Czy młode Polki potrzebują jeszcze feminizmu? "Odczuwam dziś potrzebę obrony naszych podstawowych praw"

Margaret, Renata Kaczoruk i inne młode, zdolne kobiety o feminizmie.
Margaret, Renata Kaczoruk i inne młode, zdolne kobiety o feminizmie. Fot. Instagram.com: margaret_official, renul_ka
Czy uważasz się za feministkę? Co rozumiesz pod pojęciem "feminizm"? Do czego jest nam dziś potrzebny? Czy śledzisz poczynania feministek pokroju Leny Dunham lub Emmy Watson? Takie pytania zadaliśmy sześciu kobietom: piosenkarce Margaret, projektantce biżuterii Ani Kruk, perfomerce burleski Betty Q, aktorce i wokalistce Julii Wieniawie, modelce Renacie Kaczoruk oraz blogerce Justynie Mazur. Oto ich odpowiedzi.

Margaret, piosenkarka

Postrzegam siebie jako zdrową feministkę. Feminizm, jak prawie każda ideologia, w wersji ekstremalnej jest po prostu niezdrowy i antyspołeczny. Natura stworzyła nas różnymi po to żebyśmy się uzupełniali i pomagali sobie nawzajem - nie ma tu konkurencji. Warto doceniać siebie nawzajem i szanować.



Czym jest dla mnie feminizm? Pierwsze co przychodzi mi do głowy to adoracja kobiecej mądrości i szacunek dla obu płci.

Muszę się przyznać, że nie do końca wiem jakimi śladami idą moje zachodnie koleżanki, ale przypuszczam, że nie jestem tak spektakularna w swoich działaniach jak one. Uprawiam feminizm lokalny.

Od zawsze byłam zachwycona kobietami - uważam, że w obecnych czasach kobieca mądrość i siła jest bardzo potrzebna. Dobrze by było, gdyby mężczyźni rządzący światem zatrzymali się na chwilę i posłuchali kobiet. Może to by załagodziło rosnący wśród społeczeństwa niepokój.

Bycie feministką nie jest dla mnie sposobem na bycie w mediach, nie robię z tego wielkiej afery. Feministką jestem z natury. Jestem za równouprawnieniem kobiet i mężczyzn, ale nie chciałabym tez przeprowadzać kastracji na mężczyznach. We wszystkim najważniejszy jest złoty środek.

Myślę, że - mimo znaczącego wzrostu świadomości - kobiety wciąż są często traktowane gorzej np. dostają niższe pensje, niższe stanowiska mimo tych samych bądź nawet lepszych kwalifikacji. O tym należy i trzeba rozmawiać.

Renata Kaczoruk, modelka i współzałożycielka polskiego oddziału Girls In Tech

Uważam się za feministkę – ponieważ feminizm nie skończył się na walce o prawa wyborcze dla kobiet- ma jeszcze parę spraw do załatwienia. Wymyśliłam sobie koncepcję feminizmu 3.0, z którym się identyfikuję - zamiast walki zakłada ona budowanie- we współpracy z innymi- środowiska, w którym czujemy się równo traktowane w każdym obszarze życia.

W którym naturalnym i zrozumiałym jest, że powinnyśmy zarabiać tyle samo co nasi koledzy, w którym nie ma się poczucia, że musimy dwa razy mocniej stawać na uszach, żeby dowieść swoich kompetencji, ubiegając się o wysokie stanowisko. Wreszcie- w którym kobieta ma wsparcie, nie musi się co chwilę przebijać przez ścianę stereotypów, i zakładanej dla niej "arbitralnie" roli w społeczeństwie, niezrozumienia dla jej ambicji.

Oczywiście silne odczuwam dziś potrzebę obrony naszych podstawowych praw - do podejmowania samodzielnych decyzji - o własnej prokreacji, planowaniu rodziny i swoim zdrowiu. Nie mówiąc już o tym co czuję, obserwując wyrażany dziś czasem stosunek do kobiet- ich godności- w Polsce i - ostatnio - w USA.

Słowo "feminizm" jest trudnym słowem, którego nawet kobiety się boją. Wstydzą się o nim mówić głośno. Czują, że wywołuje to poruszenie w towarzystwie, że może skazać je na łatkę kobiet nieatrakcyjnych, mających pretensje do świata, w jakiś sposób pozbawionych kobiecości. Ja się z tym nie zgadzam. Potrzeba nam odczarowywać to słowo.

Podziwiam takie kobiety jak Emma Watson, imponuje mi jej odwaga, jej zaangażowanie w problem. Każda taka postawa, słowa wsparcia dla koleżanek, zarówno w Polsce i za granicą, przyciągają moją uwagę. Mam wtedy ochotę się pokłonić i powiedzieć: "Brawo, siostro, dbasz o nasze interesy".

