Nie chce mieć domu, a jego życiem steruje Apple Watch. Zapytałem Arka Skuzę, ile to "dużo" dla człowieka z Mordoru

Arek Skuza to przedsiębiorca i innowator wyróżniony przez magazyn "Brief" jako jeden z najbardziej kreatywnych w biznesie Polaków.
Arek Skuza to przedsiębiorca i innowator wyróżniony przez magazyn "Brief" jako jeden z najbardziej kreatywnych w biznesie Polaków. Fot. archiwum własne
Uwielbiam rutynę - to chyba ostatnia rzecz, której spodziewałem się usłyszeć od Arka Skuzy. Jak to możliwe, że przedsiębiorca i innowator wyróżniony przez magazyn "Brief" jako jeden z najbardziej kreatywnych w biznesie Polaków może lubić to, co powtarzalne? Odpowiedź jest prosta - rutyna Arka Skuzy to nieustanna walka o realizację swoich marzeń. – Nigdy nie osiągnę sukcesu w sensie skończonym – mówi naTemat.

Zanim wszedłem do biurowca w którym mieści się twoja firma, minęło mnie Maserati mknące po Wołoskiej. Myślisz, że jechał nim ktoś, kto osiągnął sukces?



Arek Skuza: Ja definiuję sukces w ten sposób, że twoje mocne strony przebiły się w świecie, ktoś cię zauważył i się realizujesz, ktoś czerpie z nich korzyści. Na przykład to, że umiesz prowadzić firmy i masz związek przyczynowo-skutkowy między ciężką pracą a jej efektem. Masz wpływ na wartość, której dostarczasz.

Domyślam się, że dla właściciela tego auta jest ono pewnym trofeum.

Pewnie tak, ale muszą być jeszcze odpowiednie wibracje między tobą, a tym co masz. Czasem duże pieniądze wcale nie dają tego pozytywnego połączenia. Pamiętam moją rozmowę z prezesem pewnej dużej polskiej firmy. Swego czasu kupił bardzo dobry samochód i powiedział mi na parkingu przed swoim biurowcem, "pan to ma szczęście, bo pan może stąd odejść i pójść zakładać kolejną firmę, a ja już tu będę tkwił do końca życia". To była moja pierwsza praca. Te słowa dały mi wiele do myślenia.

Sukces jest wtedy, gdy dzięki emocjom czujesz, że płyniesz. Realizujesz się, masz mocne strony i to aż promieniuje, napędzając ciebie i innych. Posiadanie Maserati, wyjazd na narty czy kupno domu w USA jest side effectem, tego co robisz. Jest taka scena w firmie “60 seconds”, gdzie Nicolas Cage tłumaczy dzieciakowi, że prędkość z jaką prowadzisz auto i wykonujesz manewry jest efektem ubocznym twoich umiejętności. Wierzę w te słowa.
Ale czy nie uważasz, że atrybuty którymi się otaczamy mają wpływ na to, jak nas postrzegają inni? Że również dzięki nim jesteśmy w stanie więcej osiągać, bo stają się dowodem naszego sukcesu?

Odpowiem nieco przewrotnie. Przedsiębiorczość nigdy w historii świata nie miała takiego momentu, jak ma teraz. Każdy z nas, zwykły Nowak, Kowalski, czy zwykły Skuza może wreszcie przebijać swoje pomysły i koncepcje na światowej arenie. Walczyć o swój obszar. Dla rynku nie ma znaczenia nazwisko, liczy się wartość jaką dostarczasz. W mojej ocenie personal branding czyli marka osobista jest kluczem do sukcesu, ale nie może być oparta na nadmuchanym wizerunku siebie.

Wszyscy znają historię Steva Jobesa, który do najlepiej promujących się z perspektywy ubrań nie należał. Mimo to wszyscy zapamiętali, że nosił konkretny numer New Balance'ów. Ale pamiętamy o tym nie dlatego, że te buty były fancy. Zainteresował nas jego oryginalny styl, bo znamy jego dokonania. Wierzę też w słowa Henry'ego Forda, że nie da się zbudować reputacji na tym, co chcesz zrobić, tylko na tym, co zrobiłeś.

