Trzy dziennikarki testują słynną japońską metodę sprzątania. W koszu wylądowały tony ubrań, kosmetyków, dokumentów

Marie Kondo wygląda jak milion dolarów i wieść niesie, że tyle może mieć na koncie. 32-letnia Japonka dorobiła się fortuny i wyznawczyń dzięki sprzątaniu. Jej poradniki sprzedały się łącznie w ponad 2 mln nakładzie. Zafascynowana fenomenem Marie i jej podejściem do otaczających nas przedmiotów, postanowiłam przetestować na sobie jej magiczne techniki. Wyzwania – jakie stawia kobietom guru sprzątania – podjęły się także dwie redakcyjne koleżanki Kasia i Ewa. Czego nauczyła nas „KonMarie”?

Marie Kondo (nazywana też „KonMarie”) trafiła na listę stu najbardziej wpływowych osób na świecie „Time'a” , a także stu najbardziej kreatywnych biznesmenów miesięcznika „Fast Company” po tym, jak świat zachwycił się jej poradnikiem „Magia sprzątania”. Trafiła też na moją listę inspirujących ludzi, z których warto brać przykład. Jej podejście do sprzątania ujęło mnie na tyle, że pierwszy raz postanowiłam pójść w jej ślady ponad rok temu.


Pomyślałam, że stosując metodę „KonMarie”, wyzbędę się chaosu w otaczającej mnie przestrzeni. Choć jestem osobą, która codziennie coś przetrze, odkurzy, wytrze, to jednocześnie jestem mieszanką sentymentalnego zbieracza, który na domiar złego nie odkłada rzeczy na miejsce. Marie Kondo ze swoim rewolucyjnym podejściem sprzątania miała mnie uratować!

Dlaczego spośród tylu poradników świat, w tym ja, oszalał na jej punkcie? Japonka udowadnia, że sprzątanie może być przyjemne, a do pięknych i zadbanych wnętrz możemy dążyć małymi krokami. Dzięki takiemu podejściu zaczęłam odnosić małe sukcesy np. cel, czyli porządkowanie lakierów do paznokci – udało mi się osiągnąć w pięć minut, układanie ręczników od małych do dużych – w kwadrans, polerowanie sztućców – w godzinę. Nieśpiesznie i z radością, jak obiecała Japonka, zaczęłam porządkować otaczającą mnie przestrzeń.

Najważniejsze zasady sprzątania według Marie Kondo

1. Gdy nie darzysz rzeczy miłością, spakuj do worka i wyrzuć;

2. Wybieraj kategorie do sprzątania np. dokumenty, książki, ubrania, buty, a nie pokoje;

3. Zanim wyrzucisz przedmiot, podziękuj mu za wspólne chwile;

4. Nie koncentruj się na tym, co chcesz wyrzucić, skup uwagę na tym, co chcesz zostawić;

5. Wyrzucaj, wyrzucaj i jeszcze raz wyrzucaj;

6. Chcąc posprzątać szafę, wyjmij wszystkie ubrania z szaf i szafek, połóż je w jednym miejscu, a następnie wyrzuć te, których nie kochasz;

7. Jeśli masz w domu książki, których nie czytałeś, oznacza to, że ich nie potrzebujesz;

8. Robiąc porządki w dokumentach, pozostaw tylko niezbędne;

9. Posiadasz sprzęt sportowy, który od dawna się kurzy? Podziękuj, że zainspirował cię do dbania o formę, w czasie gdy go kupiłeś, ale teraz pozbądź się go;

10. Otaczaj się rzeczami, które mają pozytywną energię.

Układanie dokumentów

Pierwsze duże wyzwanie, jakie na siebie wzięłam, to była „papierkowa robota”. Postanowiłam bowiem posprzątać piętrzące się dokumenty, które znajdowały się w różnych częściach domu, jedne na półce w szafie, inne w koszyku na lodówce. Z niejasnych powodów lodówka stała się dla mnie miejscem, na którym kładłam bieżące dokumenty np. nową umowę z operatorem telefonicznym, dokumenty firmowe męża i wszelką pocztę. Nim się obejrzałam te ważne i „aktualne” dokumenty zaczęły się usypywać!

Japonka dawała jasne wytyczne, należało się skupić na pozostawianiu ważnych dokumentów. Miejsce pozostałych było w koszu. Wśród najbardziej absurdalnych znalezisk była umowa z operatorem sprzed bagatela dziecięciu lat, ubezpieczenia mieszkania (zbędne, gdyż mam wersje pdf), wydrukowane stare bilety lotnicze, sterty odręcznych i niepotrzebnych notatek, stare zaświadczenia o zameldowaniu, informacje o opłatach za konto w banku. W sumie uzbierałam cały worek zbędnych pism.

