca, niedoświadczonego jeszcze złamaniem z przemieszczeniem, ani energetykiem z podwójną wódką. Kiedy ostatnio czekałeś u fryzjera wśród szumu suszarek i magazynów shoppingowych sprzed 6 sezonów, pochłonięty ukradkowym egzaminowaniem lewego profilu, znów ją usłyszałeś.

O dziwo, nie stanęła ci przed oczami niczyja twarz, ani nie poczułeś zapachu sierpniowej nocy nad jeziorem. Pomyślałeś „o, moja ulubiona piosenka!” i wróciłeś do oceniania kątem oka liczby podbródków. Myślisz, że chodziło o to, że ci się osłuchała? Że zapomniałeś o tamtej dziewczynie, a tak w ogóle to masz już zupełnie inny gust muzyczny? Przeważnie chodzi jednak o to, że młodzieńcza wrażliwość została pogrzebana pod 5 kilogramami nadwagi, wizytówkami na papierze kredowym i cóż, przede wszystkim pod mijającymi latami.

I'll be you girl for all seasons

Uśmiechnięta i długonoga, z twarzy podobna raczej do nikogo, a jeśli już do kogoś, to raczej do miss województwa podkarpackiego, niż do wschodzącej gwiazdy modelingu. Dziesięć lat temu mógłbyś ją zobaczyć na kanapie telewizji śniadaniowej i na okładce „Playboya” i nie miałbyś pojęcia kto zacz. Dziś ta dziewczyna jest dla ciebie wyrocznią, z której ust spijasz co wieczór kolejną porcję wróżb, przepełnionych wielkimi nadziejami i splatających się z twoimi planami na najbliższą przyszłość. Pogoda niepostrzeżenie awansowała na liście twoich priorytetów, jeśli chodzi o informacje, a jej prezenterki stały się dla ciebie opiniotwórczymi dziennikarkami.

Nie wychodzisz z domu bez czapki i rękawiczek i odkrywasz tajniki ubierania się „na cebulkę”. Zastanawiasz się czasem czy twoje przywiązanie do pogodynki, nie jest odrobinę dziwne. Nie przejmuj się, tak naprawdę nie chodzi o nią, tylko o twoje rosnące wymagania dotyczące komfortu. Strugi deszczu na karku, zniszczenie nowych, zamszowych półbutów czy czerwone ręce NIE WCHODZĄ W GRĘ. No a przynajmniej już nie w twoim wieku.

Où sont les kebabs d’antan?

W piątek wieczorem wróciłeś do domu mocno podpity z wieczoru kawalerskiego ostatniego z niezaobrączkowanych kolegów. Miałeś brać prysznic, chciałeś parzyć herbatę i sprawdzić maila. Jakiś czas potem przebudziłeś się na kanapie w jasno oświetlonym salonie. Wciąż w butach i wciąż pijany, wiedziałeś już, że przesadziłeś z alkoholem i nic tu po herbacie. Jako wytrawny imprezowicz i zaprawiony balangowicz postanowiłeś oszukać przeznaczenie, czyli w tym przypadku kaca, sprawdzonym staropolskim sposobem. Kebabem na grubym z baraniną i sosem ostrym.

Wypijasz szklankę wody i wychodzisz w mroki nocy. Dwie godziny później wściekły wracasz do domu z pustym żołądkiem. Nie tylko nie miałeś pojęcia, gdzie w okolicy można znaleźć całodobowy kebab, ale też zawiodły cię dawne adresy. Zdałeś sobie sprawę, że nie jesteś już warszawskim cwaniakiem, jak gdyby wyjętym z powieści Tyrmanda, przez którym nocne miasto nie ma tajemnic. Patrzysz w lustro i pytasz swojego odbicia z boleścią „Gdzież są te niegdysiejsze kebaby 24 h?” To nie jest wiedza dla ludzi z twojego pokolenia.

Wpadka pod kontrolą

Znajoma zaszła w ciążę. Wiesz o tym, bo pokazała ci dwie kreski na teście, chociaż nie widziałeś jej na oczy od zjazdu z okazji dziesięciolecia matury. Cóż, pokazała je nie tylko tobie, ale i pozostałym 627 znajomym z Facebooka, podobnie jak wcześniej zaręczynowe karaty i zdradzającą reporterskie zacięcie relację z postępującego wykończenia mieszkania. Za kilka miesięcy do galerii zdjęć dołączy niechybnie także tzw. pępkowe, tj. baby shower (to bardzo nowoczesna, wielkomiejska znajoma!).

Po namyśle, do litanii gratulacji zawartych pod zdjęciem testu, dorzucasz swoje trzy grosze i dwa obłudne emotikony. Wieczorem przypominasz sobie czasy, kiedy na informację o tym, że znajomi spodziewają się dziecka, reagowało się nie radością, ale podszytymi grozą słowami „Jezu, jak to możliwe?! Tak strasznie mi przykro. I co teraz zrobicie??". To nie czasy się zmieniły, to ty.

Dieta Mruczka

Na drugim roku czułeś się naprawdę samotny. Ela, twoja dziewczyna z liceum, która poszła na studia do innego miasta. Zdroworozsądkowo stwierdziła, że jesteście młodzi, a związki na odległość nie mają jej zdaniem sensu (podobnie jak pokonywanie kilkuset kilometrów w nieogrzewanych składach PKP). Zajęcia wydawały się jeszcze nudniejsze niż wcześniej, a zima była tego roku wyjątkowo mroźna. Wtedy zobaczyłeś na klatce schodowej ogłoszenie o kociętach do oddania. Nie wiesz co cię podkusiło, ale zapisałeś numer i następnego dnia byłeś już posiadaczem puchatego stworzenia o imieniu Mruczek.

Kot był dumny, żarłoczny i chorowity, a wizyty u weterynarza kosztowały cię tyle, że czasem nie miałeś na papierosy. A co dopiero na kocią karmę. Odstępowałeś więc swojemu podopiecznemu obeschnięte kawałki sera, niedojedzonego tuńczyka z puszki, a od święta także resztki z KFC.

Mruczek okazał się stworzeniem długowiecznym. W tym roku będziecie obchodzili 17 rocznicę związku kohabitacyjnego. Kupujesz mu karmę dla kocich seniorów sprowadzaną specjalnie z Holandii, nie brakuje mu drapaków, smakołyków i poduszek. Może i czujesz się młodo, ale spójrz prawdzie w oczy - nikt naprawdę młody nie karmiłby kota za równowartość posiłku w stołówce studenckiej.

„Tylko ubierz się porządnie”

Irytowałeś się, protestowałeś i kłóciłeś. Bo ile razy można słyszeć to samo zdanie. Przecież znasz się na ciuchach jak mało kto z twoich znajomych. Mimo to, walkom podjazdowym z matką nie było końca. Nie byłeś punkiem, emo ani metalem, po prostu jeansy i gładki sweter naprawdę wydawały ci się bardzo eleganckim zestawem. Na Wigilię, wesele kuzyna i immatrykulację, a potem także na odebranie dyplomu. Ostatnio chciałeś założyć coś luźniejszego i sięgnąłeś po kilka lat nienoszone „wyjściowe” jeansy i sweter. Całe szczęście, że się nie dopiąłeś, bo krój i przetarcia wydały ci się nawet nie tyle nowoczesne, ile tandetne. Mężczyzna nosi garnitur.


Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...