"Zerwany kłos" to film uczniów ze szkoły ojca Rydzyka. Ciekawa opowieść, z którą jest pewien zasadniczy problem

Za scenariusz i reżyserię filmu "Zerwany kłos" odpowiada Witold Ludwig
Za scenariusz i reżyserię filmu "Zerwany kłos" odpowiada Witold Ludwig Fot. Jakub Grabowski /Zerwanyklos.pl, materiały prasowe
"Zerwany kłos" to film, który spełni swoją funkcję: zachwyci niewymagających. Po seansie usłyszałam: "Wajda by tego lepiej nie zrobił".

Warszawskie kino studyjne – Luna. Środek tygodnia, godziny popołudniowe. W biegu kupuję bilet. – Wejściówki na „Zerwany kłos” rozchodzą się tak szybko, jak na „Sztukę kochania”? –  zagaduję kasjerkę. – W tygodniu „Zerwany kłos” wygrywa. Zwłaszcza na seansach dla seniorów – słyszę w okienku. Sala kinowa mniej więcej w połowie pełna. Są i starsi, i młodsi. Jeden z ostatnich rzędów zajęły zakonnice. Wszyscy do ostatniej sceny siedzą, jak zahipnotyzowani. I po obejrzeniu tego przydługiego filmu wystawiają jego twórcom laurkę.



Dużo za długi
Historię błogosławionej Karoliny Kózkówny, męczennicy zamordowanej przez carskiego żołnierza, zdecydowanie należało pokazać na szklanym ekranie. Ale nie należało tego robić w tak przydługiej i nudnej formie, na jaką zdecydowali się studenci i absolwenci szkoły ojca Tadeusza Rydzyka. Ciekawą opowieść niepotrzebnie rozwleczono aż do 95 minut. Reżyser-debiutant Witold Ludwig miał na to swój sposób. Niektóre – zwłaszcza te kluczowe sceny – pokazał w bardzo zwolnionym tempie, nienaturalnie przeciągnięto też drugą połowę filmu.
Fabuła "Zerwanego kłosa" może być ciekawa, zwłaszcza dla kogoś, kto o Karolinie Kóźkównej nie słyszał.

Jest 1914 rok. Po Tarnowszczyźnie panoszą się carscy żołnierze. Sieją strach, zwłaszcza wśród młodych dziewczyn. Reżyser w swoim filmie rysuje sylwetki dwóch kobiet: Teresy i Karoliny. Ta pierwsza jest we wsi wytykana palcami, ludzie plotkują, że oddała się Rosjanom. Karolina-uosobienie dobra, odkrywa, że Teresa została zgwałcona i nosi pod sercem dziecko. Niedługo później, podczas jednego z ataków na ludność cywilną, Karolina ponosi śmierć męczeńską. Heroicznie się broni. Umiera jako dziewica. W 1987 roku papież Jan Paweł II ogłosi ją błogosławioną.

Przerysowane dobro, karykaturalne zło
„Niezwykle subtelny liryzm i poetyckość narracji”– obiecują twórcy filmu. Ale – jak dla mnie – tej obietnicy nie spełniają. Co najwyżej, kiczowaty liryzm może przejawiać się we wschodach, zachodach słońca i widokach kołysanego wiatrem zboża. Dialogi są drętwe i pełne oczywistych metafor.

Aktorzy, zwłaszcza Aleksandra Hejda (filmowa Karolina), grają z przesadną emfazą. Swoje kwestie wypowiadają w sposób nienaturalny. Momentami miałam wręcz wrażenie, że klepią wykuty na pamięć wiersz, ale nie silą się nawet o jego interpretację. Byle było podniośle. Obok debiutantów: Aleksandry Hejdy, Magdaleny Michalik (Teresy), w "Zerwanym kłosie" wystąpił także Dariusz Kowalski (znany m.in. z "Plebani", "Drogówki"), ojciec Karoliny, który nie może pogodzić się ze śmiercią córki.
Gra świateł i plany filmowe w "Zerwanym ..." nachalnie podpowiadają, co i w jakim momencie widz ma myśleć i czuć. Przesadzono także z samą charakteryzacją: główna bohaterka ma cień na powiekach, pomalowane rzęsy i policzki.

Zdaje się, że celowo ominięto scenę gwałtu, choć bardzo długo trzymano widza w napięciu. Scena ucieczki Teresy przed kozakiem ciągnie się w nieskończoność. Wreszcie, kiedy widz ma już nadzieję na finał tego epizodu, kamera zbliżona zostaje na drzewo i przesuwające się po nim dłonie.

Z drugiej strony: nikt nie chroni widzów przed widokiem krwi kozaków. Reżyser postarał się, by w przerysowany sposób pokazać tu dobro (przez co mamy wręcz nienaturalną Karolinę) i wręcz karykaturalny – zło (Rosjan).

Publiczność, jak na mszy
"Gdzie kryje się sens męczeństwa bł. Karoliny? Film niesie przesłanie o sensie cierpienia, zwycięstwie miłości nad nienawiścią, a także wieść o tym, że wiara w Jezusa Chrystusa potrafi nieustannie odmieniać życie każdego z nas" – piszą autorzy tego dramatu. Dla mnie mało w nim dramaturgii, więcej kiczu. Ale co ważne: to nie mnie miało się podobać, a właśnie tym, którzy długo czekali na ekranizację historii błogosławionej Karoliny.

Po ostatniej scenie filmu jako pierwsza wychodzę z sali. Inni do ostatniej chwili z uwagą śledzą nawet napisy końcowe. – Dla mnie ten film mógłby trwać dużo dłużej. Piękne zdjęcia, pięknie pokazana historia – zachwyca się starsza kobieta. Wtrąca tylko, że brakowało jej sceny z pierścieniem bł. Karoliny (pierścień świętej Karoliny przeznaczony jest dla osób, które chcą powierzyć jej swoje życie –red.).

Inna pani, spotkana we foyer kina, również jest pod dużym wrażeniem "Zerwanego ...". Tylko "odrobinkę" skróciłaby niektóre ze scen, na przykład tę z pogrzebu bł. Karoliny.
O wrażenia na temat filmu pytam też przedstawicieli młodszego pokolenia. – Film był dobry, chociaż dałoby się go opowiedzieć krócej. Dla mnie, jako osoby wierzącej, to bardzo ważna historia – podkreśla nastolatka.

Starszy mężczyzna kwituje: – Wajda lepiej by tego filmu nie zrobił. Produkcja ma więc nie tylko przychylność niektórych widzów, ale i władzy. Na premierze "Zerwanego kłosa" zjawili się m.in. Bartłomiej Misiewicz, Zbigniew Ziobro, Jacek Kurski, Mariusz Błaszczak.

"Zerwany kłos" - jest pierwszym filmem Fundacji Lux Veritatis (nadawca Telewizji Trwam), powstał przy wsparciu telewizji ojca Tadeusza Rydzyka. Jego twórcami są uczniowie Rydzyka - studenci i absolwenci Wyższej Szkoły Społecznej i Medialnej w Toruniu.

 

Napisz do autorki: daria.rozanska@natemat.pl

                                                                                                                                
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...