Pozostałe dokumenty trafiły do dwóch segregatorów (jeden był dla mnie, drugi dla męża) i teczki (dla dziecka). Poza tym w kolorowe teczki włożyłam dokumenty dotyczące domu – w jednej znalazły się opłacone rachunki, w drugiej blankiety za gaz i światło do opłacenia, do trzeciej włożyłam koperty, znaczki i koszulki.
Z lodówki zniknął koszyk, nawyk? Prawie. Choć zdarza mi się w czasie największego zabiegania odłożyć bieżącą korespondencję na lodówkę, to dokumenty leżą tam do siedmiu „urzędowych” dni i lądują w segregatorach.

Porządki na półkach z książkami

W kolejnym kroku postanowiłam rozprawić się z zakurzonymi książkami, które zajmują kilka regałów w moim domu. Zgodnie z zaleceniami nieprzeczytanym książkom miałam podziękować i wyrzucić. Spojrzałam na kolekcję „Ani z Zielonego Wzgórza”, którą dostałam od mamy w dzieciństwie, a potem pięknie oprawioną Trylogię Sienkiewicza.

Teoretycznie te kolekcje jako pierwsze powinny trafić na śmieci. I tu pierwszy raz zaczęłam „dziękować” nie książkom, a japońskiej sztuce sprzątania. Metoda Marie Kondo wymagała pewnej korekty. Owszem pożegnałam się z częścią książek (romansidłami i książkami naukowymi jeszcze z czasów studiów), ale zamiast do kosza trafiły do znajomych i do biblioteki.
Podobnie zrobiła Ewa. – Nie wyobrażam sobie, aby moja domowa biblioteczka świeciła pustkami, ale rozumiem, że na półkach z książkami powinien być porządek – mówi Ewa, która ma regały z podziałem m.in. na beletrystykę, literaturę faktu i .... około dwudziestu książek o działkowcach i roślinach z PRL-u.

Wiem, że Japonka z naszych porządków na półkach z książkami, nie byłaby zadowolona, ale ja i Ewa poczułyśmy, że działamy w zgodzie ze sobą. Z jednej strony pozbyłyśmy się literatury, której nie potrzebowałyśmy, z drugiej półki nie opustoszały, a tylko zrobiło się na nich luźniej.

Segregowanie ubrań

Kolejny dzień, kolejne wyzwanie, a mianowicie sprzątanie szafy z ubraniami. „KonMarie” jest pod tym względem bezwzględna, ale postanowiłam jej zaufać. Obiecałam sobie, że pozostawię w szafie tylko te ubrania, które kocham, bo już miałam dość własnego narzekania pod tytułem „nie mam co na siebie włożyć”.

Postanowiłam wyrzucać stare, brzydkie i nienoszone latami ubrania, i pamiętać o tym, że jeśli nie wcisnęłam się w spodnie od 5 lat, to znaczy, że się nie wcisnę. Jeśli od dekady nie miałam na sobie swetra, który sama wydziergałam, to go nie założę.

Zaczęłam od szafy dziecka. To było banalne, bo wystarczyło, przejrzeć ubrania pod kątem „za małe – jeszcze dobre”, spakować w torbę i oddać siostrze, która ma syna zaledwie o rok młodszego od mojego. Potem postanowiłam wysprzątać część szafy męża, lojalnie opowiadając mu o metodzie sprzątania, jaką zamierzam wdrożyć w życie. Okazało się, że z męskiego punktu widzenia metoda jest racjonalna – nie nosisz – wyrzucasz, nie lubisz – nie starasz się polubić, nie dopinasz – nie oszukujesz się, że następnego lata z pewnością założysz i będziesz zachwycać. Mężowi spodobała się na tyle, że podwinął rękawy i stwierdził, że on zajmie się swoją częścią, a ja swoją. Jemu decyzja o pozostawianiu lub wyrzucaniu zajmowała trzy sekundy, mi znacznie dłużej.
Przy niektórych ubraniach koszmarnie się miotałam, ale w większości udało mi się z nimi pożegnać. Poczułam ulgę i radość, którą spotęgował widok przejrzystej szafy. Przyznaję jednak, że kilku ubrań, których nie noszę latami, nie wyrzuciłam. Widocznie nie jestem gotowa na rozstanie z sukienką, którą na zakończenie liceum kupił mi tata. Nie przekonałam się też do pionowego sposobu układania ubrań, bo sprawdza się on tylko w koszykach lub szufladach, a ja mam półki. Pionowo, czyli japońską metodą, ułożyłam skarpetki.
Okazało się, że to, co dla mnie było rewolucją – głównie przez trud rozstawiania się z rzeczami – dla Ewy nie ma znaczenia. – Miłość do przedmiotów przejawiają tylko nałogowi zbieracze. Według specjalistów zwykły człowiek nie kocha ubrań, książek i rzeczy, bo... to rzeczy. Zgadzam się z tym. Czy serio ktokolwiek może kochać sweter, z którym ma jakieś wspomnienia? Nie wyobrażam gadania do rzeczy i traktowanie ich emocjonalnie – twierdzi Ewa, mówiąc, że nie potrzebuje do pozbywania się ubrań całej otoczki.

