Tym autem będą odmładzać się 40-latkowie. Toyota C-HR to naprawdę odważny samochód

Toyota C-HR to aktualnie niepodrabialny crossover. Fot. naTemat
To samochód odważny w naprawdę wielu aspektach. Odważny i trochę przełomowy. Takie auto przyszłości w wersji light – nie tylko pod względem technologii, ale i wyglądu. Honda… przepraszam, Toyota C-HR jest modelem bardzo zero-jedynkowym: albo się podoba i kupuje się ten koncept w całości, albo nie można zrozumieć, jak inni mogą chcieć jeździć takim dziwolągiem. Niezależnie od tego, do której z tych grup należysz, na pewno zwrócisz na nią uwagę. Zwłaszcza, jeśli ma dodatkowo personalizowaną rejestrację… CHR. Ostatecznie podejrzewam jednak, że zapowiada się hit sprzedażowy.

Ale najpierw chwilę o odwadze. Naprawdę wielkie cojones musieli mieć ci, którzy decydowali o nazwaniu tego modelu C-HR. Tylko w ciągu tygodnia tego testu kilkadziesiąt razy nazwałem tę Toyotę Hondą. I nazwałem, i napisałem. Poważnie. W głowie tak bardzo utkwione są modele CR-V i H-RV od Hondy, że trzyliterowa nazwa modelu w tym klimacie kojarzy się tylko z tym producentem. I nie byłem w tych wpadkach odosobniony.
Podobna jest jednak tylko nazwa. Toyota CH-R to crossover, jakiego na rynku jeszcze nie było. To auto stworzone na nowo, które przełamuje to, do czego często jesteśmy przyzwyczajeni. Podczas testów nie raz określałem już design aut jako nowoczesny. Prawdą jest jednak, że Toyota modelem C-HR wprowadza nowoczesność na zupełnie inny poziom. Nie chodzi o jeden, dwa czy trzy bardziej odważne fragmenty. To samochód, którego sylwetka jest na wskroś nowoczesna. Ba, nawet lekko futurystyczna. Gdy zobaczy się projekty koncepcyjne, widać, że projektanci chcieli zrobić C-HR-kę jeszcze bardziej kosmiczną. Ostatecznie jest ona jednak ziemska, ale i tak wystarcza, by wyróżnić się na tle tradycyjnych modeli. Przód, tył, przetłoczenia, spoiler, reflektory. Wszystko.
Choć Toyota C-HR jest crossoverem składającej się w połowie z części o nazwie „SUV”, rozmiarem jest zdecydowanie bardziej kompaktowa. Ba, na pierwszy rzut oka wydaje się naprawdę niewielka, co potwierdza się przy bliższym poznaniu i zajrzeniu do środka. C-HR ma zaledwie 4,35m długości.
W środku miłe zaskoczenie. Jest równie nowocześnie i… wcale nie tak plastikowo, jak można by się spodziewać po Toyocie. C-HR trzyma poziom i klimat nowoczesności, do którego przyzwyczaiła nas na zewnątrz. Materiały, z których stworzono deskę rozdzielczą i środkowy panel nie są tanio wyglądającymi trzeszczącymi plastikami. Na drzwiach mamy też ciekawą „kratkę”.
„Kosmiczności” dodaje także duży ekran na samym środku, który nie wygląda jak przyklejony przerośnięty tablet, ale jest spójną częścią deski. Metalowa ramka płynnie przechodzi we fragment deski rozdzielczej. Minusem ekranu jest jednak oprogramowanie. Soft działa na lekkim lagu, a przeklikanie się np. przez nawigację może przetestować cierpliwość kierowcy. Dlatego też np. dźwiękiem sensownie operuje się jedynie z poziomu kierownicy, bo zabrakło standardowego pokrętła. Ładnie wyglądają za to zegary umieszczone w metalowych tubach.
