Wypadek za wypadkiem. Jest kilka powodów, dla których amerykańscy żołnierze rozbijają się na polskich drogach

Amerykańskie czołgi już są w Polsce. Tyle, że pięć zostało po drodze w Niemczech, bo wjechały pod za niskie mosty i uległy uszkodzeniom.
Amerykańskie czołgi już są w Polsce. Tyle, że pięć zostało po drodze w Niemczech, bo wjechały pod za niskie mosty i uległy uszkodzeniom. Fot. Cezary Aszkiełowicz/Agencja Gazeta
Miała być bratnia pomoc zza oceanu w ramach wzmocnienia wschodniej flanki NATO, na razie doszło do czterech wypadków z udziałem amerykańskich chłopców. Ale eksperci przypominają, że każda duża operacja logistyczna wiąże się zwykle z wypadkami. A od przerzutu Amerykanów, większy rozmach miało jedynie z wycofywanie się Armii Czerwonej z państw Układu Warszawskiego.

19 stycznia – stłuczka samochodu Hummer z ciężarówką, 21 stycznia – w rowie ląduje ciężarówka, a na drogę jak groch sypie się czołgowa amunicja. Na szczęście ćwiczebna. 24 stycznia – jadąca w kolumnie pojazdów amerykańska ciężarówka zjeżdża na przeciwległy pas i zderza się z cywilnym busem. Dwóch Polaków trafia do szpitala. Sprawę bada Żandarmeria Wojskowa, ale ze wstępnych ustaleń wynika, że za każdym razem w grę wchodziło niedostosowanie prędkości do warunków atmosferycznych i wpadnięcie w poślizg.



Sam szef MSZ Witold Waszczykowski powiedział w Polsat News, że spyta ministra obrony, skąd te wypadki się biorą. Czyżby dzielnych amerykańskich żołnierzy pokonała polska zima? Trudno przypuszczać, w końcu ci konkretni, stacjonują w Fort Carson w stanie Kolorado. Ostry mróz i śnieg nie powinny być im obce.
Zaczynają się schody
Bo trzeba pamiętać, że każda duża operacja logistyczna, a taką jest przerzucenie Amerykanów do Polski, łączy się kolosalnymi problemami. Skierowana do nas grupa bojowa liczy ponad 3,5 tys. ludzi, dysponuje 400 pojazdami gąsienicowymi i ponad 900 kołowymi. W tym 87 czołgami, 18 samobieżnymi haubicami, ponad 400 samochodami Humvee i 144 bojowymi wozami piechoty. Statystycznie rzecz ujmując, to albo mamy szczęście, albo wyczerpaliśmy tymi kilkoma wypadkami pulę nieszczęść związanych z tak dużą operacją.

Bo łatwo nie jest
Amerykanie przywieźli swój sprzęt do Europy i wyładowali go ze statków w niemieckim porcie Bremerhaven. No i od razu zaczęły się problemy. Bo jak przyznał dowódca amerykańskich wojsk w Europie generał Ben Hodges w rozmowie z "Wall Street Journal", Armii USA brakuje dokładnych informacji na temat infrastruktury w państwach, które w przeszłości należały do Układu Warszawskiego, a teraz są członkami NATO.

Efekt był łatwy do przewidzenia, niektóre czołgi przyjechały z niesprawnymi akumulatorami, ponieważ personel zapomniał o ich włączeniu. Jakby tego było mało, pięć z nich zostało w Niemczech, bo... władowały się pod zbyt niskie mosty i mówiąc delikatnie, "uszkodziły infrastrukturę" i same siebie. Amerykanie zachodzą w głowę, jak je teraz przetransportować do Polski.

Drogowe przygody
Ale nas najbardziej obchodzą sytuacje, do jakich do chodzi na polskich drogach. A prawda jest taka, że doszło już do czterech wypadków z udziałem amerykańskich kierowców wojskowych. – Stany, to jest gigantyczny kraj, ze wszystkimi możliwymi strefami klimatycznymi. Od Alaski, gdzie „ciepło” jest raczej pojęciem umownym, przez Teksas, w którym jak raz na lata spadnie 10 cm śniegu, to od razu jest katastrofa, po Florydę gdzie zimy nigdy nie było i nie będzie – podkreśla Kamil Kamisado, który od 8 lat jest kierowcą wielkiej ciężarówki i przewozi towary przez całe Stany Zjednoczone, a swoje przejazdy często transmituje w internecie.

