Ameryka nie chce "alternatywnych faktów", a my? Te zdania z Orwella doskonale oddają mechanizm działania władzy totalnej

Administracja Trumpa tworzy fakty alternatywne? Tak twierdzi doradczyni nowego prezydenta USA, Kellyanne Conway.
Administracja Trumpa tworzy fakty alternatywne? Tak twierdzi doradczyni nowego prezydenta USA, Kellyanne Conway. Fot. 123rf; plakat z filmu "1984"
Od kilku dni Amerykanie masowo kupują "1984” George’a Orwella. Nazwanie przez gabinet Donalda Trumpa "alternatywnymi faktami" kłamstw na temat frekwencji podczas imprezy inauguracyjnej najwyraźniej przelało czarę goryczy. Amerykanie będą musieli jakoś zmierzyć z tą nową, wspaniałą Ameryką Trumpa i nic dziwnego, że Orwell jest im potrzebny od zaraz. Nie tylko im. Czy razem uparcie i głupio brniemy na skraj cywilizacyjnej przepaści? Odpowiedź znajduje się w "1984”.

"Ignorancja to siła"
To chyba najbardziej znana powieść brytyjskiego prozaika. Pisząc ją Orwell brał za wzór totalitaryzm stalinowski, z którym pośrednio zetknął się podczas wojny domowej w Hiszpanii w 1936 roku. Ucieczka przed oddziałami NKWD, mechanizmy inwigilacji i wszechobecny strach zrobiły na nim tak wielkie wrażenie, że pisarz postanowił opisać swoje doświadczenia w reportażach, a potem, jako antyutopię, w powieści.
Razem z Orwellem wkraczamy do świata całkowicie podporządkowanego władzy i jej celom. Spośród trzech wielkich światowych mocarstw, które nieustannie między sobą walczą - nie po to, by wygrać, ale by zyskać legitymizację dla rządów totalitarnych - pisarz na miejsce swojej historii wybiera Oceanię, obejmującą dawną Wielką Brytanię, obie Ameryki, Australię i kawałek Afryki. To właśnie tam, w jednym z gmachów Ministerstwa spotykamy urzędnika niższego stopnia, niejakiego Winstona Smitha.



Smith całymi dniami sumiennie wykonuje swoje obowiązki. Polegają one na przepisywaniu przeszłości na nowo, tak, by pasowała do dyskursu Partii. Urzędnik nie ma wyboru - najmniejsze uchylenie się od powierzonych mu zadań skutkowałoby błyskawiczną "ewaporacją", wymazaniem wszelkich śladów jego istnienia. Choć groźba jest mu znana, a Wielki Brat nieustannie patrzy, Smith nie może się powstrzymać i zaczyna spisywać w ukryciu swoje myśli. I tak oto urzędnik zaczyna odkrywać, że coś takiego jak obiektywna prawda naprawdę istnieje.

Przewodnik po świecie Orwella
George Orwell "1984"

Wielki Brat patrzy.

— Czy Wielki Brat istnieje? — pyta Winston O’Briena, urzędnika z Wewnętrznej Partii w Ministerstwie Miłości.
— Oczywiście, że istnieje. Partia istnieje, a Wielki Brat to ucieleśnienie Partii.

Wielki Brat, wódz narodu, który oficjalnie "nigdy nie umrze”, w świecie Orwella nieustannie przygląda się obywatelom z monet, z plakatów, z ogromnych ekranów telewizorów. Jest symbolem absolutnej kontroli, strachu, ale i wielkości. Z założenia ma być patronem narodu. Winston zastanawia się, czy nie jest kolejnym mitem stworzonym na potrzeby propagandy. Nie jest to jedyna myślozbrodnia, jaką popełnia.
George Orwell "1984"

Myślozbrodnia nie pociąga za sobą kary śmierci: myślozbrodnia JEST śmiercią.

Myślozbrodnia to przestępstwo polegające na myśleniu w sposób niezgodny z oficjalną linią Partii. Każdy taki przypadek jest wyłapywany przez Policję Myśli, a podejrzanego ekspresowo uznaje się za winnego i poddaje karze.

Partia wymyśliła sposób, by zapobiegać myślozbrodniom - jest nią nowomowa, język z którego usunięto wszystkie słowa, za pomocą których można było wyrażać niewygodne poglądy. Wyrzucono na przykład słowo zły - zamiast tego można było mówić, że coś jest bezdobre. Z kolei człowieka, który został zdyskredytowany w oczach Partii, zwano nieosobą.
George Orwell

Pewnie przynajmniej z dziesięć osób pracowało teraz nad konkurencyjnymi wersjami tego, co naprawdę powiedział Wielki Brat. I już wkrótce jakaś tęga głowa z Wewnętrznej Partii wyselekcjonuje jedną z nich, zredaguje, po czym wprawi w ruch zawiły proces wnoszenia niezbędnych poprawek do reszty dokumentacji, aż w końcu wybrane kłamstwo wejdzie do archiwów i stanie się prawdą.