Niektórzy mimo wszystko wolą pójść na skróty. Wywołują zamieszanie wokół siebie, aby łatwiej było dokonać pewnych rzeczy.

Jeśli ktoś myśli, że przystawiając do ucha telefon z takim czy innym owocem wybije się na świecie, idzie w ślepą uliczkę. Dbanie o swój wizerunek polega na czym innym. Mamy internet, blogi, social media. Ludzie mogą nas ocenić bez względu na to, co powiemy sami o sobie. Dziś po prostu wszystko widać jak na dłoni. Internet wymusza transparentność. A to, że ktoś ma kurtkę takiej czy innej firmy w świecie, który jest coraz bardziej cyfrowy, nie ma najmniejszego znaczenia. Zobaczmy, Ilu ludzi followujemy na Snapchacie czy na Linkedinie, a nie mamy pojęcia, co na siebie zakładają. Cenimy ich za coś zupełnie innego, bo definicja tego, co nas ubiera, bardzo się zmieniła. To już nie są marki, auta, tylko to, co robisz i kim jesteś - co dostarczasz.

Czyli w dzisiejszym świecie ważne jest to, ile mamy lajków i followersów?

To kolejna rzecz, która jest dla mnie niezwykle ciekawa, bo od jakiegoś czasu się temu tematowi bardzo, bardzo przyglądam. To wszystko jest bardzo powierzchowne, natomiast odkrywam drugą stronę tego zjawiska. Żeby zdobywać te lajki, należy naprawdę świetnie znać siebie. Trzeba bardzo dobrze odrobić zadanie domowe, polegające na ustaleniu, do kogo mówimy. Przecież ty wiesz, do kogo będę mówił w tym wywiadzie. Pod tym kątem przygotowujesz pytania i jego cały scenariusz - tak samo jest w internecie. Nie jest tak, że zrobimy głupi filmik i wszyscy będą o nim mówić. Być może jak udostępni go osoba "A", to będzie miał zaraz milion lajków, ale jak wkleję go ja na swojego Facebooka, to nie będzie miał ani jednego, bo moja audience nie tego ode mnie oczekuje. Trzeba odkryć kim się jest i co możemy dać swojej publiczności. To odkrycie powoduje, że masz te lajki.
A ty osiągnąłeś już sukces? Marka Skuza przyciąga kilku followersów, potrafi zebrać lajki.

Osiągnąłem sukces wewnętrzny, z którego jestem dumny. Po czwartej pracy w moim życiu kolega powiedział mi, że jestem skazany na narożnik życiowy, bo nikt nie zmienia tak często pracy, jak ja. To było 2 lata po studiach, pracowałem już wtedy w kilku firmach w Kanadzie i w Stanach. Z kolejnymi etatami, kolejnymi firmami które zakładałem, odkrywałem samego siebie. Dowiadywałem się, co chcę robić, jak chcę pracować. Czy chcę być specjalistą od SEO, od analityki, od zakupów korporacyjnych. Na marginesie, mam dwa certyfikaty firmy Chamber of Commerce w UK, kwalifikujące mnie na świetnego menadżera ds. zakupów. Nie wiedziałem, co chcę robić, i to odkryłem. To jest mój sukces.

Nie chcesz być prezesem wielkiej firmy?

Nie chcę siedzieć przez osiem godzin w biurze i mieć firmę, która ma 200 osób, zajmować się papierami i zwolnieniami grupowymi, administracją i Excelem. W tym sensie odniosłem sukces, że precyzyjnie wiem czemu mówić TAK, a czemu mówić NIE. Natomiast ilość pomysłów i projektów, które chciałbym zrealizować tu i w Stanach jest tak duża, że myślę, że nigdy nie osiągnę tego sukcesu w sensie skończonym.