Osobiście jestem przeciwniczką feminizmu agresywnego, krzyczenia i bicia piany. Myślę, że sprawczy feminizm to działanie-pomaganie koleżankom w zrozumieniu ich praw, mentalnym wsparciu, przede wszystkim w ich samorozwoju.I w zachęcaniu kolegów do pomocy- bo feminizm nie jest przypisany tylko kobietom. Absolutnie nie. Wydaje mi się, że moje pokolenie odrobiło lekcję i widzi, że dbałość o sytuację kobiet jest naszym wspólnym obowiązkiem.

Potrzebujemy feminizmu do odnalezienia się w dzisiejszym świecie. Potrzebujemy uczyć dziewczynki jak czerpać siłę ze swojej kobiecości, tak żeby im służyła, a nie skazywała na podporządkowanie innym. Jak być atrakcyjną, może nawet prowokującą, ale nie wulgarną i funkcjonującą pod dyktando upodobań niektórych mężczyzn lalką. Kiedy spotykam się z seksizmem, kiedy czuję, że ktoś próbuje odebrać mi moje prawa, czuję jak rośnie we mnie potrzeba, żeby coś z tym zrobić, stanąć po swojej stronie i stronie koleżanek. I coraz częściej czuję tą samą energię u innych. Wyczuwa się, że temat przybiera na sile, coraz więcej projektantów, artystów, osób publicznych, aktywistów oraz, szczęśliwie, mediów go podejmuje.

Ania Kruk, projektantka biżuterii

Nie lubię tytułów i etykietek, ale jeśli bycie feministką to walka o równe traktowanie kobiet i mężczyzn, zmiana schematów społecznych, które nas ograniczają – to zdecydowanie jestem feministką.

Nie chodzę na manifestacje, nie śledzę feministycznych portali, jestem szczęśliwą żoną i przyszłą mamą, ale bardzo, bardzo ważna jest dla mnie wolność wyboru. Wkurza mnie kiedy ktoś mnie traktuje inaczej, np. w biznesie, dlatego, że jestem drobną kobietą, a nie wysokim mężczyzną w garniturze. Irytują mnie schematy, które określają model zachowania "właściwy" dla kobiety i mężczyzny.

Wierzę w partnerstwo i bardziej uniwersalnie: w równość, ponad podziałami ze względu na płeć czy rasę. Rozumiem skąd się biorą pewne społeczne mechanizmy i wzory, w które jesteśmy uwikłani, ale jeśli nie pasują już do współczesnej rzeczywistości – nie widzę powodu, żeby za nimi ślepo podążać. Z drugiej strony narzucać moje poglądy innym też nie chcę.

Co oznacza dla mnie słowo feminizm? Szczerze mówiąc, aż musiałam posprawdzać sobie różne definicje. Feminizm kojarzy się z plakatem z waginą, nieogolonymi nogami i marszem ulicznym. To bardzo krzywdzące, i jak przypuszczam, należałoby walczyć z takim postrzeganiem tego słowa. Oswajać je, pokazując takie feministki, jak np. Emma Watson. Tak jak mówiłam: ponieważ nie lubię etykietek, nigdy nie sprawdzałam i nigdy nie walczyłam... Na własny użytek lubię za to hashtag "Girl Power". Ma w sobie siłę, dumę i świeżość. Nie ciągną się za nim historia i dziwne skojarzenia.

Myślę, że "Girl Power" poczułam dopiero na studiach. W liceum jest się jeszcze zbyt niepewnym siebie, nie chcesz się wyróżniać, nie masz tak do końca odwagi być sobą. Przynajmniej tak było w moim przypadku. Razem z pierwszymi samodzielnymi podróżami z plecakiem: po Indiach, po Ameryce Łacińskiej, po jakimś czasie mieszkania za granicą – przestały mnie ograniczać męsko-damskie schematy, w których zostałam wychowana. Myślę też, że może trochę na przekór stereotypom: szczęśliwy związek, w jakim jestem od 8 lat, daje takie poczucie wolności i partnerstwa. Tak samo praca, w której się realizuję.

Śledzę i podziwiam działania Emmy Watson. Oglądałam na Youtube wszystkie materiały związane z HeForShe. Taylor Swift i Lena Dunham kojarzą mi się z zagrywkami popkulturowymi, bardziej inspirującą postacią z tej branży jest jednak Beyonce. Ona faktycznie swoją postawą i twórczością zmieniła życie i zainspirowała miliony kobiet na cały świecie.

Nie wiem czy dziś potrzebujemy jednoczyć się pod hasłem "feminizm". Ale na pewno ważne jest inspirowanie młodych dziewczyn i pokazywanie im, że mogą być kim tylko zapragną, kiedy dorosną. Politykami, managerkami, strategami, żonami i partnerkami, policjantkami czy przedszkolankami. Jeśli masz do czegoś talent, wytrwałość, żeby się uczyć i ciężko pracować – żadne drzwi nie będą dla ciebie zamknięte.

