5 rzeczy, których nie powinni robić przeciwnicy PiS, jeśli chcą marzyć o wygraniu wyborów

5 rzeczy, których nie powinni robić przeciwnicy PiS, jeśli chcą marzyć o wygraniu wyborów.
5 rzeczy, których nie powinni robić przeciwnicy PiS, jeśli chcą marzyć o wygraniu wyborów. Fot. Jakub Ociepa / Agnecja Gazeta
Już prawie półtora roku od wyborów, a partia Jarosława Kaczyńskiego nadal jest wyjątkowo mocna w sondażach. Tak jakby na złość wszystkim przeciwnikom partii, którzy wieszczą, że PiS za chwilę zacznie pikować. Siła PiS-u wynika z wielu czynników, jednym z nich jest słabość rywali – podsumowaliśmy chwyty, które stosuje opozycja, i które na pewno nie zaszkodzą rządowi.

Jarosław Kaczyński naprawdę ma powody do zadowolenia. Kilka dni temu CBOS opublikował sondaż, z którego wynika, że na PiS chce głosować aż 40 proc. badanych. To więcej, niż na co mogą liczyć Platforma i Nowoczesna razem wzięte, które popiera odpowiednio 17 i 9 proc. respondentów.

PiS-owi słupki nie spadają, chociaż partia co rusz ma problemy wizerunkowe. Albo "szkodzi" (cudzysłów jest zasadny, bo partia nie traci w oczach wyborców) jej "minister" Misiewicz, albo kobiety organizują czarny protest. Przykłady można mnożyć. I wszystko na nic. Zupełnie tak, jak za pierwszych rządów PO-PSL, kiedy gabinetem Tuska nie można było wstrząsnąć.

Dlatego wszyscy przeciwnicy PiS powinni zmienić taktykę. A najpierw zrezygnować z kiepskich "zwyczajów", które głosów im nie przyniosły do tej pory i zapewne nie przyniosą ich w przyszłości.

Nie pozycjonować się wyłącznie jako antyteza PiS

Kiedy Prawo i Sprawiedliwość szło po władzę, politycy tej partii przedstawili dla Polaków konkretne rozwiązania. Można mieć do pomysłów z Nowogrodzkiej krytyczne podejście, ale nie można odmówić Jarosławowi Kaczyńskiemu, że partia przedstawiła swoje pomysły na Polskę. Choćby program 500+, reformę szkolnictwa, powrót do poprzedniego wieku emerytalnego czy likwidację NFZ. Co warto zauważyć, większość z tych propozycji PiS już zrealizowało.

Platforma była wtedy za zachowaniem statusu quo, który w praktyce wyglądał tak, jakby celem partii Ewy Kopacz (wtedy) była jedynie negacja PiS. Partia całą kampanię była w defensywie i skupiała się jedynie na torpedowaniu planów Jarosława Kaczyńskiego. Zapomniała przedstawić swoje. Platforma funkcjonuje w podobny sposób do dzisiaj, tak jak zresztą (nie)działa Nowoczesna. Obie partie są reaktywne – budzą się dopiero wtedy, kiedy PiS coś proponuje, i negują to. Tak było choćby przy okazji czarnego protestu. Nawet teraz, po wypadku premier Beaty Szydło, opozycja skupiła się jedynie na krytykowaniu wersji rządowej wersji zdarzeń. Tymczasem wyborca czeka na konkrety, a jeśli nie akceptuje działań rządu, i tak zagłosuje na inną partię.

Nie zapominać o swoim programie

Z tym wiąże się kolejny punkt – opozycja musi mieć swój program, bo dzisiaj jest kojarzona jedynie z "zrobimy odwrotnie niż Kaczyński". A przecież nikt nie bronił Platformie czy Nowoczesnej zaangażować się w walkę o prawa kobiet przed zakusami PiS do zakazu aborcji.

Politycy PO świetnie wyglądali na konferencji prasowej zorganizowanej przy drzewie w Oświęcimiu, ale zamiast uderzać w działania prokuratury i PiS, co się wszystkim znudziło po dwóch dniach, mogli przypomnieć, że już wcześniej proponowali zmiany w BOR. Mogli na przykład – na wzór amerykański – zaproponować skrócenie godzin służby (kierowca Szydło podobno był na służbie od jedenastu godzin). Mogli nawet przypomnieć, że spodziewali się takiego rozwoju wydarzeń i dlatego proponowali zmiany już po wypadku Antoniego Macierewicza. Ale nic takiego nie miało miejsca ani przy jednym wypadku, ani przy drugim.