Nie nadejdzie moment, kiedy wszystkie moje projekty zostaną zakończone, bo wciąż rodzą się nowe. Osiągnąłem sukces w takim rozumieniu, że mam przestrzeń czasową i finansową, aby realizować swoje pomysły. W kwestii posiadania materialnego nie mam żadnego celu w życiu, który bym chciał osiągnąć.

Nawet tak podstawowego, jak kupno domu?

Nie chcę mieć domu, bo to przywiązuje człowieka. Bardziej myślę o posiadaniu apartamentów w różnych miastach. Jako człowiek zakochany w cyfryzacji nawet nie chcę ich mieć, mogę je wynajmować. Piękne jest to, że budzisz się w niedzielę, aby w poniedziałek pracować np. z portugalskiego Porto.

Mieszkanie na kredyt to błąd?

Z mojej perspektywy nie, bo jestem z rocznika 1979. Gdy kupowałem pierwsze mieszkanie, nie było czegoś takiego jak sharing economy. Z kumplem szukaliśmy mieszkania na long term wynajem dla swoich rodzin, czego nie było kiedyś na rynku warszawskim, a jak było, to bardzo drogie. Nie chcieliśmy dla siebie, na przyszłość kupować nieruchomości. Dzisiaj w życiu bym nie kupił mieszkania na kredyt, jeżeli bym zaczynał życie od nowa. Nie z moim charakterem i moimi marzeniami, bo kredyt związałby mnie z jednym miejscem, utrudnia logistykę w życiu i powoduje myślenie, że w "coś już zainwestowaliśmy, więc lepiej tu zostańmy". Jeśli miałbym coś zarekomendować, to zastanowić się czy nie zrobić czegoś takiego jak long term wynajem i zobaczyć, czy w tym jednym miejscu chcielibyśmy parę lat zostać. Rzucać się po świecie i budować biznes.
Tak, ale dla Polaków najważniejsze jest to, by nie umrzeć bez niczego.

Dochodzimy do definicji majątku, więc przypomnę, że parę lat mieszkałem w USA i paręnaście miesięcy w UK. w Polsce posiadanie domu i dziecka jest wyznacznikiem tego, że idziemy właściwą drogą. Ale to się zmienia, bo dziś gołym okiem widać, że jak ktoś ma dom czy samochód na kredyt wcale nie oznacza, że podjął w życiu dobre wybory. W człowieku drzemie potencjał sprawdzania różnych rzeczy. Podziwiam a jednocześnie żal mi tych osób, które po kilkadziesiąt lat pracują w jednej firmie. Dzisiejszy świat daje niesamowite możliwości próbowania różnych zajęć, pracy przez internet, podróżowania. Taki, to znaczy "osiadły" tryb życia bardzo zubaża talenty i nie pozwala ich wykorzystać. To się zmienia. Innowacje to zmieniają. Szacunek dla tych, którzy w danej firmie są po dziesiątki lat.

Filip Chajzer ostatnio chodził po mieście i pytał ludzi, ile to jest dużo. Pewna starsza pani odpowiedziała, że dużo jest wtedy, gdy możesz kupić dobrą szynkę, dobrą kawę... Ile to jest dużo dla ciebie? Przypominam, że jesteśmy w Warszawie, w centrum Mordoru.

Ostatnio byłem w salonie Maserati pokazać synowi parę aut. Stał tam sportowy model za około 400 tys. euro. Czy to jest dużo? Zależy jak do tego podejdziesz. Z perspektywy samochodów jeżdżących po ulicach to jest bardzo dużo, bo około półtora miliona złotych. Z perspektywy posiadacza Bentleya to jest normalna kwota, którą możesz sobie gdzieś ulokować.

Muszę ci powiedzieć, że straciłem perspektywę życiową dotyczącą finansów. Jak realizujesz pewien poziom finansowy w swoim życiu, gdzie ty go oceniasz jako wystarczający, np. posiadając dom z basenem, to jest on rzeczywiście wystarczający.