Główny bohater powieści pracuje w Ministerstwie Prawdy, co oznacza, że całymi dniami zajmuje się produkowaniem nowych, ulepszonych wersji przeszłości. Jeśli wczoraj Partia chwaliła tego, który dziś jest niewygodny albo podejrzany, trzeba błyskawicznie zmienić wszystkie wcześniejsze wypowiedzi jej członków i cały oficjalny przekaz, by pasował do dzisiejszego stanu rzeczy. "Należy zatem ustawicznie aktualizować przemówienia, statystykę i wszelkie zapisy, aby służyły za dowód, iż sprawdzają się wszystkie partyjne prognozy” - pisał w swojej książce największy wróg Partii, Emmanuel Goldstein.
George Orwell

Według partyjnej argumentacji, przeszłe wydarzenia nie istnieją obiektywnie, a tylko w formie zapisów i wspomnień. Przeszłość jest więc tym, co do czego zapisy i pamięć ludzka są zgodne. Skoro w rękach Partii znajdują się i wszelkie archiwa, i władza nad umysłami członków, przeszłość wygląda tak, jak życzy sobie Partia. Chociaż jest zmienna, twierdzi się, iż nigdy nie bywa zmieniana. Kiedy bowiem przybiera kształt w danej chwili pożądany, nowa wersja wydarzeń po prostu jest przeszłością; inna przeszłość nigdy nie mogła istnieć. Zasada ta sprawdza się nawet wówczas, gdy – jak to się często dzieje – ten sam fakt przerabia się całkowicie kilka razy w roku.

Jak funkcjonować w świecie, w którym różne wersje przeszłości są ze sobą sprzeczne? Doradczyni Trumpa powiedziałaby - stwórzmy "alternatywne fakty”. Orwell przedstawia analogiczny mechanizm - "regulację faktów”, w nowomowie zwaną "dwójmyśleniem”.
George Orwell "1984"

Dwójmyślenie oznacza przede wszystkim umiejętność wyznawania dwóch sprzecznych poglądów i wierzenia w oba naraz. Partyjny inteligent wie, kiedy powinien zmienić swoje wspomnienia, a zatem w pełni się orientuje, że przekręca fakty; równocześnie jednak, dzięki dwójmyśleniu, święcie wierzy, iż prawda nie została pogwałcona.

Żeby machina propagandowa sprawnie działała, trzeba było mieć jeszcze narzędzia, dzięki którym pożądane treści mogły być dostarczane do obywateli. W praktyce oznaczało to przejęcie absolutnej kontroli nad mediami.
George Orwell "1984"

Wynalezienie druku ułatwiło jednak manipulację opinią publiczną, a film i radio przyspieszyły ten proces. Wraz z rozwojem telewizji i postępem technicznym, który umożliwił podwójną, nadawczo-odbiorczą rolę sprzętu telewizyjnego, skończyła się prywatność życia obywateli. Policja mogła – jeśli uznano to za pożądane – obserwować każdego obywatela dwadzieścia cztery godziny na dobę; cały czas bombardując ludzi oficjalną propagandą, odcinano ich jednocześnie od innych źródeł informacji.

Winston w sekretnym pamiętniku pozdrawia nas "z epoki identyczności, z epoki samotności, z epoki Wielkiego Brata, z epoki dwójmyślenia”. Pisze do żyjących w czasach, "w których myśl jest wolna", "w których istnieje prawda, a tego co się stało, nie można zmienić”. Obyśmy wciąż mogli nazywać się adresatami tego listu.
Lekcja z Orwella
Sprzedaż bestselleru Orwella rośnie za każdym razem, kiedy dzieje się coś, co narusza fundamenty bezpiecznego świata Amerykanów. Ostatnio było tak w 2012 roku, po ujawnieniu przez Edwarda Snowdena, że rząd Stanów Zjednoczonych inwigiluje swoich obywateli na masową skalę. Teraz - po słowach bliskiej doradczyni Donalda Trumpa Kellyanne Conway, która na pytanie, dlaczego Sean Spiker kłamał w kwestii frekwencji podczas inauguracji prezydenta, odparła — Ty mówisz, że to nieprawda. A ja mówię, że nasz sekretarz przedstawił po prostu alternatywne fakty.

Nic zatem dziwnego, że Amerykanie czują coraz większy niepokój. A przecież wątpienie w to, co mówi im władza, raczej nie leży w ich naturze. Kiedy jeszcze kilka lat temu pytałam ich, czy ich zdaniem to możliwe, że telewizja kłamie, odpowiadali ze zdziwieniem — To chyba u was, tam gdzie był Związek Radziecki?

Przekonanie o tym, że to, co podaje im się w ogólnopaństwowych programach informacyjnych i co przekazuje o świecie demokratycznie wybrana władza, jest prawdą, było dość powszechne. Można było się ze słowami polityków zgadzać albo nie, ale mało kto kiedykolwiek pytał, czy cały materiał nie jest manipulacją, kreowaniem jakichś "alternatywnych faktów”. Cóż, do teraz. Dziś Amerykanie słusznie zaczynają zastanawiać się czy pisarz, który jak nikt inny rozumiał mechanizmy totalitarnej władzy, zza grobu nie ostrzega ich przed przekroczeniem granicy wolności w imię jakiejś nie do końca określonej wizji wielkości, bezpieczeństwa albo komfortu. Jest to lekcja, z odrobieniem której i my się ociągamy - oby nie było za późno.

Napisz do autora: lidia.pustelnik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
  • ZOBACZ TAKŻE:
  • USA
Trwa ładowanie komentarzy...