Oscary 2017: pomiędzy narcystycznym „lustereczko powiedz przecie”, a poprawnością polityczną

Oscarowe kreacje, od lewej: Isabelle Huppert, Emma Stone (tegoroczna laureatka Oscara dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej), Michelle Williams i Scarlett Johansson oscars.go.com
Zakończenie tegorocznej gali oskarowej szybko zostało okrzyknięta największą wpadką w historii nagrody. Kiedy na scenie Dolby Theatre pojawili się twórcy filmu „La la land”, żeby odebrać statuetkę dla najlepszego filmu, okazało się, że wręczający nagrodę Warren Beaty pomylił się. Członkowie Akademii wybrali bowiem „Moonlight”. Błąd niezwłocznie naprawiono, jednak sceniczna roszada spuentowała ceremonię w sposób na wskroś symboliczny. Hollywood chciałoby się być może pooglądać w lusterku, ale próżność nie jest dobrze widziana, kiedy cały świat patrzy.

Wczorajszy wieczór to przede wszystkim znakomity show Jimmy’ego Kimmela, który wzniósł się na konferansjerskie wyżyny. Jego dowcipom daleko było do drewnianej sztampy wielkich gal, w której czuć tygodnie przygotowań. Drugą bohaterką ceremonii była niewątpliwie Meryl Streep, której Hollywood postanowiło złożyć głęboki ukłon po niedawnych kontrowersjach z jej udziałem.



Nominowana po raz 20. aktorka kilka tygodni wcześniej wygłosiła podczas rozdania Złotych Globów płomienną mowę w której wyraziła sprzeciw wobec polityki migracyjnej Donalda Trumpa. W odpowiedzi Prezydent Stanów Zjednoczonych określił ją na twitterze mianem „najbardziej przecenianej aktorki w Hollywood”. Parę dni temu Streep zaatakował z kolei Karl Lagerfeld.

Dyrektor artystyczny Chanel oskarżył ją, że kazała sobie zapłacić za założenie na galę kreacji jego projektu. Kimmel nawiązał do sytuacji prosząc zgromadzoną w Dolby Theatre publiczność o aplauz dla aktorki, który określił żartobliwie mianem „całkowicie niezasłużonego”, a następnie zapytał skąd w końcu wzięła sukienkę i czy przypadkiem nie od Ivanki Trump (najstarsza córka Prezydenta ma własną markę odzieżową).
Trzeba przyznać, że Akademia odrobiła zeszłoroczną lekcję zaskakująco starannie. Po całkowitym braku nominacji dla czarnoskórych twórców, któremu towarzyszyło narastające oburzenie rozprzestrzeniające się w mediach społecznościowych wraz z hasztagiem #OscarsSoWhite, tegoroczne kandydatury zostały podzielone wzorcowo. Z podskórnego rasizmu członkowie Akademii płynnie przeszli nieomal do rasowych parytetów.

O tym, czy było to posunięcie piękne i słuszne, czy raczej boleśnie fałszywe, można by dyskutować godzinami. Niezależnie od tego, na ile wybory członków Akademii są podyktowane chęcią przypodobania się opinii publicznej, a na ile rzetelną oceną pracy kolegów po fachu, mają ogromny wpływ na to, które filmy będą oglądały w najbliższych miesiącach miliony ludzi na całym świecie. Niewiele ponad sześć tysięcy białych mężczyzn po 50. (statystycznie rzecz ujmując) decyduje o tym, czy osoby oddalone od nich o tysiące kilometrów odprężą się podczas uroczego musicalu czy będą oglądać oszczędny dramat o traumie albo zastanowią się nad kwestią uprzedzeń rasowych.
W ostatnich latach o Oscary w najważniejszych kategoriach walczyły ze sobą przede wszystkim filmy z wyraźnie zarysowaną deklaracją polityczną z takimi, w których Hollywood mogłoby przejrzeć się jak w lustrze i jeszcze dobitniej utrwalić swoją legendę. Filmy autotematyczne rzadko kiedy przepadały wśród setek powstających co roku obrazów. Nominowany w ośmiu kategoriach „Bulwar zachodzącego słońca” z 1950 roku opowiadał o niemogącej pogodzić się ze starością gwieździe kina niemego (Gloria Swanson) i ambitnym scenarzyście, który czeka na swój wielki moment. „Wszystko o Ewie”, zdobywca sześciu statuetek, w tym dla najlepszego filmu, to historia młodej aktorki, która marzy o zajęciu miejsca swojej niegdysiejszej idolki.