A po czym poznać, że mamy już dużo?

Mam trzy definicje momentu, kiedy jest fajnie finansowo. Po pierwsze, jak wydajesz mniej niż zarabiasz. Ten efekt możesz osiągnąć zarabiając dwa tysiące złotych. Po drugie, kiedy masz źródła przychodu, które zarabiają na ciebie, nawet jeśli nie pracujesz. Nie mówię nawet o byciu rentierem nieruchomości, ale są na to różne sposoby. Na przykład możesz być business angelem, który wrzucał drobne kwoty w startupy i za parę lat może mieć z tego pieniądze. Trzecia rzecz, to gdy możesz pracować i generować pieniądze z różnych źródeł. Jeżeli te trzy rzeczy masz zrealizowane, a internet daje takie możliwości, to osiągnięcie poziomu, gdzie masz dużo, jest bardzo możliwe. Oczywiście, jeżeli ktoś postawi sobie za cel w życiu, aby kupić Ferrari, to dążenie do tego, aby mieć te kilka milionów złotych wymusza na nim pewne akcje.

A jakie akcje wymuszają na tobie twoje cele? Kiedyś czytałem o CEO, który robiąc karierę zajmował codziennie miejsce na firmowym parkingu, który był jeszcze pusty. Po prostu był w pracy już wtedy, gdy jeszcze wszyscy inni spali. Też wstajesz bardzo wcześnie?

Uwielbiam rutynę, której kiedyś nienawidziłem. Ale dziś cenię powtarzanie pewnych czynności, bo one za każdym razem dają małą wartość, która składa się na wielką. Przykładowo, mam na zegarku aplikację, która mi przypomina, abym na 10 minut przed snem włączył podcast. Robię to codziennie, dlatego mam w tygodniu przesłuchane minimum 50 minut podcastów. W weekend ta rutyna jest trochę inna. Jestem zwolennikiem małych kroczków w wielu różnych obszarach. Dywersyfikacja lokowania energii.

Codziennie rano widzę w mediach społecznościowych, że jesteś na siłowni.

Tak, mój dzień bardzo się powtarza. Gdy mam siłownię, wstaję zawsze o 5:30 i już o 6:00 jestem na treningu. Wykonuję plan ćwiczeń ułożony w aplikacji, a w tym samym czasie słucham podcastów. Dzięki temu mam odsłuchaną ekstra godzinę materiału na wybrany temat. Następnie wracam do domu, ekspres do kawy włącza się sam, więc mam już zaparzoną kawę. Wszyscy wstają i zaczyna się logistyka dzieciaków. Plan dnia nazywam treningiem ku lepszemu sobie.
A nie masz problemów z tak wczesnym wstawaniem?

Opanowałem sztukę wstawania. Prosto to zrobić. Jak? Śpię tyle i potrzebuje mój organizm. Czyli 7 godzin. Wstawanie outsorcuję do technologii. W aplikacji Clock ustawiam funkcję Bedtime. Apple fajnie to rozwiązał dla mnie. Siedząc wieczorem w fotelu lub pracując, brzęczy telefon i mówi “idź spać”. Idę spać. Włączam budzik na telefonie i dwa budziki na Apple Watch. Rano gdy startują budziki, mój mózg musi opanować trzy budziki, więc automatycznie się budzę. Śpiąc 7 godzin jestem wypoczęty. Wstawać wcześnie jest więc łatwo.

Nie dla każdego. Pytam o to, bo dla wielu osób senność i brak energii jest problemem - również w rozwoju zawodowym. Wspomagasz się jakoś w ciągu dnia?

Kawa, kawa, kawa. Trzy dziennie. Kocham kofeinę. Nie dotykam niczego poza nią i wodą. Większość napojów, o które pytasz ma mnóstwo cukru. Nie akceptuję tego.