Nie dyskredytować wartości wyborców PiS

Dlaczego Korwin-Mikke, Ruch Narodowy czy Partia Razem są poza Sejmem, choć wszyscy o nich mówią? Bo dobrze się o nich mówi, ale niekoniecznie chce się na nich głosować. Większość społeczeństwa jest bardziej centrowa, wielu zwyczajnie identyfikuje się z poglądami głoszonymi przez PiS, zwłaszcza kiedy partia w trakcie kampanii wyborczych przybiera bardziej "lajtowy" charakter.

Tych wyborców PiS jest na tyle dużo, że aby wygrać wybory, trzeba część z nich partii po prostu… odebrać. Tymczasem niektórzy opozycyjni politycy robią wszystko, żeby wyborców PiS do siebie zniechęcić. Przykładowo – większość z nich to katolicy. Donald Tusk potrafił jako premier klęknąć w kościele, choć do Boga mu dość daleko, tuż przed wyborami w 2005 roku wziął nawet ślub. Dla odmiany strącony w polityczny niebyt Stefan Niesiołowski jest przykładem, jak głosząc swoje poglądy można zapomnieć o tym, że w Polsce są różni ludzie. – Czuję do niego wstręt – za to, co zrobił – tak jeszcze jako polityk PO mówił o kardynale Stefanie Dziwiszu. Duchownemu „oberwało się” za pochowanie na Wawelu Lecha Kaczyńskiego. Tak nie da się odbierać wyborców PiS-owi.

Z kolei Nowoczesna świadomie spycha się w stronę lewicy obyczajowej. Prawie połowa posłów tej partii przy składaniu sejmowej przysięgi nie wspomniała o Bogu. I wszystko jest w porządku – każdy ma swoje poglądy. Rzecz w tym, że w partii dwugłosu w tej sprawie nie słychać, który sugerowałyby liczby. Niektóre wypowiedzi, jak choćby słynny wywiad Joanny Scheuring-Wielgus dla "Super Expressu", w którym posłanka zarzuciła Chrystusowi okrucieństwo, a o chrześcijanach powiedziała, że mają "wiele za uszami". Takimi wypowiedziami w Polsce póki co można sobie przysporzyć więcej wrogów niż wyborców.

Nie odrzucać socjalnych reform z zasady

To lekcja, którą partie opozycyjne pobierały wyjątkowo długo. PO przed wyborami upierała się, że Polski na 500+ nie stać. W końcu partia odwróciła myślenie – program jest potrzebny i to nawet w rozbudowanej formie, czyli takiej, która obejmie każde dziecko, włącznie z jedynakami.

Punktem przełomowym dla PO była wrześniowa konwencja programowa, gdzie przyznano, że likwidacja programu jest dla Polaków nie do przyjęcia.

500+ długo nie mogła także zaakceptować Nowoczesna. Ryszard Petru wielokrotnie obiecywał w mediach, że zlikwiduje program. Dopiero wraz z malejącymi słupkami w sondażach zreflektował się – choć co jakiś czas przedstawia pomysły na "modernizację" programu, choćby poprzez odebranie prawa do tego wsparcia najbogatszym.

Nie czekać na wybawienie z zewnątrz

Władzę w Polsce można przejąć tylko w Polsce. Doskonale rozumie to Jarosław Kaczyński, ale opozycja już niekoniecznie. Dlatego lider PiS od początku wiedział, że szeroko pojęte naciski z Brukseli, czyli groźby Komisji Europejskiej w kwestii procedury kontroli praworządności czy debaty w Parlamencie Europejskim Polaków w zdecydowanej większości nie wzruszą.

Tymczasem opozycja długo grała na tę kartę, praktycznie całą końcówkę 2015 roku i pierwszą połowę roku minionego. Doszło do kuriozalnej sytuacji, w której głównym polskim opozycjonistą w zasadzie został Guy Verhofstadt. Ale przecież na niego nikt w wyborach do polskiego Sejmu nie będzie mógł zagłosować.

Napisz do autora: piotr.rodzik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...