Jak mówi Ewa, pomijając wątek żegnania się z ubraniami, jednak nieświadomie trochę sprząta metodą Kondo. – Wyrzucam ubrania, jeśli od roku nawet nie spojrzałam w ich kierunku. Często w koszu lądują piżamy. Ubrania wyjściowe wyrzucam albo oddaję, jeśli ich nie lubię – mówi.

Kasia, też nie dziękuje ubraniom za wspólnie spędzone chwile, ale ceni sobie ład i porządek. W porządkach metodą Marie Kondo było jej o tyle łatwo, że ma wprawę w wyrzucaniu zbędnych przedmiotów. - Co najmniej raz w roku urządzam w domu generalne sprzątanie. Wyrzucam z szaf i szafeczek wszystko, co przez ostatni czas nagromadziłam, przyglądam się z uwagą i w zasadzie bez żalu pozbywam się rzeczy, które uznam za nieprzydatne – mówi.

- Ubrania w szafie wieszam i układam kolorami. Od najjaśniejszych do najciemniejszych. To znacznie ułatwia mi szybkie odnalezienie tego, co akurat chcę na siebie włożyć. Segreguję je i układam nie tylko według kolorów, ale również wg pory roku i części garderoby (koszulki, podkoszulki, t-shirty, swetry, etc.) – opowiada.

Czasem miewa chwile zwątpienia. - Moda powraca, dlatego część ubrań pakuję do worków próżniowych i zatrzymuję na tzw. lepsze czasy. Dzięki takim patentom zdarza się tak, że nienoszona przez jakiś czas bluzka albo sukienka powraca triumfalnie na wieszaki. Poza tym takie przechowywanie powoduje też, że w szafie zwyczajnie mam więcej miejsca. Oczywiście wygospodarowanego również dzięki temu, że regularnie pozbywam się tych ubrań, których nie noszę – mówi.

Osobną sprawą są buty. - Wychodzę z założenia, że buty dzielą się te, które nosi się latami oraz na te, które bez żalu wyrzuca się po jednym sezonie. Do tych ostatnich należą wszelkiej maści balerinki, klapki i trampki, które noszę na co dzień, czy jeżdżę w nich w samochodzie. Do drugiej kategorii zaliczam buty dobre jakości, takie, na które chucham i dmucham. Te trzymam w osobnych woreczkach przeciwkurzowych ułożone w pudełkach – mówi.

Rewolucja w kuchni

Choć okazało się, że Kasia nie ma kłopotów z wyrzucaniem ubrań czy butów, więcej kłopotów sprawiło jej doprowadzanie do porządku kuchni. – Lubię gotować i każda drobnostka wydaje mi się wielce przydatna. Począwszy od szklanek, kieliszków, filiżanek, których mam niezliczone ilości, na przyprawach kończąc. Tu, inaczej niż w przypadku ubrań – wszystko wydaje mi się potrzebne – mówi.

I choć Kasia nie wzięła do ręki filiżanki i nie podziękowała jej za wspólnie wypite kawy, to zastosowała sprytny zabieg. – Tym razem pomogła mi perspektywa zastąpienia starych rzeczy nowymi. Okazuje się, że taka obietnica (nawet jeśli później niezrealizowana) znacznie ułatwia pozywania się starych. Tak więc z szafek wyleciało kilkanaście szklaneczek po nutelli, obtłuczonych kubków czy filiżanek, które dotąd szkoda było wyrzucić. Mniej sentymentu nastręczyło mi pozbycie się rzeczy nazwanych przeze mnie #przydasiami. Z szafek wyleciały też niepotrzebne słoiki, butelki (zostawię, bo przecież takie ładne), a nawet toster i piekarnik do chleba, których nie używałam co najmniej od dwóch lat. Okazało się, że w ten sposób zwolniły się dwie, całkiem duże kuchenne szafki – mówi z zadowoleniem.

Tonący w bałaganie, Marie się chwyta!

Dlaczego zdecydowałyśmy się przetestować metodę Marie Kondo we własnych domach? Ja liczę, że sprzątając rewolucyjną metodą, już na dobre nauczę się rozstawać z rzeczami. Ewa lubi mieć poczucie, że zapanowała nad chaosem, bo chaos w domu to dla niej też chaos w głowie. Kasia czuje, że porządki, zwłaszcza kiedy robi się je gruntownie, mają magiczną moc oczyszczania. Człowiek czuje się dziwnie wolny i lekki. Całkiem jakby te niepotrzebne śmieci (zwłaszcza, jeśli po tych porządkach umyje się również okna), robiły miejsce na nowe życie.

Czego nauczyłyśmy się od „KonMarie”?

1. Porządki można robić krok po kroku;

2. Sprzątanie może być przyjemne – szufladę ze skarpetkami można układać, oglądając jednocześnie dobry film;

3. Rzeczy, które pozostawiamy w domu, wpływają na nasze samopoczucie.



Napisz do autorki: jolanta.korucu@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...