Pracuję od 9:00. Nie jem nigdy lunchu poza biurem. Nie tracę tego czasu, chyba, że jest to lunch z klientem. Jem przy biurku. Gotuję sam, a w tej rutynie bardzo wspomaga mnie żona.

To podobno niezdrowe.

Tak, istnieje mindfull eating, czyli skupienie na jedzeniu. Ja tego nie praktykuję, świadomie, choć może powinienem, ale od 9:00 do 18:00 pracuję ciągiem. Mam każdą minutę wypełnioną. Nawet w samochodzie odbywam conf calle. Terminy spotkań mam ustawione pod kątem warszawskich korków, ale czasami nie da się wbić w te godziny. Tak czy owak z korkami nie mam problemu, bo siedząc w aucie załatwiam ostatnią godzinę pracy. Później wracam do domu i spędzam dwie, trzy godziny z rodziną. Codziennie. Wyjątkiem są wyjazdy.

Gdzie w tym czasie jest twój telefon?

Walczę z tym. Jeszcze mi się to do końca nie udaje, ale raczej leży wyłączony. Później wieczorem jeżdżę przez pół godziny rowerem i o 23:00 idę spać. Jeśli dzień jest nietreningowy, wstaję godzinę później czyli o 6:30, ale dzień wygląda dokładnie tak samo z tą różnicą, że nie mam treningów.
A kiedy oglądasz filmy i seriale?

Nie robię tego. Jeżeli już to z rodziną w czasie od 18:00 do 21:00. To jest cały mój experience telewizyjny. W życiu nie widziałem tych wszystkich seriali, o których ludzie rozmawiają. Nawet tego z Kevinem Spacy.

"House of Cards".

Tak, nie wiem o co chodzi.

Coś za coś. Ale podobno wiesz, jak połączyć świat startupów i korporacji. Wydaje się, że to dwa kompletnie inne światy i trzeba znaleźć dla nich wspólny język?

Startupowcy to nie jest grupa fascynatów w krótkich spodniach, chodzących po starbucksach, którzy za chwilę zbankrutują. Sam przez 13 lat budowałem firmy, większość z nich upadła. Udały się zaledwie trzy z nich - zostały komuś sprzedane lub stały się funkcjonującymi biznesami.

Teraz współ-buduję K2 Digital Ventures. Wiem, czym się różni budowanie firmy od budowania startupu. Startup rządzi się własnymi prawami, a korporacje mają taką świadomość na temat startupów, jak my na temat Wysp Dziewiczych. Moja misja polega na przybliżaniu ich do siebie, wprowadzam ich w dialog, aby się poznawali i zaczęli rozumieć. Dużo jest pracy polegającej na tłumaczeniu i wymianie myśli. Na szczęście korporacje chcą to wszystko poznawać. Widzą, że poszukiwanie innowacji ma też sens dla nich. To nie jest zderzenie wody z ogniem. To raczej zderzenie wtyczki w ścianie, która jest przygotowana na rynek amerykański, a ma działać w Europie. Trzeba znaleźć odpowiednią przejściówkę.

Ale prąd przez taką przejściówkę płynie tak czy siak w jedną stronę. Czy nie jest tak, że korporacje chcą wyrwać z tych młodych ludzi to co najlepsze, a docelowo zabrać im ten startup?

Ci, którzy tak do tego podchodzili już dawno zrozumieli, że to się nie opłaca. Otwarcie korporacyjnej paszczy i połknięcie małej firmy wcale nie jest takie proste. To jest inny organizm, on kłuje w żołądku, szamocze się. Tam są ludzie, którzy mają inne ścieżki decyzyjne, pracują na innym sprzęcie, mają inne narzędzia. Połknięcie ich do korporacji wbrew woli wcale nie jest takie wygodne w trawieniu.

Jacy są startupowcy, których łączysz z korporacjami? Młodzi, pełni ambicji, nieokrzesani?

