"Siedzieliśmy normalnie jak dwaj faceci, przy wódce”. Misiewicz tłumaczy się z imprezy w klubie WOW

Bartłomiej Misiewicz został przywrócony na stanowisko rzecznika MON w grudniu 2016 roku.
Bartłomiej Misiewicz został przywrócony na stanowisko rzecznika MON w grudniu 2016 roku. Fot: Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta
Nie było limuzyny, nie było ochroniarza ani zaczepiania dziewczyn. A przynajmniej tak tłumaczy się Bartłomiej Misiewicz ze swojej służbowej wizyty w Białymstoku, podczas której postanowił odwiedzić studencki klub WOW. Brzmiałoby to bardziej wiarygodnie, gdyby nie przecząca słowom Misiewicza relacja jego kompana do szklanki.

Wczorajszy ”Fakt” rozpisywał się o tym, jak wyglądała oficjalna delegacja rzecznika MON w Białymstoku. Bartłomiej Misiewicz miał wybrać się do oddalonego o 350 metrów klubu służbową limuzyną, a w środku przez cały czas miał towarzyszyć mu ochroniarz. Ale chyba nie by go chronić, ale pilnować, bo po alkoholu rzecznikowi język rozwiązał się aż za bardzo.

— Nie byłem pijany. Nie mam się czego wstydzić i nikogo nie skompromitowałem. Do klubu z kolegami przyszedłem pieszo, pamiętam, bo było wtedy bardzo ślisko w Białymstoku. Nie przyjechałem do klubu służbową limuzyną BMW. Nie korzystałem i nie korzystam z ochrony Żandarmerii. W klubie WOW byłem prywatnie - tłumaczy teraz Misiewicz dziennikowi "Fakt".

Ta wersja wydarzeń jednak nie do końca zgadza się z tym, co na temat wypadu Misiewicza mówi białostoczanin Sebastian Łukaszewicz z gabinetu politycznego ministra rolnictwa, który mu tamtej nocy towarzyszył. — Siedzieliśmy normalnie, jak dwaj faceci przy wódce — relacjonuje Łukaszewicz. Dodaje jednak, że Misiewicz rzeczywiście wybrał się do klubu limuzyną i w obstawie.

Wizyta Misiewicza w Białymstoku nie przyczyniła się do poprawy jego wizerunku. —A ty? Chcesz być ministrem obrony terytorialnej w kraju? — miał zapytać przypadkowego imprezowicza, poznanego w palarni. Później przedstawiał go jako swojego przyjaciela. Był też bardzo hojny — miał postawić wszystkim po kilka kolejek. Pytał też DJa, czy może ogłosić, że w klubie bawi się rzecznik MON. Kiedy się nie udało, zaczął nagabywać studentki.

— Mówił mi, że ma narzeczoną, ale kocha wszystkie kobiety — opowiadał rozmówca "Faktu". Z tego, co ustalił dziennik wynika, że Misiewicz dawał numer telefonu przypadkowym studentkom. Był na tyle nachalny, że w pewnym momencie niemal doszło do awantury i trzeba było ewakuować go z klubu. To nie pierwsza taka sytuacja, bo Misiewicz miał korzystać z ochrony i limuzyny ŻW także podczas suto zakrapianej imprezy w grudniu, zaraz po tym, jak został przywrócony przez Antoniego Macierewicza na stanowisko rzecznika MON.

Źródło: wp.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...