„Atmosfera” wewnątrz jest przyjemna. Natomiast jeśli chodzi o ilość miejsca, jest zdecydowanie bardziej kompaktowo. Da się odczuć, że nie jest to duże auto. Zwłaszcza z tyłu, gdzie osoby powyżej 180 cm mogą mieć problemy z komfortowym podróżowaniem. Nogi co prawda nie dotykają tyłu foteli, ale charakterystyczna sylwetka opadającego dachu powoduje, że głowa dość szybko spotyka się z sufitem. Z przodu nie jest ciasno, ale czuć, że wszystkie elementy dość szczelnie otaczają kierowcę. Tylne drzwi otwiera się także klamkami przy szybach - nie jestem fanem tego rozwiązania, a znamy je np. z Alfy Romeo Giulietty czy Hondy Civic. Zwróćcie też uwagę, że z tyłu okna oraz szyba są nieco ograniczone, dlatego tez manewrowanie na wstecznym może momentami sprawiać trudność. Tu z pomocą przychodzą czujniki cofania i kamery.
Jak wspomniałem na początku, Toyota C-HR jest autem futurystycznym nie tylko ze względów wizualnych, ale i technologicznych. Napędy hybrydowe nie są może czymś niespotykanym, ale ciężko nazywać je w Polsce wyjątkowo popularnymi. Toyota jest producentem, który stawia na nie wyjątkowo mocno. C-HR jest hybrydą pełną gęba. Czerpie z jednego z klasyków – Priusa. Pod maską siedzi napęd hybrydowy o pojemności 1.8l i mocy 122 koni mechanicznych. Oszczędnie. I takie jest też spalanie, głównie w mieście – 5,9l/100km to bardzo miły wynik, który trochę rośnie na szybszych trasach poza miastem. Choć jest to i tak sporo więcej niż deklaruje producent (średnio 3,6-4l/100km). Skrzynię możemy także wrzucić w tryb B, który charakteryzuje się lepszym odzyskiwaniem energii i wyraźnie daje odczuć się to w pracy skrzyni.
To zwinny crossover, który najlepiej radzi sobie w mieście. Na trasie dość szybko przypomina o sobie brak dynamiki, na który skazany jest ten zestaw. Nie to jest jednak największym problemem, bo to nie jest samochód do zapewniania ekstremalnych doznań. Najmniej podobał mi się dźwięk, który wydobywa się spod maski w momencie wciśnięcia gazu do dechy. Silnik wyje naprawdę (za)głośno, co w ogóle nie jest komfortowe. Bezstopniowa skrzynia biegów podczas depnięcia gazu i przyspieszania trzyma wysokie obroty tak długo, jakby chciała zrobić na złość wszystkim, którzy siedzą w środku. Dźwięk milknie przy lekkim odpuszczeniu gazu, ale ten irytujący odgłos jeszcze długo odbijał mi się od uszu. Może inaczej jest w innym wariancie, 116-konnym benzyniaku o pojemności 1,6l i z 6-stopniową manualną skrzynią biegów.
Ceny nowej Toyoty C-HR zaczynają się od 81 900 zł za wspomnianego benzyniaka w najniższej wersji wyposażenia. Dokładając stopniowo po ok. 10 tys. zł możemy żonglować kolejnymi wariantami wyposażenia i jednostkami napędowymi, aż do 120 800 zł za hybrydę w najwyższej opcji Prestige. Ostateczną cenę można wywindować jeszcze wyżej opcjonalnymi dodatkami.
Toyota C-HR to bez wątpienia samochód wyjątkowy. Bardzo ciekawy wybór dla kogoś, kto szuka czegoś nietuzinkowego. Najbardziej widzę tutaj kierowców koło 40+, którzy autem chcieliby się nieco odmłodzić. I chyba raczej kobiety niż mężczyzn. Spalaniem, sylwetką i wykończeniem w środku pozytywnie zaskakuje. Renoma Toyoty pozwala przypuszczać, że będzie to model stosunkowo niezawodny i sprawiający mało kłopotów. Idealny do miasta, bo na dłuższych trasach przy wyższych prędkościach dynamika i odgłos spod maski może być skutecznie męczący.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...