Amor indecorum – o społecznym przyzwoleniu na wyśmiewanie szukających miłości i zakochanych par

W miłość jednocześnie romantyczną i namiętną, która przezwyciężyłaby wszystkie przeszkody i trwała aż po grobową deskę wierzą nawet ci, którzy dawno porzucili niedzielne msze, a ideały kapitalizmu przekonują ich równie słabo, co hasła fanatycznych wegetarian. Trudno nie zgodzić się z socjologiem Ulrichem Beckiem, który uważał, że w zlaicyzowanych społeczeństwach ponowoczesnych miłość pełni często funkcję niemal religijną. Niestety, aż nazbyt często podchodzimy do niej z pozycji Świętej Inkwizycji.

Jako ortodoksyjni wyznawcy miłości z zapałem bierzemy udział we wszelkich jej obrzędach. Kolacjach przy świecach, spacerach w świetle księżyca czy obchodzonych z pompą Walentynkach. Naszą wiarę karmimy cudami z komedii romantycznych, bestsellerowych powieści i bajkowych sesji ślubnych. W tym ferworze celebrowania uniesień jest także miejsce na czyściec dla wszystkich tych, którzy nie przestrzegają miłosnych przykazań. Na celownik trafiają w pierwszej kolejności długoletni single szukający miłości na portalach randkowych, ale także osoby już sparowane, które dzielą się swoim szczęściem online.

Poławiacze pereł i poszukiwacze złota

Pierwsza z niepisanych reguł to przekonanie, że miłość „sama puka do drzwi”. W związku z tym nie wypada jej szukać, a jedynie być otwartym na jej spotkanie. Nastroić ucho na odpowiednią częstotliwość i czekać w najlepszej kiecce na nieśmiałe stuknięcia przeznaczenia. Miłość powinna przyjść znienacka i onieśmielić, a jak ma to zrobić jeden z 37 kandydatów piszący w wiadomym celu „Hej, co tam?”.


– Byłam sama przez ponad 2 lata. Na początku korzystałam z mało jeszcze wówczas popularnego Tindera. Pamiętam, że kiedy tłumaczyłam znajomym na czym to polega, spotykałam się głównie ze źle maskowanym zniesmaczeniem i wygłaszanymi eksperckim tonem uwagami, że w ten sposób nie da się znaleźć miłości. Potem był powtarzane przy każdym spotkaniu docinki w stylu „jak tam mój wirtualny haremik?”. Często słyszałam też, że nie powinnam szukać, „bo to tak nie działa” i dostawałam propozycje zapoznania mnie z kolegą takim, a siakim. Mnie absolutnie nie przeszkadzało, że jestem sama, a Tinder pozwolił mi wyzbyć się desperacji. Nie byłam skazana na randki z kuzynami przyjaciółek, mogłam przebierać i dobierać – opowiada 30-letnia Weronika, zaręczona z chłopakiem poznanym dzięki aplikacji.

Zdajemy się zapominać, że łączenie się w pary z miłości jest zjawiskiem stosunkowo nowym. Jeszcze w latach 50. zaledwie jedna czwarta zaręczonych osób deklarowała, że jest zakochana w swoim partnerze. I to w Stanach, gdzie popkultura reprodukowała znacznie więcej idyllicznych obrazów miłości, niż w jakimkolwiek miejscu na świecie.

Zjawiska związane z dobieraniem się w pary, które dziś przyjmujemy za całkiem naturalne, są w istocie konstruktem kulturowym. Nieodzowne w historii każdej znajomości romantycznej randki pojawiają się w słowniku dopiero pod koniec XIX wieku. Z kolei zwyczaj niezobowiązującego umawiania się z wieloma osobami, który w Polsce znaliśmy raczej z serialu „Seks w Wielkim Mieście” niż z autopsji, nad Wisłę zawitał na szeroką skalę dopiero z Tinderem.
Pozornie nowoczesnym portalom randkowym jest w istocie znacznie bliżej do tradycyjnego dobierania się w pary, niż romantycznemu konceptowi „miłość od pierwszego wejrzenia”. Wypełniając profil stajemy przed koniecznością sprecyzowania swoich oczekiwań wobec potencjalnego partnera, ale też musimy realistycznie ocenić swoje „szanse na rynku”. Tym zadaniem przez lata zajmowali się swaci i swatki.

Podśmiewanie się z osób aktywnie poszukujących uczucia wynika częściowo z mitologizacji miłości. Towarzyszy jej przekonanie o istnieniu rządzących nią reguł. Jedną z nich jest pogląd, że uczucie jest jak grom z jasnego nieba. Nagle wkracza jakiś on, cały na biało, lek na nasze problemy sercowe.

Z drugiej strony żyjemy w kulturze propagandy sukcesu, w której znalezienie odpowiedniego partnera zaczyna być traktowane jako jedno z życiowych osiągnięć. Konto na portalu randkowym czy anons na grupie na Facebooku, dla wielu osób nie jest wykorzystywaniem nowych narzędzi do zaspokojenia jednej z najbardziej ludzkich potrzeb, ale przyznaniem się do porażki na polu osobistym.

Być może podśmiewamy się z poszukujących drugiej połówki trochę z okrutnej chęci wywyższenia się. Nie kpimy z osób ubogich czy upośledzonych, tresowani batem poprawności politycznej. Potrafimy za to szydzić z cudzej samotności, dopisując jej dodatkowe sensy i szukając jej powodów. W większości mediów nie znajdziemy narracji o osobach samotnych, a nawet jeśli, to zostaną one określone mianem „singli” i przedstawione jako niegroźni wielkomiejscy dziwacy i karierowicze. Współczesne postaci komiczne.