Nie zawsze są to tak młodzi ludzie, aczkolwiek często. Każda młodość ma to do siebie, że jest głodna, żąda i prosi o więcej. To naturalny efekt, że jak jesteś w startupie, czy jesteś freelancerem, trochę na wyrost rozpinasz swoje doświadczenia. To środowisko jest trochę jak mętna woda. Trzeba mieć umiejętność rozróżnienia ziaren od plew. Kluczową technologią, którą muszą mieć korporacje, to jak odróżnić technologie przyszłości od chwilowej mody albo scamu. Znając startupy od środka, podszewki, od samej kości, potrafię wybrać te z którymi warto współpracować. Mam warsztat. Potrafię je oceniać wymiernie a nie na bazie subiektywnego spostrzeżenia.

A czy jest jakaś prawidłowość w tym, kto ma najlepsze pomysły? Studenci politologii, filozofii, absolwenci SGH, politechniki?

Tu cię może rozczaruję albo zasmucę, bo sam nie lubiłem tego słyszeć od inwestorów, jak robiłem rundy. Niestety pomysł nie ma żadnej wartości. Ani dla inwestora, ani dla korporacji. Najważniejsza jest komercjalizacja tego pomysłu, czyli egzekucja. Chcesz brać na klatę 200 kilo, super pomysł. Pytanie, jak do tego dojdziesz. Czy będziesz codziennie wstawał na treningi, czy będziesz trzymał dietę i poddasz się temu reżimowi. Taki sam reżim jest przy budowaniu startupu - od pomysłu do wzięcia go na klatę i zbudowania biznesu jest ten sam reżim. Nieustanna rozmowa z klientami, nieustanne usprawnianie produktu, nieustanne borykanie się z tym, że zespół ci się rozpada. Ważne, czy jesteś w stanie go dowieźć do końca.

Czyli nie ma żadnej reguły pod względem wykształcenia?

Najlepiej radzą sobie w tym tandemy technologiczno-biznesowe. Obserwuję, że tam, gdzie jest technologia połączona z biznesem w osobie founderów, to jest perfect tandem, bo ja sam jestem niebezpieczny jako nietechnologiczna osoba - mogę rzucać się z motyką na słońce i wybierać technologie, które są drogie albo nierozwinięte i budować na nich wizję firmy. Sam technolog, który będzie patrzył tylko na to, co jest wykonalne dziś, a nie za rok czy dwa, też jest niebezpieczny, bo będzie szedł za wolno. To nie ma znaczenia czy ktoś jest UW, SGH, PW. Ważna jest kwestia połączenia skilli wychodzących z tych dwóch obszarów.

W takim razie czy w ogóle warto dziś iść na studia, czy może wykorzystać ten czas inaczej?

Jestem przeciwnikiem mówienia, że nie warto iść na studia. Bo to, że nie składamy zdań jak Kali, wynika z tego, że wiemy co to jest rachunek zysków i strat, bilans, albo co to jest 4P, mimo że to dziś jest uważane za oldschool. Jednak to na studiach łapiesz fundament w życiu. Studia mają znaczenie, ale warto wcześniej zacząć pracować. Nie po to, aby zarabiać pieniądze, ale by szybko przekonać się, czy chcesz to robić. Moją pierwszą pracą było nauczenie Worda, Excela i Power Pointa dla kobiet przysłanych przez urząd pracy. Ale nie robiłem tego wyłącznie dla pieniędzy, tylko zawsze w życiu chciałem być szkoleniowcem, wykładowcą lub prezenterem. To doświadczenie pokazało mi, że nie chcę być trenerem, ale chcę prezentować. Odkryłem to w sobie. Gdybym to zrobił później, po studiach, dowiedziałbym się tego aż pięć lat później.

Arek Skuza współzałożyciel K2 Digital Ventures, Partner w K2 Digital Transformation, kierownik Działu Innowacji w Centrum im. Adama Smitha, założyciel kilku rozpoznawanych na świecie startupów m.in. technologii iTraff, autor książki „Przedsiębiorczość zorganizowana. Startupy, inwestorzy, pieniądze”

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...