Betty Q, pierwsza polska performerka burleski

Czy jestem feministką? Tak. To taka odpowiedź, która czasami nie wymaga rozwinięcia. Zawsze o tym myślę, jeśli ktoś mnie pyta: "Dlaczego się za nią uważasz?". To, co robię - dla siebie, dla dziewczyn, dla świata - jest tak oczywiście feministyczne i całe moje życie, mam wrażenie, chcę aby takie było.


Sparafrazuję Justina Trudeau: Mamy 2017, dlatego jestem feministką. Z drugiej strony, słuchałam w radiu audycji o Manifie - dziewczyny mówiły, że w tym roku chodzimy w Warszawie w kółko. Bo w kółko mówimy o tym samym i prosimy o to samo. To trochę smutne. Dzisiaj super by było, gdybyśmy nie musiały się tłumaczyć z tego, że jesteśmy feministkami. Robimy wszystko dla równości i żeby żyło nam się dobrze. I mówię tu nie tylko o dobrobycie i dobrostanie kobiet, ale również mężczyzn. Równe społeczeństwo to zdrowe społeczeństwo.

To taka postawa, w której nie dopuszcza się dyskryminacji. i oczywiście, można powiedzieć, że dyskryminacja dotyka nie tylko kobiet. Ale mimo wszystko to oburzające mieć na myśli wtedy dyskryminowane mniejszości, kiedy kobiety są większością. To poczucie niesprawiedliwości dlatego jest jeszcze bardziej trudne do zrozumienia i do zdzierżenia.Świadome bycie propagatorką równościowego podejścia do świata równa się - dla mnie - z feminizmem.

Wychowywałam się i żyję w mocno sfeminizowanym środowisku. Mam siostrę, nie mam brata, mój tata rzadko bywał w domu. w szkole to samo-należałam do kobiecej grupy teatralnej. Moja mama prowadzi salon fryzjerski. Potem trafiłam na pedagogikę na UW, gdzie ustalmy, są cztery damskie toalety i pół męskiej. Było więc dla mnie oczywistym, że kobiety są silnymi, fajnymi babkami, które robią to, co chcą, borykając się z mniejszymi i większymi problemami.

Strasznie się cieszę, że Zachód jest na tyle dojrzały, by w ten sposób mówić o równości, kobiecości i feminizmie. Ja mam wrażenie, że bawię się w tą samą bajkę, tyle, że na podwórku, gdzie jeszcze nie kuma się tej cza-czy. I bardzo bym chciała, żeby w Polsce było więcej takich babek i są takie babki. Sylwia Chutnik, Marta Niedźwiecka i, powiem zupełnie nieskromnie, ja.

I myślę, że to, co robię jest dla starego feminizmu alternatywą. Ten pierwszofalowy feminizm już dawno powinien odejść do lamusa. Prywatnie uwielbiam serial "Dziewczyny" i Lenę Dunham. To jedna z moich absolutnych bohaterek. Dużo ludzi w Polsce nie rozumie, co daje. Bo wciąż jesteśmy troszeczkę gdzie indziej.

Po co nam feminizm? By być świadomym we wszystkim, co robimy. Ostatnio byłam u notariusza, który miał duży problem, by nazwać mnie w akcie notarialnym fundacji fundatorką i prezeską. Nie przejęłam się tym, bo wiem, że jestem na tyle silna i kontroluję swoje życie, by nie obniżył mi tym poczucia wartości. Ale dla dziewczyny, która czuje to mniej, takie pilnowanie języka jest strasznie ważne. Choćby z tego powodu równość jest po prostu potrzebna, to oczywiste, tak jak to, że jestem feministką. Chcemy planety szczęśliwych ludzi, takiej, gdzie szczęśliwi są WSZYSCY i myślę, że do tego też służy feminizm.

Julia Wieniawa, aktorka i piosenkarka

Czuję się feministką, ale wolę nie myśleć o tym w sposób skrajny. Feminizm często, niesłusznie, kojarzy się z nienawiścią do mężczyzn. Nie popieram tego – uważam, że feminizm jest synonimem równości i wolności.

Mój feminizm objawia się w tym, że zawsze liczę na siebie. Od zawsze mama powtarzała mi: Umiesz liczyć, licz na siebie. Dzięki temu pracuję i chcę pracować na swoje nazwiska sama, zarabiać na siebie i nigdy na nikim się nie opierać.