Ekshibicjonizm dla dwojga

Mimo że średniowiecze było czasem rozkwitu miłości dworskiej, czyli właściwie pierwszego modelu miłości romantycznej w historii, publiczne okazywanie sobie czułości, i to nawet przez małżonków, było wówczas przedmiotem kpin. Dla obnoszenia się z uczuciami nie było wówczas miejsca. Oglądając aktywność znajomych par na portalach społecznościowych można poczuć chwilową nostalgię za obyczajowością wieków średnich…

Trudno ocenić, kiedy publikowanie na portalach społecznościowych zdjęć z ukochaną osobą jest podyktowane chęcią podzielenia się szczęściem ze znajomymi, a kiedy zamienia się w chwalenie się. Stan zakochania ma w sobie niewątpliwie walor ekshibicjonizmu. Dopaminowego haju, na którym ma się ochotę opowiadać o swojej miłości, bo samo myślenie i mówienie o niej uszczęśliwia. Prawdopodobnie podobny mechanizm rządzi gwiazdami i gwiazdkami, które decydują się opowiedzieć (oczywiście nie bez stosownego honorarium) o swoim uczuciu, uderzając w tony zgoła mistyczne. Po równie medialnych rozstaniach pozostaje tylko niesmak towarzyszący wyciąganiu wspólnych okładek i wywiadów.

Podśmiewanie się z zakochanych, którzy obwieszczają swoje uczucia online, i nie szczędzą znajomym ilustracji poglądowych pocałunków francuskich, ma kilka wymiarów. Z jednej strony mocno pokutuje w naszym społeczeństwie z lekka moralizujący pogląd, że to, co prywatne jest warte więcej, niż to, co publiczne. Jak gdybyśmy w sekrecie hołdowali szekspirowskiemu wersowi „mów szeptem, jeśli mówisz o miłości”. Cóż, rzeczywiście trudno wzruszyć się zdjęciem pocałunku robionym ręką jednej z całujących się osób. Być może w ostrej krytyce miłości z relacją life kryje się też odrobina zazdrości. Wszak online wszystko wygląda bardziej kolorowo.
Na fanpage’u „Mądrości zakochanych”, któremu stuknie niebawem 50 tysięcy polubień można znaleźć screeny publicznych aktywności par, które raz po raz wyznają sobie miłość czy dzielą intymnymi szczegółami i zdjęciami.

– Kiedy jesteśmy zakochani, działamy niekiedy jak w narkotycznym transie, jesteśmy wszak pod wpływem dopaminy, fenyloetyloaminy i testosteronu. To, co się wtedy z nami dzieje i co wyprawiamy, po kilku latach potrafi solidnie zaskoczyć. Z kolei social media kochają intrygę, wątki miłosne i oczywiście podglądanie innych. Stąd pomysł na fanpage – mówi Kasia, pomysłodawczyni „Mądrości zakochanych”

– Na stronie pokazujemy skutki uboczne zakochania, trendy w podrywaniu, internetowe starcia z byłymi czy lansownie się z drugą połówką. Słowem miłość w czasach internetu level hard. Skupiamy się na ewolucji marzeń i przesadnym ekshibicjonizmie. Wydaje mi się, że chęć obśmiania zakochanych częściowo bierze się stąd, że większości z nas zdarzyło się kiedyś zrobić czy napisać głupoty, a Facebook lubi nam to przypominać. Celebrowania uczucia uczymy się wraz z doświadczeniami, ewoluuje nasza ekspresja, fanpage pokazuje różne stadia tej ewolucji – opowiada Kasia.

Komentujący posty nie szczędzą zakochanym nie tyle ostrych słów, ile kpin. Szczególnie ciekawą (i wyśmiewaną) kategorią są zdjęcia „romantycznych” gestów zakochanych – wspólnej kąpieli z płatkami róż w wannie zbyt krótkiej nawet dla jednej osoby czy kanapek z wędliną i serduszkami z ketchupu przedstawionych jako „romantyczne śniadanie do łóżka”.

Fotografie tego rodzaju najpełniej pokazują konstruktywistyczną stronę miłości, która jest nie tyle porywem serca, jak lubimy o niej myśleć, co społecznym scenariuszem. Miłośnicy wędliny z ketchupem i gniecenia się w małej wannie replikują model podpatrzony w filmach, nie dostrzegając odchyleń od pierwowzoru.

Komizm polega na przeniesieniu scenariusza oglądanego w wystylizowanej, dostatniej wersji, do polskich, nieprzystających do konwencji realiów. Wykwintne śniadanie zastępuje krzywe serce z pomidoropodobnej mazi, a relaksującą kąpiel w pianie kolana pod brodą i ból w krzyżu. Z wielkich bukietów czerwonych róż w naszej szerokości geograficznej pozostały różane kikuty z plasterkami z folii aluminiowej, z którymi chłopcy (a bywa, że i mężczyźni) paradują na randki i rocznice.

Kultura ponowoczesna charakteryzuje się serią demistyfikacji. Nie ma w niej miejsca na wielką ideologię czy wspólną całemu społeczeństwu religię. Na tym poburzowym tle miłość zdaje się czymś ekscytującym, nadnaturalnym, a jednocześnie wciąż bardzo prawdziwym. Któż z nas nie czuł motyli w brzuchu i nie przeżył kilku bezsennych nocy. Mimo stale ewoluujących konsumpcyjnych oczekiwań i zmieniających się zwyczajów komunikacyjnych, miłość pozostaje marzeniem uniwersalnym, metafizycznym i pasjonującym. Dlatego na przekór komentarzom cyników, złośliwych żartownisiów i pomimo zawodów, ciągle wierzymy w platońskie połówki pomarańczy.


Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...