Wojskowe komisje rekrutacyjne są wszędzie. Jak młody człowiek z Florydy zgłosi się do armii, to zwykle nie wie, gdzie rzuci go los. – Może się okazać, że gość z Las Vegas czy innego Los Angeles faktycznie trafi do Kolorado, gdzie zimy potrafią być ciężkie. Tylko co z tego? Przejdzie tam szkolenie akurat latem, a potem misja w Iraku. Potem przerzucają go do Europy. Prawo jazdy robił w warunkach wręcz tropikalnych, a śniegu to nawet na oczy nie widział przez całe życie. To skąd ma wiedzieć, jak się zachowywać w zimowych warunkach drogowych? – podkreśla Kamil.

Problemem jest "czynnik ludzki"
– Problem zwykle leży po stronie czynnika ludzkiego, nie przypuszczam, by była to sprawa kłopotów technicznych – przekonuje Andrzej Walentek, dziennikarz, który całe życie pisze o wojsku. W tym o Amerykanach. – Na terenie baz wojskowych te samochody jeżdżą zawsze poprawnie. Pilnują się po prostu przepisów. Kilka mil na godzinę to maksimum. W konwojach bywa inaczej, ale wtedy mówimy o miejscach objętych działaniami wojennymi – podkreśla nasz rozmówca, który wielokrotnie uczestniczył jako obserwator w misjach w Iraku czy Afganistanie.

– Jasne, że tu w Stanach jest trochę inaczej. Wielkie przestrzenie, szerokie drogi, ale wojskowi kierowcy, zwłaszcza w kolumnach uważają bardzo, na to, co robią. Jest takie powiedzenie; że marzenie przeciętnego Amerykanina to złamać nogę na parkingu przed budynkiem federalnym. Bo wtedy na 100 proc. wygrywa proces i żyje z państwowego odszkodowania. A tu procesy są o wszystko, co się da. Tak samo by było, gdyby kogoś „uszkodziła” wojskowa kolumna – podkreśla kierowca Kamil.

Przepisy i warunki
Kolejna sprawa to różnice w przepisach. W USA nie ma zasady "prawej ręki", więc osoba, która dojeżdża do skrzyżowania równorzędnego i zatrzymała się pierwsza, rusza również jako pierwsza, nawet jeżeli jest po naszej lewej stronie. Sygnalizacja świetlna jest umieszczona za skrzyżowaniem, a nie tak jak w Polsce przed – co wprowadza często w błąd.

– W USA dozwolone jest warunkowo skręcanie w prawo na skrzyżowaniu przy czerwonym świetle. Gdy w Stanach widzimy strzałką zielona w prawo, to jest to "bezkolizyjny skręt w prawo", a nie warunkowy jak w Polsce. Trudno się dziwić, że nagle widząc tę zieloną strzałkę, amerykański żołnierz robi to, co zawsze. To wręcz odruch mięśniowy. Coś, co jest wyuczone i dla niego naturalne – podkreśla rozmówca naTemat.

Co dalej
– Warto sobie uzmysłowić, że żołnierze armii USA za wykroczenia czy ewentualne przestępstwa nie będę odpowiadać przed polskim wymiarem sprawiedliwości. Wystarczy przypomnieć tragedię, do jakiej w 1998 roku doszło we Włoszech, gdy amerykański samolot wojskowy ściął linę kolejki górskiej. Rodziny 20 ofiar śmiertelnych nie dostały nawet odszkodowań od rządu stanów Zjednoczonych – przypomina Andrzej Walentek.

Nie da się też ukryć, że wszystkie wypadki z udziałem amerykańskich kierowców spowodowane były niedostosowaniem prędkości jazdy do warunków panujących na drodze. – Dalsze postępowanie prowadzi Biuro Provost Marshala 3-4 ABCT w Żaganiu – przyznaje mjr. Artur Karpienko z Żandarmerii Wosjkowej.

Pozostaje więc cieszyć się, że w tych przypadkach doszło wprawdzie do kumulacji wydarzeń, ale jednak tylko do kolizji.

Napisz do autora:przemyslaw.penconek@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...