"Mam jeden argument, który pokazuje, że odebranie kobietom tabletek "dzień po" to decyzja polityczna" [wywiad]

Rząd chce, żeby tabletka "dzień po" była dostępna tylko na receptę.
Rząd chce, żeby tabletka "dzień po" była dostępna tylko na receptę. Fot. Jakub Ociepa/Agencja Gazeta
Rząd PiS uważa, że tabletki "dzień po" ellaOne powinny być na receptę, bo wszystkie inne antykoncepcyjne leki hormonalne dostępne są tylko w ten sposób. Za nic ma przy tym dyrektywę Komisji Europejskiej, która dwa lata temu postanowiła o dostępności tego leku bez konieczności konsultacji z lekarzem. – To odcięcie nas od tego, do czego mamy prawo – komentuje prawniczka, ekspertka od praw reprodukcyjnych, Karolina Więckiewicz.

Co oznacza taka decyzja rządu?

Mówiąc wprost, oznacza to, że ten lek staje się w zasadzie niedostępny. Bo powiedzmy sobie jasno, że wcale nie w każdej aptece ellaOne były dostępne. Jest po prostu drogi, i wiele punktów nie miało go w ofercie. To niezgodne z prawem, ale taka była praktyka. Więc teraz nie tylko trzeba będzie szukać miejsca, gdzie go kupić, ale przede wszystkim trzeba będzie wydać dodatkowe pieniądze na prywatną wizytę lekarską. Bo zapisanie się z dnia na dzień do państwowego ginekologa to mrzonka. Do tego dochodzi wysoka cena leku i od razu widać, że niewiele osób będzie na niego stać.

Pieniądze to największy problem?

Duży, ale nie jedyny i raczej nie największy. Ważne jest także to, że jeśli chodzi o antykoncepcję doraźną, to przecież liczy się właśnie czas, a wymuszanie zdobywania recepty, wydłuża czas do przyjęcia leku.

Rząd twierdzi, że chodzi o to, by wszystkie leki hormonalne były traktowane na takich samych zasadach

W ustawie o planowaniu rodziny jasno jest zapisany obowiązek zapewnienia swobodnego dostępu do metod i środków służących świadomej prokreacji. Ale skoro na każdy lek trzeba zdobyć receptę, do tego dochodzi przyzwolenie na bezprawne stosowanie przez lekarzy klauzuli sumienia, a kolejna bariera to cena, to wychodzi na to, że dostęp do antykoncepcji farmakologicznej jest kompletnie iluzoryczny.

Pada też argument o tym, że chodzi o bezpieczeństwo pacjentek

To mydlenie oczu. Jeśli w jednym kraju dany lek jest na receptę, a w innym nie jest ona potrzebna, to wiadomo, że nie chodzi o jego "szkodliwość" i konieczność zażywania pod kontrolą lekarza. To jest objaw polityki państwa i jego podejścia do kwestii antykoncepcji, a nie dbania o zdrowie kobiet.


Dyrektywę o dopuszczeniu sprzedaży ellaOne bez recepty wydała Komisja Europejska

A polski rząd próbuje pokazać, że nikt mu nie będzie mówił jak ma się zachowywać. Ale to początek procesu legislacyjnego, bo ustawę musi uchwalić Sejm.
Trwa ładowanie komentarzy...