Wierzę, że kobieta powinna być traktowana jak mężczyzna, w życiu codziennym i zawodowym, gdzie często na tym samym stanowisku dostaje niższą pensję. Myślę też, że feminizm kobiety nie może się kończyć wraz z założeniem rodziny. Prawa i obowiązki dotyczące wychowania dzieci dotyczą zawsze obu stron. Nie róbmy od razu z kobiety kury domowej.

Podpisuję się pod tym, co jakiś czas temu na forum ONZ powiedziała Emma Watson. A mianowicie, że w feminizmie chodzi wyłącznie o równouprawnienie, a nie odczuwanie nienawiści. Dobrym przykładem w tej kwestii jest też Beyonce. Poświęca tematowi feminizmu teksty swoich piosenek, choćby "Who run the world?". I jest niezależną kobietą, która zapracowała na wszystko, co ma ciężką pracą.

W moim wypadku nie było momentu, gdy pomyślałam: Tak, od teraz jestem feministką. Działałam, rozwijałam się, by dawać sobie radę w każdej sytuacji – cokolwiek by mnie nie spotkało. Mogę powiedzieć, że feminizm mam ciągle z tyłu głowy, ale bez potrzeby nazywania tego po imieniu.

Fajne jest to, że dziewczyny pracują, że się rozwijają i chcą mieć równe prawa i nie być szufladkowane. Z drugiej strony wcale nie marzymy o chodzeniu w męskich spodniach i zamiany rolami. Miło jest przecież, kiedy mężczyzna otworzy drzwi czy prawi komplementy. Uważam, że najważniejsze w relacji damsko-męskiej jest partnerstwo.

Według mnie potrzebujemy dziś feminizmu do podnoszenia samooceny kobiet. Wiele, moim zdaniem, nadal nie docenia samych siebie i pozwala zdominować się mężczyznom. Promowanie feministycznych postulatów, równości na wszystkich płaszczyznach, może im pomóc. W momencie, gdy kobiety będą czuły, że mają te same prawa, wszyscy będą szczęśliwsi.

Justyna Mazur, autorka bloga "Krótki poradnik jak ogarnąć życie"

Ilekroć ktoś zadaje mi pytanie, czy jestem feministką, czuję się dziwnie, bo to tak, jakby ktoś pytał, czy uważam, że jestem pełnowartościowym człowiekiem i powinnam mieć równe prawa.

W moim odczuciu feminizm równa się równość. To o nią walczymy, a fakt, że musimy wciąż to robić, jest dla mnie przykry. Najchętniej nie byłabym feministką, bo żyłabym w społeczeństwie, gdzie człowiek - niezależnie od płci - ma te same prawa. Ale nie żyję, więc jestem feministką. Deklaruję się otwarcie jako feministka, bo chcę pokazać, po jakiej stronie stoję i jaką twarz ma feminizm. A w moim przypadku ma twarz normalnej, fajnej osoby, która po prostu żyje i chce być traktowana tak samo jak wtedy, gdy nosiłabym męskie imię.

Świadomie nazwałam się feministką w poprzedniej pracy, gdzie pracowałam głównie z mężczyznami i doświadczyłam całej gamy dyskryminujących zachowań: od uwag dotyczących wyglądu, porad na temat budowy ciała odpowiedniej dla mężczyzn, przez protekcjonalizm, umniejszanie mojej pracy, aż po stosowanie wobec mnie dużo surowszych zasad i kar, kończąc na dużo niższej od moich kolegów i nie podlegającej dyskusji pensji. Zaczęłam wtedy stawiać granice, nazywając rzeczy po imieniu i realizować się poza pracą. Wkrótce zostałam z niej zwolniona pod byle pretekstem.

Nadal żyjemy w społeczeństwie, w którym feministka to kobieta nienawidząca mężczyzn, z kompleksami i frustracją, którą wyładowuje na innych. Najbardziej jednak inspirują mnie kobiety z mojego otoczenia, które nie mają w sobie tego lęku sięgania po swoje i myślenia, na którym sama czasem się łapię: nikt ci tego nie da, bo jesteś kobietą.

Nie uważam Taylor Swift za autorytet w tej kwestii, odnoszę raczej wrażenie, że jej wizerunek jest nieautentyczny, a jej wizja "feminizmu" kończy się na trzymaniu się z innymi pięknymi i odnoszącymi sukcesy gwiazdami. Emma Watson jest mi najbliższa, bo skupia się nie tylko na edukowaniu i propagowaniu równości, ale też walczy ze stereotypami, jakie narosły wokół feministek.

Feminizm będzie potrzebny dopóki nie zapanuje równouprawnienie na wszystkich płaszczyznach. Dziś jest to ważne tak samo, jak było dziesięć lat temu i będzie tak samo ważne za rok. Feministką warto więc być nie tylko dzisiaj. Zawsze warto stać po stronie dobra, a walka o równe prawa niewątpliwie nim jest.

Napisz do autorki: karolina.blaszkiewicz@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...