Nie znoszę jazzu i musicali, ale "La La Land" wgniótł mnie w kinowy fotel

Ryan Gosling dla filmu "La La Land" zrezygnował z roli Bestii w "Pięknej i Bestii".
Ryan Gosling dla filmu "La La Land" zrezygnował z roli Bestii w "Pięknej i Bestii". Fot. Kadr z filmu "La La Land"
Wyjaśnijmy to sobie od razu, żeby nie było niedomówień. Nienawidzę jazzu — powiedziała Mia (Emma Stone) do Sebastiana (Ryan Gosling). Nie mogłam bardziej się z nią zgadzać. Nie tylko nie znoszę jazzu, nie cierpię też musicali. Damien Chazelle, podobnie jak jego bohater Sebastian, nie tylko o tym wie - wie też, że to kompletna bzdura i wierutne kłamstwo. Jego nowy film, podobnie jak wcześniejszy "Whiplash”, powstał po to, by nam to kłamstwo uświadomić.

Słoneczne Hollywood, miasto marzeń. Ona jest kelnerką marzącą o aktorstwie, on muzykiem chwilowo grającym do kotleta. Spotykają się, zakochują - trudno o większe nagromadzenie banałów w jednym filmie. I czy musi być na dodatek tak potwornie romantycznie? — Dlaczego mówisz "romantycznie", jakby to było coś złego? — pyta z ekranu bożyszcz kobiet w każdym wieku, Ryan Gosling. U Chazelle bowiem fabuła to zmyła, nie do końca o nią chodzi, a o sposób opowiadania historii.

Zaczyna się spektakularnie. Kto choć raz spędził długie godziny w korku na autostradzie, szczególnie tej amerykańskiej, z której nie tak łatwo uciec i która latem zamienia się w morderczą patelnię ze słońcem zawsze na wysokości wzroku, ten zna wagę otwierającej film fantazji reżysera. A gdyby tak, zamiast tkwić znudzonym we własnym aucie, tępo wsłuchując się w brzęczenie uwięzionej muchy i silnika, dać się porwać zasłyszanej gdzieś melodii i niczym bohaterowie "Deszczowej piosenki" wyjść na ulicę i zatańczyć taniec życia? Takie rzeczy tylko w Azji, w starych filmach, albo u Chazelle właśnie.
Są jednak tacy, którym szampański nastrój jakoś nie chce się udzielić. Niedoszła aktorka Mia zaczyna podejrzewać, że jej tymczasowa praca w kawiarni nieuchronnie przemienia się w jej życiową karierę. Sebastian, sfrustrowany pianista z głową napchaną marzeniami przymiera głodem i nie jest w stanie otworzyć wymarzonego klubu jazzowego w starym stylu i z koszmarną nazwą (coś z kurczakami). Ich pierwsze spotkanie to kompletna klapa, drugie zakrawa o rękoczyny, ale, jak to mówią (jeszcze jedno cliché), do trzech razy sztuka.

Między dobraną i sprawdzoną nie raz filmową parą Stone-Gosling aż iskrzy od emocji, kiedy wirują razem pod gwiazdami albo śpiewają przy pianinie. Razem będą musieli też znaleźć sposób na uratowanie swojego związku i swoich marzeń. I, dla odmiany, każdemu z nich w pojedynkę przyjdzie odpowiedzieć na pytanie - ile są w stanie poświecić, na jak duży kompromis się zgodzić? Do niespecjalnie wyszukanej opowieści o miłości Chazelle zgrabnie przemyca ciekawe pytania o bycie wiernym samemu sobie i przy tym nie dość mentalnie spetryfikowanym, by móc się spełnić w tym nieszczególnie przyjaznym dla alternatywnej sztuki świecie.

Z pewnością słodka apologia dla musicalu, jaką serwuje nam Chazelle, nie byłaby tak udana, gdyby nie to, że po prostu nie sposób oderwać o niej wzroku. Każdy kadr, każdy kostium, każda torebka na tle każdej kolorowej ściany to małe dzieło sztuki, żonglerka konwencją i pstryczek w nos kiczu i blichtru. Z kolei warstwa muzyczna ma jeszcze większe znaczenie niż w poprzednim filmie amerykańskiego reżysera o francuskich korzeniach. I chociaż mnie bardziej podobała się niepokojąca perkusja z "Whiplash", trudno zaprzeczyć, że piosenki z "La La Land" przenoszą widza w krainę magii. A to przecież od początku chodziło.

Napisz do autora: lidia.pustelnik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

  • ZOBACZ TAKŻE:
  • Film
Trwa ładowanie komentarzy...