Do początków Hollywood cofał się triumfujący w 2012 czarno-biały „Artysta”, a zwycięzca sprzed dwóch lat, „Birdman” to odrealniona opowieść o kryzysie twórczym, podobnie jak „Cały ten zgiełk” (1979), który został uhonorowany czterema Oscarami.

Gdyby nie fakt, że członkowie Akademii mogli głosować na najlepszy film dopiero od 13 lutego (czyli już po burzy wywołanej zaostrzeniem polityki imigracyjnej) prawdopodobnie statuetka dla najlepszego filmu trafiłaby i w tym roku do twórców „La la land”, intertekstualnej bajki o Kopciuszku i artyście-idealiście.
Oczywiście sprowadzenie filmów takich jak „Moonlight” czy „La la land” do roli reprezentantów określonych kategorii to rażące uproszczenie bądź co bądź bardzo dobrych filmów. Z drugiej strony mamy do czynienia z wyraźną opozycją dwóch różnych podejść do kina, podkreśloną dodatkowo przez pomyłkę Beaty’ego. Lekkie, urocze i pełne nawiązań dla miłośników kina love story na miarę XXI wieku, a z drugiej strony film „coming of age” przełamujący tabu homoseksualizmu w środowisku czarnego getta.

Politycznie można też rozpatrywać statuetkę w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny dla „Klienta” Asghara Farhadiego (mimo zachwytów krytyki dla nominowanego w tej kategorii „Toni Erdmann”). Irański reżyser postanowił nie pojawiać się na ceremonii wyrażając w ten sposób solidarność ze swoimi rodakami i obywatelami innych krajów, których dotyczy zakaz wjazdu na terytorium Stanów Zjednoczonych. W jego imieniu został odczytany list.

Ostatnie lata to też coraz bardziej widoczny rozziew między filmami, które odnoszą komercyjny sukces, a decyzjami Akademii. Zwycięzcy z ostatnich kilku lat; powiadający o śledztwie dziennikarskim dotyczącym pedofilii wśród księży „Spotlight” czy poruszający problem niewolnictwa „Zniewolony”, to filmy, na które do kin wybrało się niewielu Amerykanów. Choć w Polsce wszystkie oskarowe produkcje trafiają do pełnej dystrybucji i są przeważnie mocno reklamowane, w Stanach to często kino niemal niszowe, którego nie da się zobaczyć w każdym multipleksie.

Tegoroczny triumfator, na poły autobiograficzny (zarówno dla reżysera jak i scenarzysty) „Moonlight” to najmniej kasowy spośród nominowanych w głównej kategorii filmów. Zarobił dotychczas jedyne 21 milionów dolarów, czyli prawie sześć i pół raza mniej niż „La la land” i o ponad 120 milionów mniej niż „Ukryte działania”, oparty na faktach film o trzech czarnoskórych kobietach pracujących w NASA w latach 60.
Tegoroczna Gala mimo gorączkowej chęci zdystansowania się od oskarżeń o rasizm panujący w branży, była też oczyszczająco autoironiczna. Jimmy Kimmel powitał Isabelle Huppert, Francuzkę nominowaną w kategorii najlepsza aktorka pierwszoplanowa, słowami „We didn’t see Elle, but we absolutely love it” (Nie widzieliśmy „Elle”, ale uwielbiamy ten film). Wykpił tym samym stereotypowo amerykański bezmyślny entuzjazm i ignorancję w stosunku do filmów nieanglojęzycznych. Kimmel brnął dalej mówiąc Huppert, żeby się nie przejmowała, bo w Hollywood nie dyskryminuje się nikogo ze względu na pochodzenie, ale za względu na wiek i wagę. Żart i gorzka prawda w jednym.

Oscary nie są nagrodami, którymi honorowane są jedynie arcydzieła kinematografii. Nazwiska i tytuły, które trafiają do kopert to wypadkowa wielu okoliczności – sprawnej machiny promocyjnej, daty premiery (największe szanse mają filmy wychodzące pod koniec roku) osobistych sympatii i antypatii, a wreszcie sytuacji politycznej czy poczucia misji członków Akademii. To, że teoretycznie zdajemy sobie z tego sprawę, nie przeszkadza nam zgrzytać zębami nad werdyktami niezgodnymi z naszym gustem i pomstować nad brakiem nominacji dla widzianego ostatnio świetnego filmu. Ameryka obserwowana z perspektywy tegorocznych oscarowych obrazów, to kraj tolerancyjny dla odmienności i społecznie wrażliwy.


Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...